Łania została Klotyldą, a fachowcom się „nie łopłaco”. ;-)

Łania została Klotyldą, a fachowcom się „nie łopłaco”. ;-)

10 lipca 2020

I znowu dzień się kończy, upalny, spokojny i cichy, choć nie bez skaczących emocji. I skaczącej tam i z powrotem przez płot łani – indywidualistki.

Coś się ta łania strasznie u nas szarogęsi, z sześć razy dziś natykałam się na nią, wychodząc „od rufy” przed dom. Dwa razy nakryłam ją na wyjadaniu niedojrzałych śliwek, które pospadały na ziemię i zaległy tuż przy ścianie domu. Zaskoczona, podrywała się na równe racice, od niechcenia przesadzała płot przy ubikacji i stojąc w trawie tuż za nim przyglądała mi się chwilę z przepisowej odległości dwóch metrów, nie wyglądając wcale na przestraszoną. Ale kiedy po chwili wracałam z aparatem gotowym do pstryknięcia, odchodziła z godnością za szopę i tyle ją widziałam. Raz zastałam ją też na obgryzaniu tuj przy ubikacji, odbiegła na mój widok za dom i zerkała na mnie z ewidentnym zniecierpliwieniem.

– No i co tak patrzysz, Klotyldo jedna? Tuje nam obgryzłaś, róże obgryzłaś, zadowolona jesteś z siebie? – zagadałam do niej.

Nie odpowiedziała, zniknęła w zadomiu, żeby po chwili poprzechadzać się ostentacyjnie przy werandzie. Postała chwilę przy ognisku wypinając na mnie swój rudy zadek, pogmerała w trawie, przeskoczyła płot pod orzechem i zeszła spokojnie do lasu.  

Nie miałam jednak czasu na uganianie się za Klotyldą, od rana wydzwaniałam gdzie się da, pytając o ceny tarcicy. Nasza wczorajsza ekipa okazała się jednak stanowczo zbyt droga, Krzyś w niemałym zdumieniu przedstawił mi przez telefon ich wstępny kosztorys.

– Mamul, może jednak zrobimy te stropy sami? Albo znajdziemy kogoś, kto za robociznę tygodniową nie policzy sobie więcej, niż ja zarabiam w miesiąc? Że nie wspomnę o tobie.

– Kurczę, przeraża mnie trochę ten strop w sieni, ale może nie ma innego wyjścia? – westchnęłam, patrząc na grube belki i leżące na nich stare dechy dość wysoko nad moją głową.

Właściciel najbliższego nam, zaprzyjaźnionego tartaku, podał mi namiar na firmę zajmującą się tarcicą jakiej potrzebujemy, rzeczywiście, warunki lepsze od tych zaproponowanych nam wczoraj: ceny niższe, drewno przesuszone, możliwe heblowanie no i terminy niedalekie. Materiał na kompletne obicie sieni i komórki – włącznie ze ścianami, stropami i podłogą w komórce – będzie nas kosztował tyle samo, ile wczorajsza firma zaproponowała nam za materiał na same stropy.

– Nie ma co się zastanawiać, weź ten plan, oblicz dokładnie ile czego, jutro zamawiamy. – zdecydowałam.

– Tak zrobię. – przytaknął Krzych. – A z robocizną coś się wymyśli w tak zwanym międzyczasie.

W kwestii tejże robocizny przypomniałam sobie jeszcze o panu Zbyszku, kiedyś kładł nam podłogę. Nie miałam jego numeru, trochę więc trwało, zanim go zdobyłam i usłyszałam wreszcie znajomy głos:

– Ady pewnie, ze paniom pamiyntom, pani Marylko! Ło co sie rozchodzi?

Wyjaśniłam co i jak, a w serce zaczęła mi się zakradać nadzieja…

– A ile by pan wziął za takie dwa stropy, panie Zbyszku? – zapytałam w końcu.

– Nooo, z pani to jo nie zedrem, pani Marylko! – odpowiedział, pomruczał coś chwilę, podumał i uznał:

– Ba dlo takiej nieduzej roboty, co jo to niewiele zarobiem, to mi sie ani nie łopłaco w taki groń wychodzić!

Sama nie wiedziałam, czy wybuchnąć śmiechem czy złością, więc zaniemówiłam chwilowo, a moja zakradająca się nadzieja skręciła gdzieś w krzaki.    

Dopiero około piętnastej odłożyłam telefon i postanowiłam poodpoczywać. Zasiadłam z kawą na progu, ale wzrok mój padł był na ścianę obok i zauważyłam jakieś bzyczące fruwadło, ochoczo wwiercające się w trzy-czteromilimetrowy otworek w belce, pod którą usypał się niewielki kopczyk miniaturowych trocinek, wstałam więc i chwyciłam strzykawkę z paskudztwem antyowadzim, wpuszczając je we wszystkie zauważone dziurki w ścianie. Było ich sporo, kawa więc zdążyła mi wystygnąć i nie smakowała już tak jak powinna.

Jest cudnie: niebo pogodne, lekkie chmurki gdzieniegdzie, ptaki przepięknie świergolą i pachnie skoszona przedwczoraj trawa, wiatr zmienia upał w przyjemne ciepło a Tośka eksploruje okolice chatki z przejęciem i szczęściem na pysiaku.

A ja się bez sensu martwię.

Moja dawno niewidziana koleżanka Jola chciała spędzić u mnie kilka dni, ale akurat w tym terminie powinniśmy odbierać nasze zamówione dechy z tartaku, zamieszanie będzie nie lada, więc spotkanie z sympatyczną kumpelką muszę przełożyć na później. I z Anutką miło byłoby się spotkać, i z Rafałem… I Gośka chciała mnie odwiedzić. Hm, jak tu planować cokolwiek w tej sytuacji?

Przynajmniej z Kasią przez płot pogadam od czasu do czasu, może po wyjeździe jej wnuków przy „piesku” posiedzimy i jakieś dłuższe pogaduchy sobie zorganizujemy? Muszę się przestawić w końcu na tryb urlopowy, jakoś trudno mi to tym razem przychodzi. Na dobry początek – zrobię sobie kolejną kawę i usiądę z nią na werandzie, wykorzystam ostatnie chwile przy odchodzącym na złoto słońcu.

Przecież wszystko się jakoś ułoży, na pewno! 😊

2 thoughts on “Łania została Klotyldą, a fachowcom się „nie łopłaco”. ;-)

  1. Eh, skąd ja to znam. Po obejrzeniu przyszłego pola bitwy, słyszymy od fachowca: „To ja zadzwonię”. I tak dzwoni ruski miesiąc.
    Może jednak w końcu trafisz na kogoś, komu się będzie „łopłacało”, a przede wszystkim chciało.
    Ułoży się jakoś :-)))

    1. Ano, może trafię. A może będzie trzeba samodzielnie zrobić stropy. Oj, aż się tego boję. :-/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *