Ściana ze wspomaganiem szklanym – praaawie gotowa… ;-)

Ściana ze wspomaganiem szklanym – praaawie gotowa… ;-)

18 czerwca 2020

Ciąg dalszy opisu ostatniego weekendu. 😊

Sobotni ranek wstał pogodny i rześki po deszczu, ja i Krzyś pojechaliśmy po dwa rodzaje folii i zszywki do sklepu w dolinie, a Staszek zajął się zmywaniem po śniadaniu.

Za namową znajomych budowlańców, kupiliśmy jednak tylko jeden rodzaj folii, za to z gatunku „wypasionych” membran, które świetnie nadadzą się na tę naszą ścianę i podziałają za dwie. Co prawda, znawcy przedmiotu twierdzą, że dwóch nic nie zastąpi, z pewnością mają rację, ale my uznaliśmy, że nawet sama wełna szklana już robi wielką różnicę i nie będziemy silić się na hiperperfekcję. Co więcej, tanie to wszystko razem nie jest! 

Już na górze, przebrani i gotowi do pracy odkryliśmy, że zszywki nie pasują grubością do naszego nowego takera. Jak to jest, że mierzy się wszystko dokładnie i po kilka razy, zapisuje skrupulatnie i z wielkim przekonaniem, że nie może być mowy o żadnym błędzie, a na koniec okazuje się, że ta dokładnie wymierzona i przemyślana rzecz bezczelnie nie pasuje!?

– Nieee, nie wierzę! Jak mogliśmy kupić zły wymiar?! – jęknął Krzyś.

– Może po prostu użyjemy małych gwoździ? – zaproponował Staszek niepewnie.

– Nawet słońce miewa zaćmienia… Ale czekaj, zapytam Kostka, może ma taker albo zszywki. – chwyciłam telefon i zadzwoniłam do sąsiada.

– Nie mam, ale jesteśmy teraz na dole, może po prostu kupię co potrzebujecie? – odpowiedział.

Krzyś wysłał esemesem wymiary zszywek i pozostało nam poczekać na przyjazd Kostka. Taka przymusowa przerwa nie była zresztą przerwą na odpoczynek, a jedynie chwilową zmianą zajęcia. Mam wrażenie, że tyle samo pracowaliśmy, co sprzątaliśmy po sobie, wszystko było wszędzie: pootwierane skrzynki i organizery z narzędziami i metalową drobnicą zajmowały podłogę, schody na strych, krzesełka i wszystkie szafki włącznie z lodówką. Między nimi słał się trocinowy kurz, upstrzony gdzieniegdzie kuleczkami styropianu i strzępkami papierowych tudzież foliowych opakowań, które wyłuskiwaliśmy przy zamiataniu jako te Kopciuszki. Wielki, żółty wór na plastiki stał w centralnej części sieni, stale coś w nim lądowało, a miotły i zmiotki zajęte były na okrągło, w przeciwnym wypadku wnieślibyśmy połowę tego trocinowego brudu do izby, a i tam zaglądało się przecież często po łyk wody albo kawałek owocu.   

Wkrótce usłyszeliśmy warkot znajomego silnika i po chwili Krzyś przyniósł z domu poniżej wyczekiwane pudełko zszywek.   

Teraz już bez przeszkód nasza wypasiona membrana przybita została ściśle do belek ściany, a po niej drewniane kantówki, wełna szklana i deski podbitki kolejno zostały przytwierdzone wokół nowego okna i drzwi. Staszkowi udało się nawet zaliczyć cios jakąś belką w kość czołową, ale po przyłożeniu chleba z zamrażalnika – wrócił do pełnej sprawności. Solidnego guza jednak nie uniknął.

Największe opory mieliśmy przy kładzeniu wełny szklanej. Brr, taki materiał to nic przyjemnego, kiedy wciska się pod skórę, działaliśmy więc bardzo ostrożnie i poprzebierani iście maskaradowo. Staszek okazał się tutaj niezastąpiony, w przeciwieństwie do nas nigdy wcześniej nie miał z takim zjawiskiem do czynienia, bohatersko wziął większość roboty na siebie, dostał mu się mój stary, cienki golf z długimi rękawami, kalosze i reszta zabezpieczenia w postaci maseczki i rękawic. Nie dał sobie jednak odebrać krótkich spodenek, choć upał zelżał wraz z przejściem kolejnej burzy i nadejściem wieczoru.

Tym razem pracowaliśmy niestrudzenie, acz z humorem, do późnej nocy, zegar pokazywał kwadrans przed pierwszą, kiedy nareszcie ściana była obita deskami i mogliśmy przebrać się, umyć i zjeść… powiedzmy, kolację.

W niedzielę musieliśmy wyjechać przed południem, cały ranek poświęciliśmy więc to na pakowanie narzędzi, to na podziwianie nowej ściany z oknem. Jeszcze trzeba je dokładnie obudować z obu stron, dorobić parapet na zewnątrz, ale to już następnym razem, kiedy będziemy sklecać nowe drzwi od strony werandy. To też niezłe wyzwanie!  

Ja już nie mogę się doczekać, kiedy pan Bolek zrobi nowy strop i będziemy mogli obić pozostałe ściany sieni. Oczywiście, można wszystko zlecać fachowcom, pan Bolek pewnie bez problemu zrobiłby wszystko, ale siostra Ekonomia doradza samodzielne wykonanie co łatwiejszych prac.

Co tam uszczerbione paznokcie! 😉 

 

8 thoughts on “Ściana ze wspomaganiem szklanym – praaawie gotowa… ;-)

  1. Trzymam kciuki,kibicuję ,ale i współczuje ogromu pracy,oby szybko i sprawnie poszło .pozdrawiam

  2. Cóż, tutaj ja byłam pomocnikiem, mój syn zarządzał całością i chłopaki starali się oszczędzić mi pracy, co niekoniecznie mi się podobało… 😉
    Też mam nadzieję że dom będzie super, dzięki. 🙂

  3. Jak pięknie Wam się ta praca udała i efekt widać od razu. A ja siedzę w środku niemożliwego bałaganu i końca nie widać. Remont piwnicy i balkonów to jak tornado, pędzące przez cały dom.

    1. Ano, nasz remont z konieczności przynosi szybkie efekty, bo podzielony na kawałeczki. U Ciebie, Basiu, to widać dłuższa sprawa. Ale za to taki dłużej wyczekiwany efekt będzie cieszył tym bardziej! :-)))

    1. Dzięki. 🙂
      Jeszcze sporo jest do zrobienia przy tej ścianie (nie mówiąc o pozostałych!), ale to sama przyjemność. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *