Taki Hyperion część 2.

Taki Hyperion część 2.

 25 maja 2020

c.d.

Po trzech latach starań – moich i tylko moich, dodam: biegania po urzędach, nerwówki w sądzie, załatwiania setek dokumentów: zaświadczeń, pozwoleń, projektów, planów, aktualizacji, wnoszenia niezliczonych opłat mniejszych, większych i całkiem dużych, wraz z tymi, którzy się dotąd wyłącznie podpisywali pod tym co załatwiałam, zasiedliśmy w naszych maseczkach w Kancelarii Notarialnej, którą – fakt – pomógł mi znaleźć mój brat (jedynie on wniósł symboliczny wkład, doceniam i to).

Mimo, że sprawa była bardzo ważna i dotyczyła pięciu osób, pozostali z góry uprzedzili że im na tym nie zależy, więc kosztów ani wysiłków ponosić nie zamierzają.

Zacisnęłam zęby i je poniosłam. Udało się. Wszystko po to, by sprzedać wspólne miejskie domiszcze i kupić mniejsze dwa, niezależne.

W minioną środę dowiedziałam się, że NIE i już.

Sprawy rodzinne. Ciężkie, zaszłe i bardzo trudne dla mnie, nie będę się o tym więc rozpisywać. Nie wiem jeszcze co zrobię dalej, pewnie trzeba będzie wynająć coś, żeby móc spokojnie oddychać. Na pracę w pobliżu Chatki nie mogę liczyć, a do emerytury jeszcze kilka dobrych lat muszę pociągnąć. Z radością zresztą, bo mimo tylu paskudnych okoliczności – uwielbiam to co robię.

Krzyś nieustannie dzwonił do pana Bolka, bezskutecznie jednak. Raz odebrała żona i obiecała, że o 21.00 mąż się odezwie, tak się jednak nie stało. Wizja dziurawego dachu, razem z problemem miejskiego domiszcza sprawiła, że noce zamieniły mi się w koszmar, a dni – w teatr odgrywany online przed uczniami. Jednak uśmiech, sympatyczny ton i serdeczna atmosfera na zajęciach szybko przestały być sztuczne, pomogły mi skubnąć trochę nadziei z tej zawodowej rzeczywistości. Przecież nie wszystko jest złe, nie wszyscy traktują mnie jak zero!  

Przed Krzysiem trudniej było ukryć to moje załamanie, przestraszył się, kiedy zastał mnie klęczącą w kuchni na podłodze. I ja bałam się, że zawał czy coś, ale po tabletkach przeszło. Znaczy, to tylko nerwy. Fajne te moje tabletki, tym bardziej że nieszkodliwe. I fajny ten mój syn. Ba! Wspaniały jest mój syn.

W sobotę rano telefon pana Bolka nadal nie odpowiadał, Krzyś zapukał do drzwi mojego pokoju:

– Mamul, jedziemy?

Spojrzałam na niego i domyśliłam się, że chodzi o odwiedzenie naszego Fachowca osobiście.

– Do pana Bolka? OK, daj mi pół godziny, dokończę sprawdzanie zadań.

– Zapowiada się deszcz, to wezmę lepik i choć trochę sami zabezpieczymy ten dach.

– Aha. No to już przenocujemy na Groniu, jak rozumiem?

– Przenocujemy. Tosia da sobie radę do jutra.

Ojciec wyjechał dokądś odpoczywać, trzeba więc było starannie zabezpieczyć i pozamykać domiszcze, spakowałam potrzebne rzeczy, przygotowałam parę misek z karmą i z wodą dla Tosi, powyłączaliśmy wszystko, co nasza wszędobylska kotka mogłaby sama włączyć i uruchomić, zamknęliśmy okna, drzwi  i wskoczyliśmy do auta. Nie terenowego tym razem, terenówce poprawiają jeszcze to i owo w warsztacie, ale nawet ucieszyła nas konieczność wspinania się pod górę, jednak to trochę ruchu w tym czasie pracy zdalnej i statycznej.

Maseczki i żel odkażający oczywiście mieliśmy w pogotowiu, upewniłam się telefonicznie, że możemy zostawić auto na podwórku pani Grażynki w Modrzewisku i ruszyliśmy.

Kiedy już zobaczyłam góry na końcu drogi, uśmiech zaczął błąkać mi się pod nosem. Będzie dobrze, przeszliśmy już gorsze rzeczy.

– Mamul, będzie dobrze. – odezwał się Krzyś, jak echo moich myśli.

Mateusz wytłumaczył mi, gdzie mieszka pan Bolek, bez trudu znaleźliśmy jego dom. Wyszedł do nas sympatyczny, niewysoki człowiek w kraciastej koszuli i dżinsach, czterdziestolatek na oko.  Przedstawiliśmy mu siebie i sprawę. Dziwnie tak, bez uścisku ręki czegoś brak, jakby ten gest jednak był zapewnieniem uczciwości, życzliwości? Bez tego pozostaje niedosyt.  

Maseczki mieliśmy przy twarzach, moja zabawnie zwisała z prawego ucha a Krzychowa – zasłaniała ledwo brodę, ale jednak na powietrzu i stojąc w bezpiecznym dystansie – nie zakładaliśmy ich do końca, tak jak i pan Bolek.

Obiecałam synowi nie wtrącać się, ale chwilami pokusa „ulepszenia” rozmowy była zbyt silna, musiałam napomknąć co nieco. Hm, po tylu latach pojedynczej odpowiedzialności za swoje, Krzysiowe i chatkowe sprawy trudno tak nagle odpuścić, zluzować te cugle. Ale staram się, słowo daję. 😉

Pan Bolek obiecał przyjść następnego dnia, jakoś zaraz po południu, drogę na Siwy Groń przemaszerowałam już pełna nadziei. Krzyś też był zadowolony:

–  Widać, że facet wie o czym mówi. Oby rzeczywiście przyszedł.

W Chatce natychmiast wdrapałam się na strych i zlikwidowałam kilka malutkich gniazd os, żeby bezpiecznie można było wejść i zabezpieczyć dach, prognozy nieubłaganie pokazywały nadchodzące intensywne opady. Starałam się nie patrzeć na tę zionącą, długą szparę u zbiegu arkuszy onduliny, ale przyciągała mój wzrok jak magnes. I przerażała.

Krzyś tymczasem szybko założył na powrót strychowe oświetlenie, zlikwidowane z obawy przed ostrymi zębami kunagundy przebrzydłej. Pod dachem zrobiło się zupełnie jasno.

– Pomóc ci? – zakrzyknęłam z sieni, zadzierając głowę.

– Nie, poradzę sobie. A, podaj mi tylko te listwy i piłę, położyłem koło wiadra.

Podałam, pokręciłam się bez sensu po sieni i poszłam rozpalać ogień. Ziąb był dość nieprzyjemny, ale szybko ustąpił miejsca miłemu ciepłu od rozgrzanego pieca. Krzyś na górze postukiwał, piłował coś, wdziałam więc kalosze, chwyciłam sekator i grabie, i poszłam usuwać zeschłe łodygi jeżyn oplatające płot Kasi. Rozrosły się niemożebnie, ale dwumiesięczna susza dała się im jednak we znaki. Powycinałam co tylko mogłam, wyszarpałam grabiami i zaniosłam na ognisko. Kiedyś się spali.

Wielce ucieszyły mnie kwitnące irysy, które dwa lata temu posadziłam wzdłuż werandy. Mają piękne, fioletowe kwiaty, wyrosły wysokie i mocne. Najwyraźniej nie podchodzą smakiem jeleniom, jest szansa że przyozdobią na stałe Chatkę razem z różami, opierającymi się naszym płowym gościom z lasu. Niestety, krzew tamaryszka, który przyjął się i całkiem ładnie już wyrastał, został obgryziony co do gałązeczki. Ale nowy bez – listki ma całe i zieloniutkie.

Powyrywałam z korzeniami pokrzywy w zadomiu: przy furtce, wzdłuż ścieżki i szczytu domu. Oj, rosły na bogato!

Krzych tymczasem skończył swoją pracę, teraz już szpara jest zdecydowanie mniejsza, odgiął zwisające brzegi i wsunął listwy na całą długość arkuszy. Prześwity nadal są (co widać na zdjęciu), ale przepuszczają jedynie światło, wody nie.

Położyliśmy się spać wcześnie, obydwoje zmęczeni swoją pracą przy domu. Ale długo nie mogłam zasnąć, wsłuchana w szum deszczu za oknami. Nadstawiałam uważnie uszu, ale nie słyszałam większego kapania z dachu, jedynie w sieni co jakiś czas rozlegało się pacanie pojedynczych kropel.

– Mamo, śpisz? – odezwał się nagle Krzych z drugiego kąta izby.

– Nie, słyszysz jak pada?

– Słyszę. Właściwie teraz byłoby dobrze wejść na strych i zobaczyć gdzie cieknie.

Natychmiast podniosłam się i zapaliłam lampkę przy moim łóżku.

– To cho!

I tak o północy wylądowaliśmy na strychu, zalepiając dziury po gwoździach w ondulinie. Krzysiowe zabezpieczenia listwami zadziałały bez pudła, mimo ulewy nic tam nie przeciekało.

– Oj, wyobrażasz sobie, jak by tu teraz wyglądało, gdybyś tego nie zrobił? – zaczęłam.

– Nie ma co gdybać, mamul. Jest dobrze. Jeszcze daj ten lepik, tu koło gąsiora też coś kapie.

Uspokojeni, wróciliśmy po godzinie do swoich łóżek i mogliśmy nareszcie zasnąć.

W niedzielę od rana straszyło nadchodzącą burzą, niebo było sine i błękitnawe na zmianę. Co jakiś czas spomiędzy gęstych chmur prześwitywało słońce, ale deszcz jakoś powstrzymywał się i nie spadał. Mocno go namawialiśmy na to powstrzymanie się, czekając na pana Bolka. I przyznać trzeba, nieco powątpiewaliśmy w jego przyjście.

Około trzynastej spakowaliśmy już wszystko i przygotowaliśmy się do szybkiego wyjścia, zagraliśmy kilka rozdań remika, spoglądając co jakiś czas w okno.

Przyszedł! 😊

Dobrą godzinę obchodzili dom z Krzychem (przysłoniętym nieco maseczką), omawiając wszystkie potrzebne i najpilniejsze remonty, a ja ograniczyłam się do zrobienia herbaty i wyłożenia ciasteczek na talerz. Dobra, niech mój syn przejmie tę pałeczkę. Jęzor swędzi, ale co tam. 😊

Zdumienie mnie ogarnia na to, co dziecię me planuje jeszcze na ten rok: szambo, ubikację i prysznic w komórce za sienią, podniesienie stropu i obicie ścian tamże tudzież wstawienie niewielkich okien po obu stronach (znaczy, będzie regularna łazienkaaaaa!), nowa skrzynka na bezpieczniki i obok niej okno w sieni. Obitej sieni, z nowym, solidnym stropem.

– Mamo, ale podniesienie dachu, dwa małe wykusze z oknami i położenie blachodachówki – to już za duży koszt, zrobimy to za dwa lata, OK?

– O, matko! Znaczy odwrotnie, o, synu! – jęknęłam z przejęciem. – Toż to cudne, co mówisz! Cudne i niewiarygodne! 

W tym tygodniu natomiast pan Bolek z pomocnikami dokona tej najpilniejszej naprawy: załata porządnie, obije i oklei dach arkuszami onduliny, które jeszcze zostały nam i spolegały w drewutni. Wynieśliśmy je na werandę, żeby wyprostowały się i oczyściły nieco, są w bardzo dobrym stanie i powinny wystarczyć.

Moje dalekosiężne plany rozprysnęły się jako ta muszelka przydeptana buciorem, fakt. Nie wybiegam teraz za daleko, dopóki serce nie zwolni i nerwy nie złagodnieją. Jeszcze nie jest dobry czas na podejmowanie nowych decyzji, teraz trzeba się spokojnie rozejrzeć. A gdzie można to zrobić lepiej, niż z werandy przed Chatką? 😊

 

4 thoughts on “Taki Hyperion część 2.

  1. Poczytałam i jakoś mi tak smutno na duszy. Życie rzuca Ci kłody pod nogi. Co bym nie powiedziała, może trącić banałem.
    Chyba tylko tam, na Twojej górze da się oddychać pełną piersią. Kibicuję remontowi chatki.
    Trzymaj się dzielnie, Marylko.

    1. Dzięki Oriolko. Hm, to nie życie, to ludzie…
      Staram się nie załamywać.
      Zresztą, co ja gadam. Dość mazania się! Trzeba się rozejrzeć i zrobić co się da, żeby sytuację zmienić! Tyle. 🙂

  2. Siły? Może rzeczywiście tej mi nie brak, skoro dotąd tu jestem. Ale dopiero teraz uczę się odwagi, bo od dzieciństwa doszłam do perfekcji w ukrywaniu lęku i bólu. Wiary w siebie już się chyba nie nauczę, za duże braki.
    To może mała zamiana, Zosiu? Ja Tobie siłę, Ty mnie odwagę? Albo kapkę wiary w siebie? 😉

  3. To „NIE ” mnie dobiło… Po tylu latach zmagań… Maryl, jesteś silna, dzielna, proszę weź „magiczny proszek” (poproszę o nazwę, bo ja też skorzystam) i nie strasz syna (i siebie) !!!
    Podziwiam Cię i nie wiem skąd bierzesz tyle siły…. Mnie by też się przydała….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *