Nową wiosną o remontach wiosennych… ;-)

Nową wiosną o remontach wiosennych… ;-)

22 marca 2020

Wiosna się zaczęła, a ja nawet tego nie zauważyłam. Dziwią mnie kwitnące na biało i różowo gałązki na zdjęciach, mam bezsensowne wrażenie że mnie to jakoś nie dotyczy.

Praca zdalna, tak zupełnie bez przygotowania, bez rozpoznania możliwości uczniów w tym zakresie – kompletne szaleństwo, ale jakoś trzeba sprostać sytuacji. Trudno, że kosztuje mnie to ogrom pracy (której, oczywiście, nikt nie zauważa, bo niby jak?), ważne że pomału zaczyna to mieć kończyny górne i dolne: ja przesyłam materiały, uczniowie odsyłają, ja sprawdzam i oceniam, odsyłam z uwagami i komentarzami, a gramatyczne sprawy – tłumaczę na filmikach i przesyłam uczniom. Wygodne, bo mogą „odpalić” w dowolnym momencie, zastopować, cofnąć i zastanowić się nad czymś dłużej. Nie zastąpi to normalnych lekcji, ale jako środek doraźny zaczyna się sprawdzać. Mniej i wolniej dozuję materiał, w końcu to, że uczniowie są w domu, nie znaczy, że mają tkwić przed komputerem jak doba długa i szeroka. Wiele sprzecznych poleceń i zarządzeń się pojawia każdego dnia, a z nimi zdumienie za zdumieniem, najlepiej więc zachować zdrowy rozsądek i spokój, pomału robiąc swoje, ze zrozumieniem dla drugiej strony, czyli uczniów i ich rodziców. Mają taką samą zagwozdkę.

Na wyjazd w góry muszę jednak trochę poczekać, chyba nawet pokaźne będzie to „trochę”. Oglądam zdjęcia od Kostka, słucham relacji telefonicznych i cichutko zazdroszczę Kasi, która już jutro wybiera się na dłuższy pobyt do swojej chatki. Dobre miejsce odosobnienia, jeśli tylko będzie odpowiednio zaopatrzona na cały ten czas.

Mateusz z kolei rozżalony jest przedłużającym się remontem na Groniu, zmianą komórki w łazienkę.

– Maryl, tłumaczyłem sto razy, że ten odpływ ma być od strony kibelka, a nie od studni. I jak myślisz? Oczywiście, zrobili od studni! A poprawić będzie można dopiero latem, jak dobrze pójdzie…

– A to Zdzichu wam robi? – dopytałam.

– Nie, ten Janek od Wilaków, ze szwagrem. A co?

– Jakoś mi to do Zdzicha pasowało. Pamiętasz, jak nam dach robił?

Mateusz parsknął śmiechem w telefon, aż odruchowo odsunęłam swój od ucha.

– Aaa, jak tę linkę w drugą stronę naciągnął? Fakt, to już było mistrzostwo świata.

Taaak. Mistrzostwo, teraz się nawet z tego śmiejemy, ale wtedy….

Dach był strasznie ciężki, pokryty grubymi, cementowymi dachówkami o wyszczerbionych mocno krawędziach. W wielu miejscach wrastały tam kępki zielonego mchu, a od strony „zadomia” straszyła łata z szarej blachy, wsunięta od spodu w miejsce po zwalonym drzewie sąsiada. Dachówki często pękały, na okrągło wymienialiśmy je na pełne, których całkiem spory zapas zalegał w drewutni.

Dziesięć lat temu uzbierałam trochę grosza, wzięłam niewielki kredyt i postanowiłam nareszcie zrobić z tym porządek. Nie wystarczyło na blachę, za to znalazłam niedrogo arkusze wychwalanej wtedy przez wszystkich onduliny, lekkiej i prostej w montażu. Zresztą, wszystko było lepsze od tych ton podziurawionego, przeciekającego cementu nad głową. Kasia poleciła mi Zdzicha, syna Ani z Wiśniowej, była zadowolona z jego roboty przy przybudówce.

Zdzichu, bardzo sympatyczny skądinąd facet, miał czas i chęć, miał tez swoją wizję, którą podzielił się ze mną i Krzysiem:

– To będzie tak: jak zdejmiemy te dachówki, obmaluje się krokwie, nie ma sprawy. Ino że strasznie smrodlawy ten środek pani kupiła, my se odczekamy, aż wyschnie, a potem tu linkę zamocujemy, coby odciągnąć i naprostować dach.

– O, właśnie, – ucieszył się Krzyś. – czyli jednak da się coś zrobić, to świetnie. Myśli pan, że da się całkowicie naprostować?

– Czy ja wiem? – zawahałam się – Może jednak zostawić jak jest? To przechylenie jest nieznaczne, niczym nie grozi, tym bardziej, że teraz dach będzie lekki.

– Pani Marylko, trochę zaufania do fachowej siły! – zaśmiał się pan Zdzichu. – Jedną krokiewkę się wymieni, łaty zagęści, więźbę naprostuje, będzie daszek jak nowy. Zrobimy z Tadziem jak dla siebie!

Wszystkie materiały zwiozłam na miejsce, „fachowe siły” zajęły się wymianą dachu a ja – zarabianiem na spłatę kredytu. Wiosenna pogoda sprzyjała remontom, i po dwóch tygodniach mogliśmy pojechać z Krzysiem podziwiać efekty pracy tudzież zapłacić co się należało.

Weszliśmy od przystanku dalszą drogą, przez Groń, więc nieco zziajani i zgrzani dotarliśmy na szczyt. Gnani ciekawością, ostatni odcinek drogi pokonaliśmy niemal truchtem, aż wreszcie ukazał nam się upragniony widok.

Przystanęliśmy na chwilę przy wielkiej jarzębinie nad polem Zosi, żeby przyjrzeć się z daleka naszej odnowionej chatce. Nowiutka płaszczyzna w kasztanowo-brunatnym kolorze wyglądała naprawdę cudnie.

– Mamo, czy nie sądzisz… – zaczął Krzyś z wahaniem.

– No? Czy nie sądzę, że co? – spojrzałam na jego stropioną twarz zdziwiona i rozanielona jak komar na plaży nudystów.

– Że  ten szczyt jest trochę bardziej przechylony.

Szybko odwróciłam wzrok i przyjrzałam się chatce dokładniej. Trójkątna, nadstropowa część ściany szczytowej ze starym jeszcze oknem przechylała się delikatnie do tyłu.

– O, kurczę, faktycznie. Coś jakby większe to nachylenie!

Popędziliśmy ku drzwiom, nie odrywając oczu od domu. Przechył więźby rzeczywiście troszkę się zwiększył, ale i tak widać to było dopiero po wnikliwym przyjrzeniu się. Poza tym – dach wyglądał świetnie! Niesamowite, po latach nareszcie nie musieliśmy się przejmować deszczem, nawet ulewa zamieniła się w miłe dla ucha odgłosy bębnienia.

Kiedy tylko weszliśmy do środka, Krzyś pobiegł na strych i krzyknął:

– Mamo, nie wierzę! Oni przywiązali linkę w odwrotnym kierunku! Na szczęście wiele nie naciągnęła…

Następnego dnia zjawiła się nasza „fachowa siła”. Linka była już odcięta, ale na widok jej resztek i tłumaczenie mojego syna pan Zdzichu stropił się i podrapał po głowie z niepewnym uśmiechem:

– Coś takiego! Że też mi się tak pomyliło! Ale sama pani mówiła, że to nieduże przechylenie, niczym nie grozi…

– To co? Ściągamy ondulinę, prostujemy jeszcze raz i nabijamy z powrotem? – zaproponowałam wesoło.

– Ale to się tak nie da! – przestraszyła się fachowa siła. – To by trzeba w te same dziurki…

– Żartowałam, panie Zdzichu, bez paniki. Ale z tym zaufaniem to pan trochę przesadził.

– Nie wiem co mi to się tak pomieszało, policzymy się sprzyjająco, pani Marylko, opuścimy trochę za robociznę, niech będzie moja strata…

Rzeczywiście, cenę podał „sprzyjającą”. 😉

Nie było sensu gniewać się na pana Zdzicha, w takim miejscu niezwykle trudno o fachowca w jakiejkolwiek dziedzinie, który zechce podjąć się pracy na Groniu. No, chociaż… zawodowi złodzieje chętnie się poświęcają!

  

4 thoughts on “Nową wiosną o remontach wiosennych… ;-)

  1. Z podziwem słucham o „zdalnej” pracy nauczycieli. Strona techniczna pewnie by mnie przerosła, gdybym dziś musiała się do tego zabrać. Ręce zupełnie opadają, gdy się słyszy taką wypowiedź, jak w swym wystąpieniu zaprodukował minister oświaty. Ileż w tym buty i lekceważenia.
    Fajnie, że masz chwilę, by „zasiąść” do bloga i przypomnieć coś z historii Twojej chaty. Opowieści o majstrach po latach brzmią zabawnie, dopiero po latach 🙂

    1. Oriolko, i nauczyciele, i uczniowie, i rodzice uczniów (szczególnie tych młodszych) mają teraz niemały problem z edukacją. 🙁
      Mam m.in. uczniów z bardzo ograniczonym dostępem do Internetu, dlatego wolę wysyłać im filmiki, żeby mogli „odpalić” w dowolnym czasie.
      Ale to wszystko półśrodki.
      Zobaczymy, co dalej. Ale do optymizmu to mi daleko, nawet przed chwilą widziałam znowu sąsiadów wybierających się kolejny raz z trójką dzieci po zakupy.
      Trzy razy dziennie tak potrafią. 🙁
      A wspomnienia z remontów rzeczywiście teraz śmieszą. :-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *