Witając Nowy Rok… życia, czyli odwiedziny Joli. :-)

Witając Nowy Rok… życia, czyli odwiedziny Joli. :-)

  25 lipca 2020

Wieczór przechodzi już w noc z ogniskowymi śpiewami i dudnieniem jakiegoś odtwarzacza za oknem. Nie mam dziś ochoty na imprezy, wręcz przeciwnie: zamierzam wcześnie położyć się i pospać do syta tej nocy. Zosia ze sporą grupą rodzinną i Kostek z takąż zebrali się w liczną, wesołą gromadkę, na szczęście ich głosy, nawet w połączeniu z muzycznym dudnieniem nie powinny przeszkodzić mi w realizacji planów nadrobienia braku bliższych kontaktów z Morfeuszem. Ciekawam, czy Zosia przyjechała na dłużej, czy też wyjedzie z całą kilkupokoleniową ekipą wraz z końcem weekendu, od wczoraj zamieniłam z nimi jedynie odległe „cześć”; i oni, i ja oddawaliśmy się ciągłej krzątaninie wokół naszych domów.

Moja koleżanka Jola wyjechała tuż przed przyjazdem sąsiadów, po kilkudniowym pobycie, paru wędrówkach górami i dolinami, paru rozgrywkach w „Spelldown” i „Farmera” tudzież długich pogaduchach na tematy rozmaite. Sympatyczne to były dni, pełne słońca i burz z mniej lub bardziej intensywnym prysznicem spomiędzy chmur.

Tymczasem, od niechcenia, skończyłam i zaraz potem zaczęłam kolejny rok mojego życia. Na podwórku przybył mi z tej okazji niewielki, acz dekoracyjny wielce rododendron podarowany przez Kasię, posadziłam go w „zadomiu małym” i mam nieśmiałą nadzieję, iż nie zostanie zjedzony przez Klotyldę przebrzydłą.

Ku mojemu zdziwieniu zresztą, rudy zadek nie pojawia się ostatnio w pobliżu naszych chat, wygląda na to, że żarłoczne łanisko przestraszyło się jazgotu pogrzebacza o patelnię i na razie nie ryzykuje powrotu. Od tygodnia więc różom przybyło nieco listków i łodyżek, a paprocie zakładają nowe, delikatne pióropusze, nawet tamaryszek jakby śmielej wypuszcza cienkie gałązki ku niebu. Hortensja u Kasi jednak nie odrasta, spustoszona do żałosnych, kilkucentymetrowych resztek, chyba się poddała i nie zamierza się odradzać w nieprzyjaznych warunkach.  

W tartaku pewnie już powstają belki stropowe, podłogówki, łaty i deski podbitki na nasze zamówienie, Marek zaofiarował się wwieźć tarcicę na Groń swoim traktorem, a Staszek przybędzie ku pomocy w remoncie sieni i komórki. Nie mam pojęcia, jak to zrobimy, nie będzie to pewnie mistrzostwo budowlane, ale przecież damy radę. I będziemy mieć pewność, że wszystko zrobione jest starannie i – mniej więcej – tak jak byśmy chcieli, a nie tak, jak fachowcom się zechce i pamięć im pozwoli. Nie tak dawno przecież zdumiona słuchałam pana Zdzicha, który z rozbrajającą szczerością przyznawał:

– Aaa, wełna mineralna? Że też nam się zapomniało, że ona w komórce leży, nie użyli my jej, tak ino trochę my tom ścianę zabezpieczyli, ale za to porządnie, sama pani widzi!

Hm, gdyby teraz ekipa równie „porządnie” robiła stropy, to trzeba by się obawiać o swoje bezpieczeństwo chodząc po strychu, może więc jednak lepiej zrobić wszystko własnymi siłami, za to wiedząc dokładnie co jest pod spodem, nie zapominając o wełnie, foliach i odpowiednich mocowaniach. 😉

Ależ wyborna, wyjątkowo aromatyczna jest ta zielona herbata – prezent od Joli, mojej koleżanki – poetki. To Anutka zasugerowała jej taki prezent, pewna że mi się spodoba. Oj, tak, spodobał się i to bardzo, tak samo zresztą jak jego druga część, czyli wiersz napisany tutaj. Wbrew moim obawom, Jola bez problemu odnalazła się w chatkowej rzeczywistości bez wygód, nawet nasza zewnętrzna toaleta zyskała jej sympatię i nijak nie umniejszyła przyjemności smakowania tej unikalnej atmosfery Siwego Gronia.

Jakże zaskoczył i uradował mnie widok strof odręcznie napisanych przez Jolę na kartce urodzinowej, nie zauważyłam nawet, kiedy je tworzyła. Niby większość czasu spędzałyśmy na rozmowach, grach i spacerach, ale naturalne jest że każdy potrzebuje chwili dla siebie – z książką lub tabletem przed snem, czy na werandzie w środku dnia, widać w jednej z tych chwil powstał i wiersz. Przeczytałam go z uśmiechem, jest w nim poetycka wrażliwość i to nieuchwytne „coś” co rozpoznać może tylko ktoś kto trochę tu pobył i wchłonął to miejsce wszystkimi zmysłami. Nie jest bardzo długi, ale zawiera wszystko co ważne:

Siwe mgły

spod stóp Gronia

podnosi jasny Wędrowiec – Słońce.

Powoli,

jeszcze senne,

idą za nim

niepewne po stokach.

Nikną nagle,

nie chcąc

zasłaniać

błękitu dnia.

Zapach

słońca

brzęczy

w skwarze

polany.

Chłód

strumyka jagodowym

sopranem śpiewa

nadzieję

dojścia na szczyt.

W oddali

jak kot

czai się chata

ze spadzistym

dachem.

Jest dokąd wracać

i skąd wyruszać

na górzyste szlaki

o brzasku.

(Oczywiście, przytaczam go za zgodą Joli. 😊)

Cieszę się bardzo, że mogłam poznać ją bliżej, miło jest rozmawiać z tak światłymi, a jednocześnie prostolinijnymi osobami, dla których „tak” i „nie” mają jasne znaczenie, a otwartość na ludzi jest w pełni świadoma i nie przekracza progu naiwności, tak jak świadomy jest zasób własnej wiedzy i jego granic.

Kilkanaście lat temu pracowałyśmy razem, pomagałam Joli tłumaczyć na angielski jej pracę doktorską, byłam wtedy pod ogromnym wrażeniem tego zasobu wiedzy mojej koleżanki, ale poza jedną wspólną wycieczką do Krakowa nie miałyśmy wiele okazji do rozmów, dopiero teraz mogłyśmy to nadrobić.

Jestem pewna, że ta pierwsza wizyta nie będzie ostatnią, a chatkowe Grono Bywalców powiększyło się o kolejną wartościową osobę. 😊

4 thoughts on “Witając Nowy Rok… życia, czyli odwiedziny Joli. :-)

  1. Ech, nie musisz obawiać się o Klotkę, Zosiu… Ma się świetnie. W przeciwieństwie do moich – usiłujących odrastać – róż i paproci… 🙁

  2. Fajnie jest mieć fajną kumpelę 🙂
    Jestem zaniepokojona Klotyldą…. Wątpię, aby tak skutecznie wystraszyła ją Twoja patelnia….. Tym bardziej, że jest nowy kwiatek do obgryzienia. Może coś jej się stało?
    Ps: dużo szczęścia w kolejnym roku Twojego życia 🙂

    1. Wow, jaka miła siurpryza! 😀
      To ja dziękuję Jolu, faaaajnie było. Mam nadzieję, że wkrótce znowu mnie odwiedzisz. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *