Wieczorny duet zadymotwórczy, czyli jak odgonić dziki… ;-)

Wieczorny duet zadymotwórczy, czyli jak odgonić dziki… ;-)

14 lipca 2020

Ranek się dziś rozświetlił pełnym słońcem, rozświergotał ptakami i trawą rozpachnił, nakarmiłam więc Tosię i okno otworzyłam szeroko, wszystkie te pchające się zapachy i świergoty do izby wpuszczając. Dogłębny smutek unieruchomił mnie tak w zapatrzeniu na dobrą chwilę. Góry leciutko parowały, niebo nad nimi raziło w oczy jaskrawą bielą, spojrzałam w dół na deski werandy i ze zdziwieniem zauważyłam na niemal całej jej powierzchni drobne, białe okruchy. Ki diabeł?

Pierwszym skojarzeniem była farba z ram okiennych, rozdrapana przez Tosię. Wiadomo, jeśli w domu jest kot – psotnik, to bidulek zbiera natychmiast wszystkie podejrzenia… Ale okruszków było trochę za dużo, farba z okna nie rozsypałaby się tak daleko.

– Przyznaj się, Tosiaku, czy to twoja robota? Co to w ogóle jest? – mruknęłam, wpatrując się z natężeniem w białą rozsypankę.

I nagle parsknęłam śmiechem. Jasne! To emalia z patelni, wczoraj w ciemności nie zauważyłam nawet efektów swoich zawziętych poczynań… 😉

Wczorajsze niebo, całe w gęstniejących chmurach, wcześnie przyniosło zmierzch. Siedziałam właśnie z książką, zapatulona w kołdrę, kiedy zadzwoniła Kasia.

– Maryla, nie masz przypadkiem jakichś kapiszonów, czy czegoś innego do hałasowania? Dziki mi znowu ryją, a te pistolety chłopaków coś za cicho strzelają…

– Aaa, to u ciebie takie dziwne trzaski i warczenie słychać? – spytałam, wygramoliwszy się z pościeli.

– No, widzisz, w założeniu to miał być hałas. A warczenie to robota dzika. Wielkie jakieś są.

Za oknem było prawie ciemno, pod lipą rzeczywiście kłębiły się jakieś pokaźne, ciemne kształty, ale dokładnie nie widziałam.

– Dobra, mogę pomóc. Zaraz wezmę patelnię i pogrzebacz, to zawsze działa.

Kasia ucieszyła się ogromnie.

– Ooo, ja też mam pogrzebacz, zrobimy duet!

Zdałam sobie sprawę, że ostatnio wyrzuciłam moją starą, zniszczoną patelnię, chwyciłam więc inną, której nigdy nie używam, ale jakoś żal było mi się jej pozbywać. Wychyliłam się przez okno nad werandą i z całej siły zaczęłam siec patelnię pogrzebaczem, do wtóru Kasi, która też puściła w ruch swój sprzęt zadymotwórczy. Oj, poniosło się po groniach, poniosło!

Dziki uciekły w popłochu, aż krzaki jeżyn za płotem podrygiwały. Dziwne, że i krzaki nie zwiały, hałas był zaiste niemożebny. Za to skuteczny, więc po chwili mogłam z (nomen-omen) dziką satysfakcją zamknąć okno, wynagrodzić Tosi stres kocimi smakołykami i wrócić do spokojnego czytania.

No, tak. Patelnia biała, emaliowana, połowa tej emalii więc wylądowała na deskach werandy! Zamiotłam i wyrzuciłam je szybko do kosza, chichocząc pod nosem na wspomnienie wczorajszej akcji oddziczania terenu.

Przy okazji chyba odjeleniłyśmy niechcący, pierwszy raz od tygodnia nie widać nigdzie Klotyldy. Nie, żebym za nią tęskniła, nadal zła jestem za te róże i paprocie. Ale nie chciałam zniechęcać jej do swojego podwórka aż tak brutalnie… 😉

2 thoughts on “Wieczorny duet zadymotwórczy, czyli jak odgonić dziki… ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *