Za dużo lodu. W lodówce i na szosie… ;-)

Za dużo lodu. W lodówce i na szosie… ;-)

14 stycznia 2020

Uch, jaka cudna zima dzisiaj.

Śniegu jest niewiele, po kostki zaledwie, jedynie przy drzewach i płotach zalegają białe nawiane poduchy. Od rana ( z przerwami) jest słonecznie, całe to białe skrzy się więc i taje na powierzchni, widoki są bajkowe, ale chodzenie nie należy do najbezpieczniejszych.

Musiałam jednak powędrować. I z tej mojej wewnętrznej potrzeby chodzenia, zanurzenia się w górską Naturę żeby poczuć się jej częścią, ale i z potrzeby bardziej pragmatycznej: zakupy.

Wczoraj przywiozłam co prawda pełny plecak wiktuałów, zapełniłam warzywami, serami, galaretkami z indyka i innymi pysznościami pół lodówki, ale naszej starej chłodziarce najwyraźniej wzrosły ambicje i postanowiła zostać w całości zamrażarką. Rano zdumiałam się nielicho, wyciągając półprzezroczysty ogórek zielony konsystencji kamiennej tudzież taki sam seler naciowy. Zielone sałaty w miksach, oliwki, jabłka, twarożek – wszystko w postaci mrożonek, a nie wszystko się do tego nadawało. Jabłek chyba szkoda mi najbardziej.

Sporządziłam więc listę zakupów i tuż po śniadaniu wyruszyłam dziarsko na dół. Śnieg pod stopami chrzęścił ochoczo, nie musiałam więc wspomagać się tic-takami w informowaniu mieszkańców lasu o swojej obecności. Błękitne niebo, parę chmur ku dekoracji, czyste powietrze lekko pachnące igliwiem i wilgotną ziemią w miejscach licznych buchtowisk, pięknissimo jednym słowem! Z przyjemnością przemaszerowałam przez Bramę Mocarnych po chrupiącym lodzie, pękającym pod stopami. Tak, to uczucie zawsze kojarzy mi się z rozbijaniem pęcherzyków folii bąbelkowej, podobna satysfakcja.  

Przydałoby się zrzucić parę kilo po niedawnym dogadzaniu sobie z okazji Świąt, uznałam więc, że i tam, i z powrotem pokonam drogę pieszo. Może tak codziennie kilkanaście kilometrów? Mmmm, cudowny plan.

Wiadomo, plany bywają cudowne, a rzeczywistość wygląda całkiem inaczej…

Kiedy zeszłam do szosy w Modrzewisku, dziarskość moich kroków zmieniła się w taniec pingwina raczej, dreptałam powoli i calutką szerokością drogi, szukając bezpiecznie suchej powierzchni, albo kopnego śniegu na poboczu. Wszystko pokryte było cieniutką warstewką lodu, w dodatku słońce zaszło za szare chmury i nie było szansy na roztopienie tej warstewki lodowiska. Przed kilkoma zaledwie domami droga była wysypana żwirem albo piaskiem, z obawą pomyślałam o przejściu przez sosnowy zagajnik, tam zawsze jest istne lodowisko.

Z ulgą więc skorzystałam z podwózki zaoferowanej przez pana Bronka. Wpatrzona pod nogi, nawet nie zauważyłam, kiedy podjechał.

– Dzień dobry, pani Marylko, nie za ślisko na takie wyprawy? Proszę wsiadać, jadę na postój.

– Ooo, dziękuję, rzeczywiście droga jest paskudna, idę jak marynarz przy sztormie!

– Auto też skręca gdzie chce, strasznie ciężko się jeździ dzisiaj. A w sośniaku – sam lód!

Wróciłam też taksówką do samego „Baraniego Rynku”, stamtąd wyruszyłam na Groń z poprzednią werwą, pod górę naprawdę szło mi się świetnie, śnieg na środku ścieżki był dość miękki, choć skrzypiał i chrzęścił jak wcześniej.

Zaniepokoiły mnie nieco świeże ślady dużych, raczej męskich butów, a obok nich – sporego psa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie krople krwi tu i ówdzie. Głowę dam, że nie było ich rano, kiedy schodziłam, zawsze obserwuję ślady. Ktoś musiał wchodzić niedługo przede mną, skręcił jednak na Wiśniową. Krople krwi pojawiły się dopiero w okolicy zwalonej ambony, wyobraziłam sobie więc, że to mógł być kłusownik, może wcale nie krwawił sam, a niesione przez niego ranne zwierzę?

Cóż, kłusownictwo tutaj to żadna nowina, ale pewnie prawda wygląda zupełnie inaczej, niż moje czarne scenariusze, nie aż tak czarno.

Po powrocie zrzuciłam tylko plecak i zabrałam się za rąbanie drewna. Słońce znowu świeciło pięknie, ptaki popiskiwały z lasu, a bielutki śnieg aż raził w oczy. Z jakąż przyjemnością wypiłam kawę na werandzie, kiedy już drewno znalazło się na z góry upatrzonej pozycji przy kuchennym piecu.

Brak lodówki zimą nie jest problemem, tymczasem zainstalowałam w sieni „chłodziarkę” w formie dużego, plastikowego pojemnika. Zamknęłam szczelnie, żeby ewentualne szare amatorki nie dobrały się do moich jabłek, pstrąga i innych selerów. Zamarznięcie pysznościom nie grozi, w sieni panuje idealna temperatura chłodziarkowa. Gorzej będzie wiosną, trzeba się więc przyjrzeć buntowniczemu sprzętowi.

A teraz muszę zakumplować się i powspółpracować z innym sprzętem, najwyższy czas odkurzyć podłogę, na dywanach i deskach sporo okruchów i trocin nazbierało się od wczoraj. Mam nadzieję, że odkurzacz nie ma ambicji zostania niszczarką, dajmy na to…   😉

4 thoughts on “Za dużo lodu. W lodówce i na szosie… ;-)

  1. Dużo słoneczka, błękitnego nieba, mało śniegu (ale tak troszkę musi być – dla urody krajobrazu), no i wypoczywaj!!!!!

  2. Czytałam z zapartym tchem….trochę szkoda jedzonka !
    ale widoki i pogoda wynagrodziły stratę artykułów jadalnych, miałaś ucztę dla oka i nawdychałaś się
    pełną piersią świeżego powietrza i to jest ważne…..*;*
    Mam nadzieję że spokojnie spędzisz czas w Chatce
    bo pewnie na dłuższy czas zostaniesz , wnioskuję z zapasów zrobionych to zapewne są u was Ferie zimowe
    i masz wolne. Kochana pogody pięknej Ci życzę i pozdrawiam *;*

    1. Dziękuję. 🙂
      Mam sporo drobnych prac porządkowych do wykonania w chatce, no i prac uczniów do sprawdzenia (a jakże!), ale zamierzam odpoczywać pełną twarzą! :-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *