Jak zostałam kobietą średniowieczną. ;-)

Jak zostałam kobietą średniowieczną. ;-)

17 stycznia 2020

Jaka to jednak różnica, kiedy dzień zaczyna się słońcem. Po dziwacznych snach wstałam o szóstej, niebo jaśniało już delikatnie, zarysy gór i ostre wierzchołki drzew odcinały się od niego czarnymi koronkami.

Moje wyjście do ubikacji spowodowało jakąś paniczną ucieczkę zza szopy, sądząc po dudniącym odgłosie to kilka jeleni, zwiały gdzieś za dom Zosi. Stałam chwilę w progu, obserwując uważnie teren oświetlony przez lampę nad drzwiami, cicho było i zimno. Mróz niewielki, około czterech stopni poniżej zera, o tej porze dopiero się chyba otrzepał i zaczął powolutku wypychać słupek rtęci ku górze. Ale to dobrze, że jest mróz, przyroda przecież tego potrzebuje.

Jak miło wrócić do ciepłej jeszcze izby, rozpalić w piecu, żeby umyć się już w komfortowej temperaturze 23 i śniadanie zjeść w wygodnej bluzce z krótkimi rękawami.

Hm, trzeba iść po zakupy, a Iza nie odpowiada, nie wiem czy na pewno przyjadą i kiedy. Wino kupować, czy nie? Ciasto jakieś też by się przydało, po wczorajszym od pani Agnieszki zostało tylko okruszkowe wspomnienie na kuchennym stole. A jeśli przyjadą już dzisiaj wieczorem? Byłoby świetnie, strasznie się za nimi stęskniłam.

Na wszelki wypadek posprzątałam i pozmywałam co trzeba, poskładałam rozwieszone wczoraj pranie i ułożyłam w szafce, izba oświetlona ciepłym słońcem wygląda miło i przytulnie. A może droga na dole jest już na tyle odmrożona, że da się przewędrować te kilka kilometrów do sklepu? Postanowiłam zejść pół godziny wcześniej i wsiąść do autobusu o jeden przystanek dalej, jeśli nadal będzie się ciężko szło. A może właśnie domaszeruję do końca? Termometr pokazuje radosne sześć stopni na plusie, bajkowy widok z rozmigotanym blaskiem na bielutkim śniegu zachęca do wyjścia z domu natychmiast. To idę. 😊  

Udało się, choć łatwo nie było. Droga śliska miejscami niewymownie, przy sośniaku więc zeszłam z szosy i powędrowałam lasem wzdłuż drogi. Śnieg gdzieniegdzie po kostki, a gdzieniegdzie tylko symboliczną warstewką zalegał. Zdziwiło mnie jednak, że w dolinie nadal panował mroźny chłód, po dziesiątej szadź wciąż zdobiła krzewy i drzewa, a mój podręczny termometr wskazywał okrąglutkie zero stopni, całe sześć mniej, niż na Groniu!

Na przystanku w Milówce spotkałam Martynę i Julkę objuczone plecakami, wyjeżdżały do Krakowa.

– Jak tam doszłyście wczoraj? Bez zjeżdżania po błocie? – zapytałam, zatrzymując się na chwilę.

Dziewczyny spojrzały na siebie i parsknęły śmiechem:

– Nie do końca. Koło tej zwalonej ambony jest takie strome zejście, poślizgnęłam się i zjechałam na pupsku. – przyznała się Martyna.

– Aaa, rzeczywiście. – przyznałam. – Tam jest i lód, i błoto, trzeba bardzo uważać. Ale, jak widzę, nic się nie stało?

– Nie, wszystko w porządku.

– Dobra, lecę do sklepu, trzymajcie się. Miło cię było poznać, Julka.

– Mnie panią też, jest pani wyjątkowa, zazdroszczę pani fantazji.

– Eee, bez przesady, na starość wielu ludziom dopisuje fantazja! – roześmiałam się.

– Ale pani nie jest stara! Pani jest taka… średnio…wieczna! – zaplątała się Julka.

Martyna i dwie starsze kobiety stojące obok wybuchnęły perlistym śmiechem, ja oczywiście też.

– Ale zajechałaś, Jula! – chichocząc, skomentowała Martyna. – Średniowieczna?! Pani Maryli to jednak do Renesansu bliżej!

W doskonałym humorze obeszłam parę sklepów, sprawdzając raz za razem telefon. Wiedziałam, że Iza i Staszek są rano w pracy, wysłałam więc kolejnego sms-a. Nadal nie wiedziałam, czy kupować to wino i ciasto. W końcu dostałam odpowiedź, że polegli na negocjacjach z mamą Izy i muszą zostać w Opolu.  Kiedy wdrapywałam się z powrotem na Groń, Iza zadzwoniła:

– Maryl, sorry, ale mama dostała jakiejś obsesji, że to jej ostatnie Imieniny, że nie możemy jej tak zostawiać, takie tam. Strasznie nam żal, Staszek kupił już fajne wino i siorka obiecała zająć się młodym, wieeesz, mieliśmy ochotę na taki wypad do ciebie jak kiedyś.

– Ja też strasznie żałuję, stęskniłam się za wami okrutnie! – chlipnęłam. – Nie wiedziałam, że pani Gosia ma imprezę.

– Ja też nie wiedziałam! Zawsze powtarza, że Imienin nie obchodzi, a teraz jej się odwidziało. Mówi, że za stara jest na świętowanie Urodzin, to się przerzuca! Nie nadążysz!

Na górze, ku własnemu pocieszeniu, zobaczyłam terenowe auto przy domu Mateusza. Nie wiem kto przyjechał, nie zaglądałam do nich, ale fajnie że ktoś jest. Raźniej mi.

Śladów przeróżnych jest zatrzęsienie, ale niedźwiedzich dziś nie zauważyłam, przedwczoraj wiele z nich przytopiło słońce, są już nie do rozpoznania. A nowych – najwięcej zostawiły jelenie, sarny i dziki. No i ja, oczywiście. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *