Schyłek weekendu na Groniu… :-)

Schyłek weekendu na Groniu… :-)

8 grudnia 2019

Kolejny ranek leniwego weekendu. Ostatni.

Sen dzisiaj miałam przepiękny, ooooo, jakże bym chciała żeby się spełnił! Pary więc z twarzy nie puszczę na temat jego treści, to może się ziści na jawie. 😉

Sprawa uciekającej Natalii pozostała niewyjaśniona, Kostków nie zastałam i żadna zdesperowana małżonka nie pojawiła się w zasięgu mojego wzroku, choć owszem, spoglądałam za okna od czasu do czasu. Jedynie jakiś młody mężczyzna na motocyklu zatrzymał się za szopą przy malowanej chacie, ale odjechał po kwadransie, nie zaglądając do mnie. Podejrzewam, że mógł to być małżonek owej uciekinierki, ale równie dobrze – przypadkowy wielbiciel przeganiania zwierzyny z leśnych ostępów. Warkot takiego silnika pewnie jest w stanie obudzić niedźwiedzia z zimowego snu, jeszcze długo słyszałam go, choć dawno zniknął w lesie za Zadomiem Wielkim.

Reszta dnia minęła mi cicho, nie włączałam nawet radia, chcąc słyszeć każde ewentualne wołanie z zewnątrz. Zgodnie z planem, przeczytałam, poprawiłam i opatrzyłam notatkami piętnaście wypracowań moich licealistów, choć trwało to nieco dłużej, niż zakładałam. Dziś jeszcze udało mi się dodać dwa, trzy niesprawdzone zostawiam już na wieczór, przy własnym biurku po powrocie. W pociągu nie ma warunków na taką pracę, to jednak wymaga skupienia. Cieszę się, że jednak zabrałam papiery tutaj, często z tego powodu zostaję na cały weekend w okolicy biurka właśnie.

Tego ranka już nie pozwoliłam sobie na długie polegiwanie i przeciąganie się w pościeli, wstałam kiedy tylko zrobiło się jasno za oknami. Cieplej zaczął się ten dzień, temperatura na plusie i śniegu ubyło, a niebo nie jest już tak gęsto przytkane szarymi poduchami, jak wczoraj, gdzieniegdzie nawet prześwitują oka błękitu. Na Grzebyku osiadła właśnie jakaś chmura, przeczesuje mu rzednącą czuprynkę wilgotnymi łapami. Gdyby nie dach Kasi i mało efektowne przewody elektryczne nad nim, miałabym fajne zdjęcie z okna, może wdziać kalosze i zejść do studni? Stamtąd na pewno wyszłoby lepiej. Ale najpierw drewna trochę muszę przynieść.

Tegoroczne ścinki z tartaku są dobrze przesuszone, palą się świetnie, ale schodzą bardzo szybko; została ich już chyba połowa, no, może trochę więcej. Wczoraj porąbałam więc trochę starych „hnatków”, które kupiliśmy w ubiegłym roku od Huberta. Między innymi czereśniowe, oj, przy nich to się trzeba trochę napocić!

Owocowe drewno jest strasznie twarde, ale pali się dwa razy dłużej, dobrze mieć na podorędziu, bo cenne to paliwo. Tyle, że bardzo długo musi schnąć, szczególnie czereśnia i wiśnia, niedobrze jest spalać świeże bo można „zakleić” sobie piec. Nasze jest już po kilku latach schnięcia, owocówki leżały już długo przed domem Huberta, mówił, że nie chce mu się rąbać twardziochów, więc te dorzucił nam za darmo. Przygotowałam niewielki stosik, może się ostanie? Jakoś ostatnio (puk, puk – odpukać!) nawet sąsiedzi z malowanego domu nie „pożyczają” sobie moich zapasów, opłaciła się chyba moja butna i odważna postawa, haha.

W końcu wdziałam jednak grube skarpetki i kalosze na nogi, zarzuciłam kurtkę i wyszłam zrobić zdjęcia Grzebykowi. Niby parę kroków, a musiałam nieźle manewrować, żeby nie wywinąć jakiegoś orła na własnym podwórku. Śnieg spływa z dachu pośpiesznymi kroplami, a pod nogami zamienia się w zziębniętą, rozślizganą breję. Dzięki temu już nie waham się w kwestii zejścia: porzuciłam myśl o urokliwej drodze Groniem na korzyść tej bezpiecznej, oklepanej ścieżki do szosy w Modrzewisku. Pójdę dłużej, ale bezpieczniej. 😉

Tymczasem malownicza chmura zakończyła już fryzjerskie zabiegi na Grzebyku, pstryknęłam więc parę zdawkowych fotek i postałam przy studni, rozglądając się po osadzie i napawając ciszą. Kostek najwyraźniej wyjechał już wczoraj, nikogo poza mną już chyba nie ma. Dopiero od tej strony zauważyłam, jak bardzo zniszczone jest ogrodzenie Zosi, zdecydowanie bardziej, niż moje! Czyli i u niej jednak jelenie urządzają sobie ścieżkę zdrowia? Te dolne przęsła to z pewnością sprawka dzików, to akurat nie dziwi bo Zosia ma niewielki sad, a w nim jabłonie i śliwy, zachęcające do buchtowania.

Cały widok zrobił się chwilowo taki bezbarwny: szare niebo, czarna ziemia i pnie drzew, białe plamy śniegu. Ale ten zapach! Świeże, wilgotne powietrze, nieco ostre, niosące zapach żywicy, mokrej ziemi i leciutką nutkę palonego drewna – z mojego komina. Taki zapach czułam, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, dawno temu. Tu właśnie, blisko studni przystanęłam, kiedy zobaczyłam Janeczkę siedzącą na schodach, obierającą ziemniaki, tu podbiegły do mnie jej rozszczekane psiaki…

Czas się zbierać, pozmywałam już naczynia i wyłączyłam lodówkę, uprzątnęłam co trzeba i spakowałam plecak. Jak zwykle z rozrzewnieniem przyglądam się tym moim kochanym kątom, które coraz mocniej oświetla słońce gramolące się zza chmur. Jak zwykle żal mi wychodzić, choć przecież wrócę tu za tydzień lub dwa. Ale teraz jeszcze powędruję trochę przez ten zasypiający las, przez cichą wieś.

To najlepsze panaceum.  🙂


 

6 thoughts on “Schyłek weekendu na Groniu… :-)

  1. Nie mogłam tu ostatnio zaglądać, ale może to i lepiej. Miałam potrójną przyjemność z czytania. Na dodatek zafundowałaś ekscytujący wątek. Mam nadzieję, że temat znikającej Natalii będzie się rozwijał, bo zwiędnę z ciekawości 🙂
    A poprawianie uczniowskich prac śni mi się do dziś, brrr.

    1. Oj, nie mam pojęcia co z tą Natalią, pytałam po drodze sąsiadkę, ale nic nie wie. Obiecała jednak zadzwonić, kiedy się dowie. Ale z pewnością nic złego się nie stało, bo do tej pory już byłoby głośno. 😉

  2. I ja przysiadłam, żeby zaległości nadrobić i naczytałam się, oj jak miło!
    Prawdziwa to przyjemność czytać Cię, nawet jak smuteczki piszesz, samo życie w końcu.
    Pozdrawiam Cię Kobieto dzielna i zaradna i wszelkiej dobroci, a nade wszystko zakończenia tych spraw sądowych życzę!
    Serdeczności 🙂

    1. Oooo, dziękuję pięknie! Szczególnie w tych sprawach „sądowych” mile widziane byłoby zakończenie. Baaaaardzo nawet! 🙂
      Serdeczności moc ślę! 🙂

  3. Na chwilę przeniosłam się do Ciebie czytając,ach jak
    miło się czyta te Twoje opowiadania, można czytać
    i czytać i ciągle niedosyt !!!
    u mnie choroba to jak wrzód na doopie w przenośni
    i w realu…..wstydliwa to sprawa ale mam jakieś cuś
    i leczę….grypa jakoś powoli odchodzi ale z oporem
    chociaż do początków to teraz niebo a ziemia. Jak
    się pozbędę tego czegoś i będę mogła siadać normalnie
    to będę szczęśliwa…..ech życie. Starość jest łokrutna.
    Uściski 🙂

    1. Znam całkiem sporo osób, które przechodziły taką „wstydliwą” chorobę. Sama kilka lat temu tak cierpiałam (w wyniku powikłań po innej operacji), wiem co to znaczy. Z powodu tej „wstydliwości” niemal wszyscy opóźniają wyleczenie, a to przecież mija bez śladu, tylko trzeba dobrego specjalisty. Łatwiej go znaleźć, kiedy się ten wstyd przemoże. W końcu to choroba, wstydzić to się powinniśmy na przykład świństw robionych innym, czyż nie? 😉
      Moja pani proktolog mawiała, że ona bardzo lubi swoją specjalizację, bo ma samych dbających o siebie, zdyscyplinowanych pacjentów, którzy nie lekceważą jej zaleceń ani swoich dolegliwości. Żałowała tylko tych, którzy ze wstydu długo zwlekali ze zgłoszeniem się do lekarza. I ja wtedy inaczej na to spojrzałam.
      Trzymaj się, zdrowiej, wkrótce będzie dobrze!
      Serdeczne pozdrowienia, Danusiu! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *