No, przegięła Klotylda, przegięła! ;-(

No, przegięła Klotylda, przegięła! ;-(

12 lipca 2020

Słoneczne popołudnie. Po kwadransie zaledwie zrejterowałam z werandy, bo wiatr nieprzyjemny wciska się ostrym, zimnym chuchem w każdą możliwą szpareczkę między ząbkami suwaka u bluzy. Dopijam wyborną kawulkę już w izbie, przy oknie.

Chmur na niebie dziś sporo, pogoda mobile jak przysłowiowa la donna, ale wędrówka „groniem” w dolinę i z powrotem była bardzo przyjemna. Kasi udało się namówić wnuków na wyjście za pomocą obietnicy zorganizowania podchodów ze mną, pamiętają jeszcze tę swoją przygodę sprzed kilku lat, kiedy przygotowałam im niespodziankę na drodze do lasu. Tym razem ustaliliśmy, że zrobimy podobnie jak z synami Staszka: ja pójdę najpierw ze starszym z nich przygotować trasę, a Kasia z młodszym – będą później szli naszymi śladami w poszukiwaniu „skarbu”. To zawsze świetna zabawa dla obu „drużyn”, chętnie ją znowu zorganizuję.

Po wczorajszych ciemnościach i chlipawicy na zmianę z ulewami za oknem, Tośka dziś odżyła i jej bursztynowo-zielone oczyska znowu błyszczą radośnie, biega ochoczo to na zewnątrz, to znowu do środka, skacząc na parapet otwartego okna. Za to Klotyldy coś dzisiaj nie widać, czyżby usłyszała?

Rano wyszłam przed dom od „rufy” i oniemiałam na widok obgryzionych do połowy paproci.

– No, nie! Co za cholera! – rzuciłam wściekle, rozglądając się za rudym zadkiem sterczącym zazwyczaj gdzieś w pobliżu. – Mało masz paproci w lesie?!

Bardzo lubię te dekoracyjne, łagodnie wygięte pióropusze zebrane w wielkie, gęste bukiety, mają piękny, świetliście zielony kolor i tyle w nich harmonii. Zostawiłam przed domem dwa, co roku pięknie się rozrastają i latem stanowią prawdziwą ozdobę podwórka.

– Nawet tego nie mogłaś mi darować, małpo złośliwa! – sarkałam w tej mojej bezsilnej złości.

Naprawdę strasznie mi tych paproci żal. Na tuje – dawno już machnęłam ręką, wszelkie goździki, malwy, lilie i mieczyki też odżałowałam, trudniej pogodzić się ze stratą róż, kwitły tu zawsze tak pięknie, jako jedyne zostawały po najazdach dzików i jeleni. No, trudno. Ale paprocie?! Dbam o nie, pielęgnuję od lat: starannie przycinam jesienią, dokładnie plewię ziemię wokół nich wiosną i całe lato. Przecież w lesie jest ich całe mnóstwo, to żadna atrakcja! Trzy wielkie łanie, które zaglądały tu przez ostatnie lata nie robiły nigdy aż takiego spustoszenia, jak ta jedna. Przyznam, że poranne odkrycie zepsuło mi nastrój i wprawiło w niejakie przygnębienie. Nie pocieszyła mnie wcale Kasia, mówiąc, że i jej łania obgryza doszczętnie krzewy i kwiaty.

Dopiero godzina przegadana z Kaliną przez telefon przywróciła mi uśmiech.

– Wiesz, będę wredna i przypomnę ci tego lisa z ubiegłego roku. – zachichotała szyderczo Kala. – On już nie przychodzi, prawda?

– Prawda, nie przychodzi. – przytaknęłam. – Za bardzo się spoufalał, ktoś go pewnie przerobił na futerko…

– No, właśnie! Skoro ta łania tak blisko podchodzi do ludzi, to też okaże się jednosezonowa! W końcu to z siedemdziesiąt kilo jeleniny, nie? Taka Janka by jej nie przepuściła.

Powspominałyśmy ze śmiechem, jak to Janeczka kiedyś zżymała się na mnie, że nie wykorzystałam sytuacji i nie zabiłam podchodzącej mi pod okno sarny. Dla niej było to nie do pomyślenia, tak odrzucić choćby i te sarnie kilkanaście kilogramów żywego mięsa, które samo się do garnka pcha, dla mnie – nie do pomyślenia zabić takie stworzenie.

– Eee, nie, nie życzę nawet tej łajzowatej Klotyldzie takiego losu. – zdecydowałam jednak. – Pewnie niewiele to da, ale będę ją po prostu odganiać.

– Pogrzebaczem w patelnię? – zaśmiała się moja przyjaciółka. – Jak dziki kiedyś?

– A pewnie, czemu nie! – zawtórowałam. – Dziki do dziś tak przeganiam, że o sąsiadach z Modrzewiska nie wspomnę, ale to zupełnie niechcący…

Któryż to raz zadzwoniłam do Kali, żeby się pożalić, a zakończyłam rozmowę płacząc ze śmiechu? To już właściwie taka nasza tradycja. Nieoceniony sposób na chandrę.  😉

Wiatr się uspokoił, w studni przybyło sporo wody, więc wypłukałam resztki szlamu z gumowego węża leżącego ciągle wzdłuż podwórka, zwinęłam go nareszcie i zaniosłam do drewutni. Słońce świeci już nieprzerwanie, choć zdążyło już przewędrować niebo nad chatką i przyczaić się za gałęziami starego orzecha. Tosia przerwała swoje kocie przygody i zaległa na parapecie, zmorzona snem sprawiedliwego, jeśli istnieje coś takiego jak kocia sprawiedliwość oczywiście.

I ja chyba zaczynam trochę się wyciszać, też łatwiej mi o spokojny sen. Jutro zejdę na dół po niewielkie zakupy, przewędruję nareszcie Modrzewisko – pierwszy raz po paru miesiącach. A teraz wykorzystam ten miły wieczór i jeszcze posiedzę na werandzie z filiżanką pysznej herbaty.

Aha! Żebym tylko nie zapomniała zabrać ze sobą patelnię i pogrzebacz! 😉

          

4 thoughts on “No, przegięła Klotylda, przegięła! ;-(

  1. Klotylda nie niszczy kwiatow..ona je zjada…to deser dla saren…tutaj jest ich mnostwo i ludzie niczego nie grodza, wiec jak ktos chce miec rozyczki, to albo nie spi w nocy (jak moj brat probowal, LOL) albo odgradza wszystko metalowa siatka…pisemny zakaz wstepu nie dziala… 🙂
    Bo

    1. Jako rasowa łania Klotylda nie postrzega zjadania róż jako niszczenie, to oczywiste. Zosia napisała tylko, że być może to Janeczka odwiedza mnie pod taką postacią, stąd moja odpowiedź. 🙂

  2. Tak sobie myślę, że ta Klotylda to może Twoja Janeczka??? Przychodzi i Cię odwiedza. Patrzy jak sobie radzisz, gospodarujesz. A przy okazji robi szkody, bo chyba nie była zbyt zachwycona jak chciałaś kupić Chatkę?

    1. Hmmm… Ale Janeczka kochała kwiaty i nie niszczyłaby ich, raczej cieszyłaby się, że je sadzę wokół domu. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *