Poranne pertraktacje z wiatrem… ;-)

Poranne pertraktacje z wiatrem… ;-)

24 listopada 2019

Patrzę na kalendarz, jeszcze miesiąc tylko pozostał do Świąt. Nie wiem, czy spędzę je tutaj, na Groniu, czy jednak w Warszawie albo na Podlasiu. Może przez te trzydzieści jeden dni sprawa podziału wyjaśni się na tyle, że wtedy będę mogła już zasypiać spokojnie?

Wiatr najwyraźniej jeszcze się nie „wypstrykał”, moja próba wypicia porannej kawy przed domem skończyła się totalną porażką. Kiedy już wreszcie wymościłam krzesło wełnianym kocem, zasiadłam i zapatrzyłam się z uśmiechem na osłonecznione zbocza i drzewa za płotem, do kubka wpadły mi trociny, zdmuchnięte z pobliskiego stosu tartacznych ścinków pod ścianą, a kawa okazała się chłodna. Posiedziałam więc trochę, pogapiłam się ile mogłam, mrużąc oczy przed oślepiającym słońcem, po czym jak niepyszna wróciłam do ciepłej izby, zadowalając się widokiem oglądanym przez szybę. Przynajmniej druga kawa nie wystygła tak szybko.

Cały nasz zaokienno-werandowy pejzaż jest już niemal monochromatyczny, w różnych odcieniach szarości, jedynie liście jeżyn oplatających płot Kasi aż płoną wesołymi czerwieniami, zieleniami i żółciami. No i poletko przed domem jest w kolorze khaki. Za to drugie okno zawiera widok ciepło-jesienny, a kolorowe ule za szopką Józka, na tle zielonkawej trawy, dodają jeszcze wrażenia przytulności obrazkowi. I po tej stronie jednak wieje mroźnawe wichrzysko.

Patrząc na kawałek czerwonego ula, przypomniałam sobie Huberta i jego opowieści o pszczołach. Z taką pasją i rozmaślonym uśmiechem, mówił jakby to było całe jego życie, czasem żywo przy tym gestykulując. Jakże się zdumiałyśmy kiedyś z Kaliną jego spokojną i radosną wręcz reakcją na wieść, iż zostałyśmy oblepione przez pszczoły w drodze do źródełka i musiałyśmy uciekać w panice:

– I pchały się do oczu i uszu? Aaa, to nic takiego, chciały sobie na was zrobić rójkę i tyle!

Ludzie zawiedli go dziesiątki razy, pszczoły – nigdy. A miód, który co roku od niego kupowałam, był naprawdę wyjątkowy: gęsty, klarowny, aromatyczny, żadnego „chrzczenia” dla zysku. Spadziowy, lipowy, malinowy. Ten ostatni chyba najlepszy, absolutne mistrzostwo.

Ubiegłej jesieni niedźwiedź zniszczył pasiekę Huberta, mam wrażenie, że to wtedy już skończyło się jego życie.

Tymczasem trzeba było nieco zadbać o „przedoknie”, wczoraj nie zauważyłam nawet grudeczek ziemi i kamyczków naniesionych przez Bogusia i jego kolegów, szybko więc odkurzyłam dywany i zamiotłam podłogę, wymieniłam zużyte wkłady w pochłaniaczach wilgoci, teraz już mogę naprawdę odpocząć i ponapawać się nicnierobieniem. Ale wypoczynek na werandzie kusi mnie jednak ogromnie, może jakoś dogadam się z wiatrem, może trochę mi odpuści. 😉

Nie schodzę dziś Groniem, lecz do Modrzewiska, pójdę do stacji dalszą drogą, obiecałam koleżance zdobyć numer telefonu właścicieli działki do sprzedania, zrobić parę zdjęć tejże działki i okolic. Magda z mężem zamierzają kupić coś w okolicy jak ta, nie na groniu, ale w zaciszu spokojnej wsi właśnie. Ostatnio widziałam ogłoszenie, może jeszcze jest aktualne.

Czy mi się wydaje, czy wiatr naprawdę zelżał? Czas wyjść, odetchnąć czystym powietrzem i dać się kołysać ciszy lasu, póki jeszcze mogę. Godziny tak galopują…


 

2 thoughts on “Poranne pertraktacje z wiatrem… ;-)

  1. Jesiennie i słonecznie u Ciebie,szkoda że problemy
    jeszcze nie dają spokoju. Marylka trzymam kciuki żeby
    się Twoje sprawy zakończyły jak najszybciej i pozytywnie.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *