Między burzami a brzegiem studni… ;-)

Między burzami a brzegiem studni… ;-)

27 lipca 2020

Nowy tydzień zaczyna się mgłami i świergocącym lasem poniżej, słońce rozświetliło firankę przewieszoną od niechcenia przez klamkę na wpół otwartym oknie, wygląda teraz jak brokatowa draperia nad czarnym futerkiem Tośki siedzącej na parapecie.

Zbocza Tokarzówki nad płotem Kasi zniknęły właśnie z horyzontu, bezgłośnie sunie tam teraz gęsta, biała masa, spod której od czasu do czasu ostro przebijają się czubki świerków, nieodmiennie przywodząc mi na myśl japońską grafikę. Przepiękny ranek a’la Hokusai.

Szkoda, że przyjazd Staszka przesunął się w czasie, nie odsapniemy jednak przy pogaduchach i winku, ale jego pobyt – i Krzycha takoż – zapowiada się znowu bardzo pracowicie bo pod znakiem remontów. Przyznam, że mnie wykonanie stropu w sieni zajęło już całe dwie noce. Choć tylko we śnie, ale – jak ja się namęczyłam! 😉

Wcześniej zresztą zapowiadają mi się jeszcze dwa spotkania, jutro wpadnie Rena, a w piątek – Anutka. Dziś więc zaplanowałam nieco prac porządkowych, w tym pranie wspomnianej wcześniej brokatowej draperii, która tylko w promieniach słońca wygląda tak świetliście, w rzeczywistości jest brudnawą firanką, która ewidentnie patrzy na mnie z pretensją w poszarzałych oczkach, kiedy podchodzę bliżej. Dość tego lekceważenia, dziś zaszaleję i zrobię jej porządną kąpiel w proszku do białego. 😉

Przydałoby się jeszcze wykosić trawę z łączki pod orzechem, rośnie jak szalona w tej tropikalnej aurze ostatnio, niemal codziennie skwar przeplata się z ulewami i burzami. Tak, grzyby też rosną, choć nie ma szczególnego wysypu, jeśli jednak komuś przyjdzie chętka na zupę lub sos z kurek, to zawsze garnuszek napełni.

Taka chętka naszła mnie wczoraj, choć bardziej na wędrówkę po lesie, obiad o smaku grzybowym był jedynie pretekstem. Znalazłam jednak trochę kurek, czerwone kozaki i kilkanaście maślaków, samo szukanie i znajdowanie kolorowych kapelutków w sprawdzonych, jak i zupełnie nowych miejscach było ogromną przyjemnością, tak się w niej zapamiętałam, że dopiero bliski pomruk burzy wyprostował i rozejrzał mnie po okolicy. Niebo mocno poszarzało i zawisło jakoś podejrzanie nisko nad czubkami drzew, zawiązałam więc torebkę z płodami leśnymi, wydłużyłam krok i pędem wróciłam do chatki, z niejakim zdziwieniem zauważając rozłożony w najlepsze piknik po sąsiedzku.

Tośka siedziała już na schodach, wyraźnie zaniepokojona. Ledwo zamknęłam za sobą drzwi i obie bezpiecznie weszłyśmy do izby, na zewnątrz zrobiło się niemal ciemno i o deski werandy zaczął dudnić wielkimi kroplami nagły, rzęsisty deszcz.

– Ooo, to dopiero miałyśmy szczęście, Tosiaku! – mruknęłam, zdejmując buty. – Ta pompa jakby na nas czekała!

Chwilę jeszcze dochodziły nas pokrzykiwania sąsiadów, Zosia i jej goście w pośpiechu zbierali leżaki, stoły i krzesła z podwórka, chyba do końca nie wierzyli, że z tych nagłych podniebnych poduch coś jednak wypłynie.

Do samego wieczora już padało, lało i mżyło na przemian, po pysznej jajecznicy z grzybami spędziłam więc resztę popołudnia na czytaniu i pogaduchach przez telefon. Nawet Tośka nie miała już ochoty na wyjście, pougniatała sobie fotel i zasnęła spokojnie w formie rogala.

Jutro zapowiada się raczej bezdeszczowo, przed przyjazdem Reny zejdę więc po zakupy. Lista powoli rośnie, kończy się też czas działania Tośkowych kropli antypchelnych i antykleszczowych, wstąpię więc i do weta. Dziś jeszcze aura jest niepewna, muchy pchają się do domu jak to przed burzą bywa, pozostaje mi „chatkowe nicnierobienie” czyli spokojna, codzienna krzątanina wokół domu: miła kąpiel, jakieś sprzątanie, zmywanie, pranie. Byle bez „napinki”, bez pośpiechu i zbędnego wysiłku.

Jak dobrze, że wodę mogę po prostu wypompować z własnej studzienki o dwa kroki od schodów, bez dźwigania ciężkich wiader ze starej, wspólnej studni poniżej, albo z leśnego strumyka. Nie jest to jeszcze pełna wygoda typu „odkręcam kran i leci”, ale postęp spory.

A ze strumyka i tak czasem przynosimy wodę, ale to już przyjemność a nie konieczność. 😊    

  

One thought on “Między burzami a brzegiem studni… ;-)

  1. Widzę, że Tosia zadomowiła się na Groniu na dobre. 🙂 Nawet zostawiasz już ją na zewnątrz, jak udajesz się „do miasta”. Super!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *