Z kawą na noże i Natalią pod grzywką… ;-)

Z kawą na noże i Natalią pod grzywką… ;-)

7 grudnia 2019

Piękny, zimowy dzień.

Wykorzystałam możliwość nielimitowanego spania i nawet kiedy zarejestrowałam światło dzienne w izbie, przewróciłam się po prostu na drugi bok, nie zaszczycając zegarka choćby pobieżnym zerknięciem. Dziś mogłam. 🙂

Każdy chyba czasem marzy o leniwym poranku, przeciąganiu się w miękkiej pościeli na wygodnym łóżku, bez konieczności zrywania się i ganiania między łazienką i kuchnią. Tutaj co prawda nie grozi mi takowe ganianie – choćby z powodu braku łazienki, ale i tak ten poranek był wyjątkowo przyjemny w swojej nieśpieszności.

Dopiero około dziewiątej poczułam się wyspana i wypoczęta na tyle żeby wstać, rozpalić ogień w piecu i pozachwycać się widokami za oknem.

Termometr, zgodnie z wytycznymi pana Celsjusza, upierał się przy zupełnym braku temperatury na zewnątrz, pokazując zero. W domu za to utrzymało się jej całkiem sporo, bo sympatyczne trzynaście stopni. Jasne że zimno, ale po upływie pół godziny było już o pięć więcej: mogłam zdjąć polar, umyć się i rozgościć w nowej dacie.

Dziś już słońce ma urlop, szare niebo wisi nad górami, a wielka gromada płatków śniegu pędzi przez nie ukosem. Białe leży już cienką warstwą na całej powierzchni gór, egoistycznie chciałabym, żeby taka ilość już została, masy śniegu to radość dla narciarzy, ale dla nas tutaj – to czasem przeszkoda nie do pokonania: masa puchu zmieniająca się w twardą, śliską, wielokształtną skorupę. Strome lodowisko 3D, jakie pamiętam choćby z ubiegłego sezonu – brrr, masakra.

Kawa poranna, dziś wyjątkowo późna, okazała się niezłym wyzwaniem: aromatyczny proszek w puszce zbił się w twardą, jednolitą bryłę. Łyżeczka tylko się od niej odbijała z tępym stukaniem, na próżno potrząsałam puszką i stukałam nią o kant stołu. W warunkach miejskich – wdziałabym kurtkę i podreptała do sklepu, ale na sześciokilometrowy spacer po kawę jednak nie miałam wielkiej ochoty. Rozważałam użycie wiertarki, dłuta i młotka, wyrzynarki, saperki, ale ostatecznie stanęło na nożu. Wbiłam go z trudem w kawową bryłę, a kiedy pękła na pół, powtarzałam czynność raz za razem, aż puszka wypełniła się dwucentymetrowymi grudami. Te już łatwiej rozbijały się na drobniejsze przy energicznym potrząsaniu puszką. Udało się, wrzuciłam kilka grud do kubka i zalałam wodą, „kawulka” smakowała po swojemu świetnie, choć śliczna metalowa puszka raczej nadaje się do wymiany. 😉

Pukanie do drzwi rozległo się w chwili, kiedy składałam wersalkę. Uff, poczułam ulgę, że jednak zdecydowałam się uprzątnąć pościel.

– Dzień dobry, Marylko. A nie widzieliście ka nasyj Natalki?

Zmartwiony sąsiad z doliny wyglądał na zmarzniętego we flanelowej koszuli i puchowej kamizelce. W ręce trzymał solidny kij, na głowie miał filcowy kapelusz. Wstyd przyznać, ale w pierwszym odruchu miałam wielką ochotę zrobić mu zdjęcie. Kojarzę go, ale nie pamiętam nawet imienia.

– Nie, nikogo tu dziś nie widziałam, a kim jest Natalka? Wejdźcie do środka, proszę.

– Nie, nie, casu ni mom, ady synowo się z Adryjanem powadziła, godała ino ze w Groń pódzie. Takie te młode dzisioj nerwowe.

– A, to przykre. Ale ja nawet jej nie znam, może do Aneczki na Wiśniową poszła? A może u Kostka jest? A to dzisiaj wyszła?

Starszy pan pokręcił głową i machnął ręką szeroko.

– Ba jo ta juz chodzić nie bede, bo zima. Tak my se ino myśleli, ze tu do wos zasła. To do widzenia.

Podniósł na chwilkę kapelusik, po czym nasadził go głębiej na czoło i ciężkimi krokami ruszył z powrotem do furtki. Dopiero wtedy zobaczyłam stojącą przy studni tęgą kobietę w szarej kurtce, z takim samym pokaźnym kosturem w dłoni. Chwilę porozmawiali, rozkładając ręce i poszli powoli ku chacie Kostka. Pewnie kobieta zdecydowała się zapytać i jego.

Wróciłam szybko do ciepłej izby. Nawet nie wiem, czy szukają tej Natalii tylko dziś, czy może wczoraj wyszła, nie doczekałam się odpowiedzi. Ale natychmiast podeszłam do okna i uważnie przyjrzałam się okolicy. Hm, w takich warunkach to naprawdę niepokojące, jeśli ktoś wychodzi i długo nie wraca. Siłą rzeczy przypomniałam sobie małego Eliasza, zamarzającego przy naszej studni. Brrr, mam nadzieję, że takiej sytuacji już tu nigdy nie przeżyję. No, ale wtedy był prawdziwy mróz, minus dziesięć i chodziło o dziecko, a ta synowa to przecież dorosła osoba, nie poszłaby w góry zamarzać powoli ze złości na męża, chyba szybko by jej przeszło.

Nie rozumiem tylko, dlaczego to u mnie miałaby szukać schronienia? Istną galopadę mam pod grzywką, ale nijak nie mogę skojarzyć żadnej młodej kobiety o imieniu Natalia, z którą rozmawiałabym choćby na przystanku w Modrzewisku, albo w podróży busem. Że nie wspomnę o jakiejś bliższej znajomości!

Nic to, trzeba zabrać się do pracy. Wczoraj udało mi się sprawdzić i ocenić dziesięć wypracowań, dziś chciałabym „machnąć” piętnaście. Dwa razy po dwie godziny powinno wystarczyć. Jeszcze pięć zostanie na jutro – i gotowe, w poniedziałek mogę oddać papierki uczniom i wpisać oceny.

Póki co, śnieg przestał padać i trochę mnie jednak nosi, przejdę się po Groniu i pooddycham górskim powietrzem. Zajrzę też do Kostka zapytać o tę nieszczęsną Natalię, może oni wiedzą o kogo chodzi. 😉


6 thoughts on “Z kawą na noże i Natalią pod grzywką… ;-)

  1. Mnie też zaintrygowała ta Natalia… Napisz, jak dowiesz się co dalej…
    Ps: dopisz na tej kartce – puszka na kawę 🙂

    1. Haha, napisałam „Kawa w słoiku”! 😉
      A Natalia i mnie zastanawia. Po drodze jednak nie spotkałam nikogo kto by cokolwiek wiedział na ten temat…
      Ale dowiem się. 🙂

  2. W Twojej chatce Marylka to nie nudzisz się nigdy
    zawsze coś się dzieje….uśmiałam się trochę przy tej
    akcji z kawą,miałam kiedyś podobny przypadek.
    Ciekawa jestem czy zaginiona już odnaleziona …..
    Pozdrawiam ciepło 🙂

    1. Nuda – to dziwne słowo, dla mnie czysta teoria, nawet jeśli nic się nie dzieje, to nie pamiętam, żeby było mi z tym źle. A nuda ma jednak zdecydowanie pejoratywne znaczenie. 🙂
      O, właśnie! Muszę zapisać na kartce „do przywiezienia”: KAWAAAA! 😀
      Pozdrowienia, Danusiu!

  3. Sienkiewicz pisal „ku pokrzepieniu serc”…a Marylka ” na uspokojenie starganych nerwow”…ja zyje w totalnych chaosie…przeprowadzka w zimie to wyzwanie..

    1. A, rzeczywiście, przeprowadzka to zawsze niełatwa sprawa, co dopiero zimą…
      Trzymaj się dzielnie, wiosna w nowym miejscu będzie przecież wspaniała! 🙂
      Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *