I walka z przyzwyczajeniem bywa miła… ;-)

I walka z przyzwyczajeniem bywa miła… ;-)

28 czerwca 2020

Noc już, znowu trudno mi zasnąć. Zbyt wiele spraw wymaga przemyślenia, poukładania we właściwe szufladki. Gorzej, ze wciskają się tam także brudy, szmaty nieproszone, które trzeba wywalić bez żalu i nie oglądać się na nie. Dlaczego to takie trudne?

Przed snem trzeba skupić się na czymś miłym i dobrym, na szczęście i o to nietrudno. Dzisiaj był naprawdę fajny dzień, udało nam się zrobić wszystko, co było zaplanowane: nieśpiesznie dokończyliśmy malowanie Chatki, teraz już drzwi, ramy okna i próg są dobrze zabezpieczone, a jednocześnie całkiem ładnie wyglądają. Wewnątrz zostawiliśmy jednak impregnaty bezbarwne, dzięki temu sień będzie jaśniejsza.

Dotąd pierwszym odruchem przy wychodzeniu z izby do bezokiennej sieni było sięganie do wyłącznika światła, panowała tam ciemność nieustająca. W ciepłe dni otwierało się więc szeroko drzwi na werandę i tak zostawało aż do wieczora. Dzięki temu w sieni było jasno i szybko można było przemieszczać się z izby na werandę i z powrotem. Wstawienie okna miałam w planach już dawno, owszem, ale wiązało się to z koniecznością przerobienia instalacji i zmianą położenia skrzynki bezpiecznikowej. Sprawa była więc zbyt kosztowna dla mnie na tamte czasy, przyzwyczaiłam się do tego sięgania w lewy górny róg za drzwiami. Teraz trzeba się odzwyczaić, ale to bardzo miła konieczność, światło w sieni – i mnie, i Krzysia – za każdym razem zaskakuje i cieszy, szczególnie rano. Ja czuję wręcz lekką panikę, że zapomniałam wieczorem zamknąć drzwi na werandę, ale po sekundzie szeroko się uśmiecham, patrząc na niewielkie okno z uroczą zazdrostką.                                               

Ooo, tak, chętnie się odzwyczaję! 😉

Wczesnym popołudniem spakowaliśmy do auta kolejny wór z odpadami plastikowymi (o rany, niesamowite ile tego produkujemy!), stary piekarnik, który grzał kiedy chciał i z temperaturą na jaką akurat miał ochotę, zawieźliśmy to do jak najbardziej legalnego składu odpadów i ruszyliśmy ku wypasionej chacie pana Bolka, układając sobie sensowne argumenty i możliwe riposty.

Nie przydały się jednak na nic, pana Bolka nie zastaliśmy, syn nie wiedział nic o aktualnym miejscu przebywania taty, tak przynajmniej twierdził.

Na wszelki wypadek zostawiliśmy kartkę z rozpiską co do wymiarów podnoszonych stropów, pan Bolek uznał, że sam się zaopatrzy w materiały, ale przecież wymiarów nie brał.

– Cosik podejrzewam, że nic z tego nie będzie, musimy poszukać innego fachowca. – westchnęłam smętnie, zapinając pasy w Vitarze.

– Hm, też masz wrażenie, że pan Bolek obserwował nas zza krzaczka w ogródku i odetchnął z ulgą, że odjeżdżamy? – zaśmiał się Krzyś.

– Eee, nie, raczej zza zasłonki w salonie! – odpowiedziałam. – Za duży upał na krzaczki. Ale wiesz, nie jest źle i tak. Już sporo zmieniliśmy. Jest nowa instalacja, okno, drzwi, mamy dokładny plan całej reszty, podzielony na etapy. Wszystko jest już bardzo konkretne!

– Racja. – Krzych pokiwał głową. – Uda się nam, dlaczego niby ma się nie udać? Ja co prawda straciłem trochę zapał przez to podejście pana Bolka, ale coś się wymyśli. Jeśli trzeba – znajdziemy innego fachowca, w końcu przecież znajdziemy!

Dłuższą chwilę jednak milczeliśmy, zapatrzeni w drogę przed nami i zatopieni we własnych myślach. Wiedzieliśmy przecież, że nie zawsze będzie łatwo, że nie wszystko pójdzie gładziutko i trybik w trybik z naszymi planami. Co tam, mogę się jeszcze nie odzwyczajać od kibelka na zewnątrz i pokracznych schodów na środku sieni.

Ja poczekam. 😉

4 thoughts on “I walka z przyzwyczajeniem bywa miła… ;-)

  1. Błagam, nie załamujcie się!!! Jest cudnie!!! I tak już dużo zrobiliście sami (i ze Staszkiem 🙂 .
    A najważniejsze, że jest nowe okno, nowa i krótsza zazdrostka i coś nareszcie widzę 🙂

  2. Skąd wziąć cierpliwość do fachowców i w ogóle skąd ich wziąć? Nawet ten polecony pan Bolek okazał się „niedoskonały”.
    Kurczę, człowiek może z całą pewnością liczyć tylko na własne 2 ręce. Od mniej więcej 2 tygodni siedzę w samym środku remontu. Dosłownie, bo rzecz toczy się w piwnicy i wysoko pod dachem.
    Najlepiej, najpewniej pracuje mój mąż, ale on ma tylko jedną parę rąk. A fachowcy przychodzą i odchodzą. Uf…
    Twoje i syna efekty pracy widać już pięknie, a to daje ogromną satysfakcję.

    1. Hm, przedłużający się remont dookoła to jest fatalny stan. Najlepiej tego nie oglądać i nie słyszeć! A u nas ważna była również pomoc Staszka, wspomnę o tym, żeby się nie poczuł niedoceniony. 😉
      Oj, o rzetelnych fachowców naprawdę trudno. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *