Nowe okno na zielony świat… :-)

Nowe okno na zielony świat… :-)

17 czerwca 2020

c.d. piątku, 12 czerwca

W drodze po mojego przyjaciela na stację oddaliśmy przyczepkę właścicielowi, odwdzięczając się oczywiście w sposób typowy dla naszej nacji, już ze Staszkiem zrobiliśmy niewielkie zakupy spożywcze i trochę większe – w sklepie remontowym i wróciliśmy stromą dróżką wprost na nasz własny, zielony parking pod orzechem. Przekąsiliśmy co nieco, przebraliśmy w robocze koszulki i zabraliśmy się ochoczo do pracy.

Ściana w sieni była już w miarę przygotowana poprzedniego dnia, teraz pozostało oderwać poziome deski i wybrać resztę starego mchu, mysich odchodów tudzież kawałków szmat spomiędzy bali. Kurz i brud fruwał w powietrzu na potęgę, wydobywając się przez otwarte drzwi z obu stron domu musiał wyglądać na jakieś znaki dymne, Kostek bowiem zjawił się zaintrygowany wielce i dobrą chwilę przyglądał się nam w milczeniu.

– Bez obaw, wszystko jest pod kontrolą! – uspokoiłam go, machając właśnie zerwaną ze ściany deską.

Nie wyglądał co prawda na uspokojonego, ale wrócił do siebie.   

W końcu ściana pozostała oczyszczona, złożona jedynie z poziomych bali, między którymi swobodnie można było przecisnąć dłoń. Krzyś oznaczył miejsce wycięcia otworu na okno i – belka po belce – wyciął pół ściany. Okazało się, że od strony framugi drzwi belki nie były niczym przytwierdzone, pospadały razem z wyciętą częścią, podtrzymywane jedynie przez Staszka w celu złagodzenia upadku.

Ależ to był dziwny widok: moja kochana chatka z wielką wyrwą w boku. Niby wiedziałam, że za chwilę to się zmieni, będzie wręcz lepiej, ale czułam się naprawdę nieswojo…

Niektóre z wyciętych belek okazały się mocno spróchniałe, zastąpiliśmy je więc zdrowszymi fragmentami, a próchno poszło od razu na ognisko. Tym już zajęłam się ja, a chłopaki starannie osadzali dechy na otwór okienny i stopniowo odbudowywali resztę ściany, tym razem umieszczając belki ciasno jedna na drugiej.

Czas – uparciuch wcale nie chciał zwolnić, zmrok zapadał jakoś zdecydowanie za szybko. Razem z nim  nadciągnęła z ciekawością burza, rozbłyskała nad nami przez jakiś czas burcząc i trzaskając gromami z podziwem, ale w końcu dała sobie spokój i potoczyła się dalej. Niewielkie okno rozgościło się w ścianie sieni, ciesząc nas niepomiernie! Już nie trzeba będzie zapalać światła w dzień, wychodząc z izby po cokolwiek do lodówki lub do ubikacji! Oj, długo na to czekałam: nowe okno na nasz zielony świat. 😊

Nie było to jednak wszystko, teraz trzeba było obudować, ocieplić ścianę od wewnątrz.

– Nie ma sensu zaczynać tego po nocy. – uznałam. – I tak musimy dokupić obie folie, zostawmy resztę na jutro.

– Dobra. – podchwycił Staszek. – To kto się pierwszy idzie myć?

– Ja! Ja! Ale za to potem zrobię kolację. – zaproponowałam wspaniałomyślnie. – Jak wy się umyjecie, będzie gotowa.

Planowaliśmy wieczorne rozgrywki w Carcassonne, ale nic z tego. Byliśmy tak zmęczeni, że ledwo zagraliśmy kilka rozdań remika, nosy zaczęły nam opadać podejrzanie blisko stołu i rozdzieliliśmy się na trzy zaspane podgrupy, z ulgą wykładając się na swoich posłaniach.

Czekała nas mocno, mocno pracowita sobota… 😊

cdn…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *