A zegar, uparciuch, odlicza… ;-)

A zegar, uparciuch, odlicza… ;-)

20 stycznia 2020

Przymroziło, przysypało.

Zeszłam po zakupy, spodziewając się mocno oblodzonej drogi, skoro przed domem taką ślizgawicę zastałam rano. Warstwa świeżego śniegu zamarzła na twardo, z przeziębionego dachu zwisały lodowe gluty. Niebo szare, zasępione jeszcze bardziej niż wczoraj i przejmujący wiatr do tego, ale trzeba mi było zejść.

Dziś znowu napotkałam niespodziewane: im niżej, tym większa odwilż, śnieg stawał się brejowaty i mokry, ale szło się świetnie. Wielce zadowolona, wzięłam głęboki oddech, z ulgą zdjęłam czapkę (nie cierpię tego ustrojstwa!), roztrzepałam włosy i ruszyłam przed siebie szybkim marszem.

Za opustoszałą chatą starego Piotra przyczepił się do mnie jakiś jazgotliwy pies o rudawej sierści, sięgał mi kolan, patrzył spode łba i ewidentnie miał ochotę na degustację mojej lewej łydki. Znam jednak ten typ, starałam się więc nie odwracać do niego tyłem i stale zagadywałam. Kilka razy tak dobiegał, kiedy tylko odeszłam kawałek, ale w końcu zrezygnował i zawrócił do swojego podwórza.

Nadspodziewanie szybko dotarłam do szosy między sosnami, tam już musiałam zdecydowanie zwolnić i wpatrywać się pod nogi w oblodzoną nawierzchnię. Ucieszyłam się więc, widząc zatrzymujące się obok eleganckie auto z uśmiechniętym panem Lesińskim za kierownicą.

– Dzień dobry, może panią podrzucić? – usłyszałam.

Podziękowałam i chętnie skorzystałam z zaproszenia. Nie znam bliżej państwa Lesińskich, jedynie na „dzień dobry”, są zawsze życzliwie uśmiechnięci, choć z lekkim dystansem, co mnie akurat pasuje i wolę to, niż zbytnią wylewność. Janeczka nie znosiła ich za to z całego serca, ale, znając powody tej awersji, nigdy się jej opinią nie przejmowałam.

Porozmawialiśmy o drodze na Groń, pogodzie i zwierzętach domowych, po czym sympatycznie się pożegnaliśmy i żwawo ruszyłam do mojego ulubionego warzywniaka, by uzupełnić zapas bajecznych pomarańczy, jakie nabyłam tu w sobotę. Są teraz wyjątkowo smaczne, soczyste i odpowiednio dojrzałe, co wcale tak często się nie zdarza w naszych sklepach.

– Maryla?! – wielkie, brązowe oczy Bogusi pod białą wełnianą czapką zaskoczyły mnie w drzwiach sklepu Brańskich.

– O, Bogusia! Ty tutaj?! Nie w Ujsołach?

– A, przyjechałam z sąsiadami po zakupy, goście przyjeżdżają. A ty?

– Może byście się tak zdecydowały? – huknął mi wprost do ucha tęgi jegomość, razem z głosem wydobywając z otworu gębowego ostre opary spirytusopochodne. Ble.

Faktycznie, stałyśmy w drzwiach, blokując przejście. Przeprosiłyśmy więc grzecznie i stanęłyśmy przed warzywniakiem. Pogadałyśmy chwilę, umówiłyśmy się na wiosenne spotkanie i każda poszła w swoją stronę. Ja – po pomarańcze.

Wróciłam taksówką z mamą Martyny i panem Wojtkiem – leśnikiem. Podróż minęła na wesołych pogaduszkach, a krótko po południu wspinałam się już z powrotem na swoją górę.

Niesamowite, wróciłam też do chuchającej mrozem zimy i sopli zwisających z dachu. Przy strumieniu musiałam już przeprosić się z moją przebrzydłą czapką, mrozisko już mocno kąsało w uszy i czoło, więc nasunęłam ją głęboko. No, nie lubię i już: mniej widzę, mniej słyszę a i czupryna potem wygląda mi jako ten łan szczypiorku potraktowany piorunem.  

Aj, jak miło jest wejść do ciepłej, suchej izby, zrzucić plecak i buty, w piecu rozpalić i kawkę aromatyczną sporządzić…

Krzyś zaskoczył mnie nieco telefonem:

– Mamo, nie wybrałabyś się ze mną po jabłka do Łodzi? Potem można by do Warszawy wstąpić, tę twoją szkołę obczaić. I Staszka odwiedzić.

Jutro wracam więc do „cywilizacji”, choć to określenie jakoś coraz mniej do naszej rzeczywistości pasuje. Dobrze było posiedzieć trochę w chatce, czystym powietrzem pooddychać i na świerki się pogapić. Siekiera wróciła cała i zdrowa, dziś więc i ja pociupałam trochę, żeby jutro zapas przy piecu zostawić. Może jeszcze na kolejny weekend wrócę?

Nie do wiary, dziś już mija tydzień… to ten zegar każdym tyknięciem przesuwał czas do przodu, aż niepostrzeżenie data w kalendarzu przeskoczyła cały rządek niżej!

Co za uparciuch z tego zegara. 😉

7 thoughts on “A zegar, uparciuch, odlicza… ;-)

  1. Sopelki podjadaliśmy jak byliśmy osmarkanymi smarkaczami, jejku jak one smakowały *;*
    Marylka powodzenia Ci życzę w załatwianiu spraw
    w Stolicy, niech wszystko będzie pozytywne !!!
    Pozdrawiam 🙂

  2. Witaj Marylko w Nowym Roku i niech będzie on dla Ciebie dobry!
    Trochę spóźnione, ale serdeczne to życzenia.
    Właśnie zrobiłam sobie przyjemność czytając kilka rozdziałów Twojego pisania. Jak wspaniale się czyta!!!
    A z kazdym prawie odcinkiem mój podziw dla Ciebie rośnie!
    Maryla mocarna – tak myślę o Tobie 🙂
    Pozdrawiam,
    Beata

    1. Witaj Beata, 🙂
      Dziękuję Ci bardzo za życzenia i miłe słowa. Ja Tobie również życzę dobrych dni i serdecznie Cię pozdrawiam.🙂

  3. Zegary są bezlitosne, a zwalniają złośliwie tylko w „burych” momentach.
    Patrzę sobie na sopelki na Twoim dachu i uśmiecham się, bo dawno takowych nie widziałam.

  4. Ojej 🙁
    Już wracasz do ” rzeczywistości”? Szkoda, bo górskie opowieści mogę chłonąć godzinami!!!
    Ps: Powodzenia w Warszawie!!!

    1. Hm, sama nie wiem, co naprawdę jest „rzeczywistością”.
      Na pewno ten górski świat jest pozbawiony niepotrzebnych dupereli i sztucznych problemów, wiec chyba jednak bardziej rzeczywisty. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *