Klops z przyczepką, czyli wstęp do remontu. ;-)

Klops z przyczepką, czyli wstęp do remontu. ;-)

16 czerwca 2020

(o ostatnim weekendzie część 1)

Nijak nie mogłam wstrzelić się w weekend z pisaniem, choć taki rozciągnięty był. Pozostały mi po nim uszczerbione paznokcie, doczyszczone całkowicie dopiero w poniedziałek, fizyczne zmęczenie, niedospanie i uśmiech wiejskiego głupka błąkający się stale w kącikach ust.

Zmiany w Chatce już zaczynają być widoczne!

Nowa instalacja elektryczna i skrzynka z bezpiecznikami na zewnątrz tudzież nowoczesna rozdzielnica wewnątrz – to jedno, poprawek dachu nie bardzo widać i dobrze, za to widać nowe okno wstawione w przebudowaną ścianę. I ta jedna – na razie – ściana w sieni jest teraz ocieplona, zaizolowana i obita nowiutkimi deskami od środka. 😊

Okno jeszcze wymaga wykończenia, obudowania ramami i listwami, obok niego wymienimy też drzwi na werandę, stare są nieszczelne, wykrzywione i ciężkie ponad miarę. Mają swój urok niepowtarzalny, owszem, głęboką fakturę wysuszonych słońcem dech wzdłuż rudawych słojów, podziurawionych gdzieniegdzie przez owady. Ale drzwi jednak nie powinny przepuszczać wiatru, światła ani rzeczonych latających stworków przez szpary między dechami. No i powinny szybko się otwierać i zamykać, a to bywa już ostatnio problematyczne. 😉

Piątek, dzień przyjazdu Staszka, to była istna karuzela. Nie do wiary, że udało nam się załatwić wszystko co było do załatwienia i zmieścić to w czasie przeznaczonym na taki jeden dzień.

Wstaliśmy z Krzysiem wcześnie, pozbieraliśmy kolejne wory zgromadzonych odpadów, w przelocie zjedliśmy śniadanie, zapisaliśmy kartki z planowanymi sprawunkami i rzeczami do załatwienia, spakowaliśmy wszystko do auta i w drogę.

Najpierw tartak. Niedawno dzwoniłam, usłyszałam, że już nie realizują prywatnych zamówień, ale jak przyjedziemy to możemy wybrać co chcemy, zapłacić i zabrać. Okazało się, że kantówki i deski na parapety są, ale podbitki (na obicie ściany) już nie robią, trzeba szukać gdzie indziej. Co więcej, pan Marek nie ma już przyczepki, Józek ani Jurek – też nie. Klops.

– Co tam, jedziemy dalej, dzień jeszcze młody! – zawyrokowałam wesoło, choć gdzieś tam z tyłu głowy już zacierał małe rączki złośliwy niepokój, że się nie uda.

Wyładowaliśmy wory ze śmieciami wprost do kontenerów w przedsiębiorstwie komunalnym, pobraliśmy nowe kolorowe worki i pojechaliśmy do kolejnego tartaku, który niedawno mijaliśmy.

Na wielkim placu pusto, cicho, w budyneczku wyglądającym na biuro – też pusto i ciemno. Tylko brama była szeroko otwarta.

– Mamul, wygląda na to, że dziś nieczynne. – odezwał się Krzyś.

– Czekaj, rozejrzę się – wyskoczyłam z samochodu, sprawdziłam biuro, po czym pomaszerowałam pod wielką wiatę, gdzie stały traki i inne maszyny. I gdzie, za zwałem pachnących żywicą desek, siedzieli na skrzynkach posilający się robotnicy. Na mój widok jeden z nich podniósł się i wolnym krokiem zdążał w moim kierunku.

– Dzień dobry, czy można u was dostać podbitkę? – zapytałam, przystając przepisowe dwa metry od niego.

– Ale po przerwie! – odburknął jakby zdziwiony i oburzony.

– To znaczy, że w ogóle macie podbitkę? – ucieszyłam się. – A po przerwie to będzie o której?

Spojrzał na zegarek, potem w chmury, podumał chwilę patrząc na grupę kolegów i zdecydował:

– Tak za dziesięć minut przyjdźcie.

– Tak zrobię. Za dziesięć minut przyjdę. – kiwnęłam głową rozbawiona i wróciłam przez bramę, gdzie w aucie czekał Krzyś.

– Mają podbitkę. – sapnęłam z ulgą. – Ale teraz jedzą, więc jest niedostępna.

Tymczasem próbowaliśmy znaleźć przyczepkę, oba nasze telefony rozgrzały się do białości, ale nikt z miejscowych znajomych, bliższych i dalszych, nie mógł nam pomóc.

Po przerwie śniadaniowej poszliśmy już razem do tartaku, odbyliśmy krótką, rzeczową rozmowę z szefem który pojawił się nagle, Krzych wręczył mu kartkę ze spisem potrzebnej nam tarcicy i swoim numerem telefonu.

– Jak będzie gotowe, to zadzwonimy, tak za godzinkę. – zapowiedział szef, machając kartką.

Wsiedliśmy na powrót do Vitary.

– Dobra, mamy godzinę na znalezienie przyczepy. Jak myślisz, uda się? – parsknął Krzyś.

– Spoko, damy radę. – powiedziałam. – Jak zobaczymy u kogoś na podwórku, to ja wysiadam i idę poprosić o wypożyczenie!

Wcześniej niż przyczepkę, zobaczyłam jednak pana Bronka – taksówkarza przed jednym ze sklepów. Stał, rozmawiając z jakimś młodym człowiekiem w czerwonej czapeczce.

– O, pan Bronek! Zatrzymaj się, Krzych, jeszcze jego spytam.

Nasz znajomy taksówkarz nie wiedział, ale młodzieniec w czerwonej czapeczce ożywił się:

– Mój sąsiad ma! I wypożycza nawet czasem!

Kiedy zadzwonił telefon z wiadomością, że deski są gotowe do odbioru, akurat doczepialiśmy starą, zdezelowaną nieco przyczepę do haka Vitary. A chwilę później – ładowaliśmy na nią pachnący żywicą ładunek.

Młodzi pracownicy tartaku pomogli nam umocować deski, zarzekając się, że ich sposób jest pewny i bezpieczny.

– Teroz nic wom nie sleci, ni ma mozliwości!

Została nam jeszcze godzina do przyjazdu pociągu Staszka, nie musieliśmy się więc śpieszyć, zabraliśmy z przystanku czekającą już na nas Kasię objuczoną zakupami w trzech wielkich torbach i raźno ruszyliśmy ku Modrzewisku, odwracając się stale i sprawdzając deskostan podrygujący na przyczepce.

Na szosie wszystko szło świetnie, ale kiedy tylko zaczęliśmy wspinać się naszą kamienistą drogą na Groń, Kasia na tylnym siedzeniu krzyknęła:

– Leci! Deski lecą!

Krzyś zahamował, a ja i Kasia wyskoczyłyśmy z auta. Umocowałyśmy na powrót cały przechylony ładunek na przyczepce, uwiązałyśmy mocniej linkami i wróciłyśmy na swoje miejsca, obserwując z nich końce desek widoczne przez tylna szybę.

Przy strumyku pod Bramą Mocarnych nasz cenny ładunek znowu postanowił zażyć swobody i deski, jedna po drugiej, zaczęły wysuwać się z wielkiej wiązki. Trzeba było gruntownie je przeorganizować i ułożyć inaczej.

– Przydałoby się przygnieść je czymś z przodu, zaraz się nam znowu przechylą. – rozejrzałam się.

– Zawsze chciałem przynieść z lasu jakiś wielki kamień pod schody! – zaśmiał się mój syn i z trudem wtaszczył na przyczepę wielki, płaski kawał skały.

Deski najpierw przykryliśmy kocem, bez tego pewnie miałyby zmiażdżone końcówki. Teraz już bez przeszkód wjechaliśmy na Groń i zaparkowaliśmy przed naszą chatką. Szybko wyładowaliśmy wszystko i ułożyliśmy pod ścianą domu, chwyciliśmy po butelce wody i ruszyliśmy znowu na dół, odebrać Staszka ze stacji i zrobić zakupy.

Była dopiero dwunasta, a wszystko co najważniejsze do załatwienia – mieliśmy za sobą.

Teraz już mogliśmy odetchnąć. 😊

Cdn.   

 

6 thoughts on “Klops z przyczepką, czyli wstęp do remontu. ;-)

  1. Ale się u Ciebie dzieje!!!! Nie możesz narzekać na nudę 🙂 Czekam na część 2 !!!!
    Pozdrawiam i powodzenia przy remoncie!!!

    1. Będzie, będzie, Gosiu, tylko jestem zawalona papierami po czubek głowy, uczniom właśnie się przypomniało, że tak naprawdę zasługują na lepszą ocenę, niż średnia wskazuje… ;-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *