Każda burza musi się w końcu wygrzmocić…

Każda burza musi się w końcu wygrzmocić…

31 marca 2020

Smutny czas, dziwny czas i trudny.

Przyszło nagle, ale na równie nagłe odejście się nie zanosi, poszarpać nami musi  i pokazać co w życiu ważne. A pokaz ten za straszną dla wielu cenę. Z ludzi wyłazi to co najlepsze i co najgorsze, jednym klapki z oczu obrywa, innym berecik jeszcze ciaśniej naciska. Tak, czas to szczególny.

Kostek na bieżąco dzwoni i przysyła mi zdjęcia z Gronia, mieszka niedaleko, więc co kilka dni jeździ swoją terenówką sprawdzać, czy wszystko w naszej osadzie w porządku, tym razem to on obchodzi dookoła domy i podwórka, dzięki czemu mogę być w miarę spokojna o chatkę. Zwykle takie „obchody” to była moja rola… i przyznam, że brak mi jej ogromnie. 🙁

Wielu znajomych przyjmuje za oczywiste, że spędzam ten czas swoim górskim Azylu, jakże się dziwią, że tak nie jest, skoro „szkoły nie pracują”. Nie chce mi się już nawet tłumaczyć, więc zdarza mi się kończyć rozmowę przed wybrzmieniem pełnego zdania, uprzejmie, acz chłodnawo. Czy trzeba aż tak wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, że nie ma sensu zakładać ogródka warzywnego tam, gdzie „rządzą” dziki i jelenie? Jeden z kolegów uznał, że on by z pewnością dał radę, stawiając wokół domu siatkę na dwa metry, a koleżanka – sadząc warzywa w skrzynkach na werandzie. Ot, wzory zaradności.

Algida jednak do takich osób nie należy, jej tłumaczyć nie trzeba. Tydzień już minął od naszej długiej rozmowy, ale jej strzępki stale odtwarzają mi się gdzieś z tyłu głowy.

– Maryl, jak to wszystko się skończy, kiedy już będę pewna, że jestem zdrowa i bezpieczna, spotkamy się na Siwym Groniu, dobra?

– Jasne, – uśmiecham się chociaż głosem. – Czy u ciebie się już uspokaja?

– Trudno powiedzieć. Do Włochów późno dotarło, że trzeba pobyć osobno. Za późno. Straciłam już dwoje dobrych znajomych, tacy byli pewni siebie. Wiesz, dopiero teraz ludzie zaczęli się wysilać, kiedy zaczęli umierać sąsiedzi.

Przegadałam z Algidą – w tonie poważnym, ale i pogodnym – dwie godziny, ledwo w zamyśleniu odłożyłam telefon i poszłam zrobić herbatę, rozległ się kolejny dzwonek.

– Rafał! Miło cię słyszeć! – sapnęłam w szybkę smartfona, przybiegając z kuchni. Sądziłam, że to moja koleżanka jeszcze zapomniała o czymś powiedzieć.

– Cześć, Penelopo! – odezwał się Rafał wesolutko. – Jesteś w górach?

– Nie, dlaczego?

– A, myślałem, że się tam ukryłaś, mam dla ciebie super niusa!

– No, raczej byłoby mi trudno w tej sytuacji… – westchnęłam.- A co to za nius?

– Kupiliśmy domek! No, prawie, zostało jeszcze podpisać osobiście papiery, jak tylko będzie można to to zrobimy.

– O, to świetnie, gratuluję. Gdzie ten dom?

– W Węgierskiej Górce, całkiem niedaleko ciebie! Dość blisko centrum, ale mamy ogródek i widok na góry. Baza wypadowa do wędrówek będzie, a i sklepy blisko. Oglądaliśmy jesienią, ale nie mogliśmy się zdecydować, sytuacja z własnością jeszcze zostawała niejasna.  

Ucieszyłam się.

– Super. Szkoda tylko, że trafiło na taki moment. Parę miesięcy chyba musicie poczekać.

– Ejże, Maryl, jakie parę miesięcy, nie przesadzaj! Ty też panikujesz? Tego się nie spodziewałem, u was w Polsce przecież jest spokojnie, Wybory macie niedługo!

– Panikuję? – zdumiałam się. – Nie, daleka jestem od tego. Ale nie lekceważę sytuacji i wcale spokojnie nie jest, o Wyborach lepiej nie rozmawiajmy. Powiedz lepiej coś więcej o tym domu, drewniany? Piętrowy?

Rafał opowiedział co i jak, stale mocno podekscytowany, zawiedziony jedynie niechęcią miejscowych budowlańców do rozpoczęcia przeróbek w jego chacie. Jakby naprawdę myślał, że u nas to sytuacja przejściowa, mniej poważna niż u niego w Niemczech.

– Mówię ci, Maryl, miesiąc – i po sprawie! Szkoda, że ty nie możesz wykorzystać tego czasu i pobyć na Groniu. Ale rozumiem, praca ma swoje wymagania.

Nie podzielam optymizmu „Odysa”. Dobrze, że ostatnio wymieniłam wkłady w pochłaniaczach wilgoci. Mydło zostawione w sieni, w niedomkniętym pojemniku, z pewnością będzie zjedzone przez myszy, a pokrzywy zarosną posadzone w ubiegłym roku krzewy bzu i tamaryszka. Chyba, że uda mi się jakoś zorganizować wcześniej bezpieczny wyjazd do chatki.

Bywa jednak, że trzeba wybrać to co trudniejsze, mniej przyjemne, mniej swoje. Ale ważniejsze. A każda burza w końcu mija, wygrzmoci się i wybłyska, jeszcze będzie pięknie.

A my spojrzymy na siebie już nieco inaczej. Oby cieplej. 🙂

4 thoughts on “Każda burza musi się w końcu wygrzmocić…

  1. Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli,
    takiej musztardy i takiego mleka.
    Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić.
    (cyt.)

    1. Hm, z cytatem zgadzam się w 15/25. 😉
      Choć będą pewnie takie, tylko inne.
      Ale słońce będzie nadal tak cudnie zachodziło i wschodziło dla tych, którzy nie stracą nikogo ani niczego ważnego. Chyba.

  2. Ja też nie panikuję, ale niepokój jest ogromny. Odkładam na bok sprawy mniej ważne (wybory) i staram się stosować do ograniczeń. Nadrabiam zaległości w sprzątaniu, czytaniu, oglądaniu:) Ostatnio przypominam sobie „Chłopów” na TVN Historia. Odnalazłam też wojenne ślady brata dziadka ( dzięki IPN).
    Może jeszcze zdążymy nacieszyć się górami w tym roku, czego Tobie i sobie życzę 🙂

    1. Dzięki, Zosiu, też bym bardzo chciała się górami nacieszyć. I Tobie też tego życzę.
      Mnie praca zajmuje naprawdę mnóstwo czasu, więc nie muszę szukać dodatkowych rozrywek. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *