Co dalej z remontem czyli w poszukiwaniu „marchewki”. ;-)

Co dalej z remontem czyli w poszukiwaniu „marchewki”. ;-)

28 czerwca 2020

Ranek ciepły i rozświetlony, pachnący skoszoną trawą zza okna i rozśpiewany koncertem jakiegoś skrzydlatego maestra ukrytego w gałęziach wielkiej lipy za płotem Kasi. Krzyś pewnie zaraz się obudzi, zjemy śniadanie i dokończymy malować zagruntowaną wczoraj ścianę.

Wczoraj przyjechaliśmy wczesnym popołudniem, Suzi wspięła się po błotnistej drodze bez trudu, jak to dobrze, że mój syn wykaprysił sobie nagle to auto. Na Groniu trawy przysychały już po nocnych ulewach, z radością wyskoczyłam z samochodu i otworzyłam Krzychowi naszą prowizoryczną bramę.

Po chwili już, podekscytowana wielce, mogłam rozpakować mój nowy piekarnik. Nieduży, niezbyt zaawansowany technologicznie, ale ma wskaźnik temperatury i – co najważniejsze – zmieści się w nim chleb, jaki ostatnio nauczyłam się piec. A skoro się nauczyłam, to zaczęłam modyfikować przepis, chlebuś jest coraz lepszy. A pieczony tutaj będzie z pewnością wyśmienity, w myślach nazywam go już Siwogroniak. Z ziołami i ziarnami będzie, na drożdżach na razie, bo to jeszcze moje początki, o zakwasie na razie nawet nie marzę. 😉

Teraz jednak nie było czasu na pieczenie, mieliśmy mnóstwo innych zajęć, wyszliśmy przed dom, machając z daleka do sąsiadów krzątających się pod lipą.

 Kasia z Paulinką przywitały nas relacją zza płotu.

– Aaależ była burza tej nocy! Chlastało i waliło piorunami kilka godzin, aż nam prąd wywaliło. Na szczęście bezpiecznik zadziałał.

– A burza była okropnie blisko! Nie dało się policzyć!

– Raz już myślałam, że u was w coś uderzyło, że orzech trzasnęło, albo coś przy domu, naprawdę, dawno się tak nie bałam. – kręciła głową Kasia. – Mieliście nosa, że nie przyjechaliście wczoraj.

– Nie przyjechaliśmy, bo miałam zajęcia do wieczora, dwie moje grupy mają egzamin w przyszłym tygodniu. – westchnęłam.

Smutne były piątkowe zajęcia, pierwsze po trzech miesiącach i jednocześnie kończące kurs, ostatnie przed międzynarodowym egzaminem. Miała być radość ze spotkania nareszcie, bardzo sympatyczna i zgrana to grupa, ja tez cieszyłam się, że ich znowu zobaczę. Ale właśnie jeden z członków tejże grupy zmarł po czterodniowym zaledwie pobycie w szpitalu, w ubiegłą niedzielę zabrano go z diagnozą „covid”, a w czwartek rodzina opłakiwała go, nie mogąc ciągle zrozumieć co się stało. I ja dłuższą chwilę wpatrywałam się w maila od Joasi z niedowierzaniem i zgrozą. Były tam tylko trzy słowa: „Andrzej nie żyje”.

Jak to możliwe?! Parę dni wcześniej uspokajałam Asię w mailu, że wpiszę ich na kolejny termin egzaminu, już po jej kwarantannie i jego powrocie ze szpitala, że ani się obejrzy, a będzie mogła pomachać międzynarodowym certyfikatem…

Nie myślałam nawet przez ułamek sekundy, że może to skończyć się w taki sposób. I sądząc po tym poniedziałkowym liście Asi, ona także nie. Andrzej?! Przecież to był zdrowy, pełen życia i humoru człowiek! Oboje stanowili wspaniałą parę, widać było, że rozumieli się wpół spojrzenia. Razem uczyli się angielskiego, razem przejechali świat dookoła, traktowali siebie nawzajem z szacunkiem i taką ciepłą sympatią, jakiej nie sposób udawać.

Myślę znowu o nich, patrząc na zielone łąki za oknem. Życie toczy się dalej, choć Joasia pewnie jeszcze tego nie zauważa. Oby ona i ich dzieci bezpiecznie przetrwali ten trudny czas.

– No, nie! Mamo, ja się ciągle nie mogę przyzwyczaić, że tu jest jasno! – Krzych, wychodzący do sieni wyrwał mnie ze smutnej zadumy.

– Prawda? – odkrzyknęłam. – Ja mam to samo, też mam wrażenie, że drzwi na werandę są otwarte.

Wczoraj rzeczone drzwi zostały już przez Krzysia uzbrojone w dodatkowe zasuwy, doszlifowane i powtórnie zaimpregnowane. Od początku do końca zatem te drzwi to dzieło mojego syna, ależ jestem z niego dumna! Ja z kolei napuściłam zewnętrzną ścianę od drzwi do studni preparatem antyrobalowym, po czym dokończyłam pracę przy mojej szafce na narzędzia, przymocowałam drzwiczki i kuliste uchwyty do nich, dokręciłam nawet dodatkową „nogę” wspierającą półkę, teraz można ustawiać w niej kilogramy gwoździ i ciężkie młotki. Dziecię me pokiwało głową z uznaniem:

– No, no, świetnie ci to wyszło! Solidne i bardzo ładne!

Zawiesiliśmy nową, już właściwą, zazdrostkę i bordową roletę. Nasze nowe okno wygląda uroczo!

– Szkoda, że tylko jedna ściana. – westchnęłam, kiedy późnym wieczorem staliśmy w sieni, przyglądając się efektom naszej pracy. – Pewnie teraz tak na miesiąc zostanie…

– Myślisz, że pan Bolek nie zrobi stropu?

– Myślę, że się wcale do tego nie pali. Słyszałeś: „jak przyjdzie – to będzie”.  

– Ech, trzeba by go jakoś docisnąć, bez stropów tu i w komórce nie popchniemy pracy dalej.

Cóż, potrafimy zrobić sporo, ale tego jednak nie. Można poczytać o tym, znaleźć poradniki w Internecie, ale co z tego. Nic nie zastąpi fachowca z praktyczną wiedzą i doświadczeniem, pozostaje nam więc jeszcze pomęczyć pana Bolesława i pozachęcać.

Och, oby tylko znaleźć tę właściwą „marchewkę”… 😉 

 

2 thoughts on “Co dalej z remontem czyli w poszukiwaniu „marchewki”. ;-)

  1. Boże, czy ten wirus nie przeminie???? Niesamowite, że tak szybko wirus działa….
    A co do Chatki, to jest cudnie!!!!

    1. Patrząc na bezmyślne zachowanie wielu ludzi – jestem niemal pewna, że wirus „porządzi” jeszcze długo. 🙁
      A zmiany w Chatce cieszą mnie ogromnie! I cieszy mnie, że Ci się podoba, Zosiu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *