Ponurawe nastroje czyli powrót Klotyldy…

Ponurawe nastroje czyli powrót Klotyldy…

29 lipca 2020

Po burzliwej, chlaszczącej piorunami i dudniącej ulewą nocy ranek zapanował cichy, mglisty i szary, jakby jeszcze gdzieś w zakamarkach sinej poduchy przyczaiło się parę niewystrzelonych błyskawic i cebrów gotowych do opróżnienia. Od czasu do czasu słońce próbuje przebić się przez gęstą powłokę, powietrze jaśnieje jaskrawym blaskiem i zazielenia trawy jak zjadliwa jarzeniówka. Dobrze, że dziś nie muszę schodzić w dolinę.  

Rena wpadła wczoraj późnym popołudniem – na dwie godziny zaledwie, by na nocleg pojechać już do Zwardonia, gdzie czekali na nią znajomi. Uprzedzała, że wstąpi „z krótką wizytą”, ale dla mnie jakoś oczywistym było, że „krótka” to taka dwudniowa, rzadko wizyty znajomych bywają tu krótsze. 😉

Na zewnątrz panował straszliwy upał, siedziałyśmy więc w izbie, popijając zieloną herbatę i rozmawiając. A jakże, nie omieszkałam poskarżyć się koleżance na niszczycielskie naloty łani i opowiedzieć z dumą, jak to przegnałam ją moją „kuchenną perkusją”.

– Haha, chciałabym zobaczyć cię w akcji, to musiał być przedni widok! – Rena niemal pokładała się ze śmiechu.

No, nie wiem, ona chyba jednak ma jakieś wtyki gdzie trzeba, że tak spełniają jej się życzenia… Niedługo po tym, wdziałam buty i chwyciłam klucze, żeby odprowadzić Renę kawałek, otworzyłam drzwi i stanęłam dosłownie nos w nos z… Klotyldą!

Ewidentnie podgryzała znowu odrastającą już paproć przy ubikacji, na mój widok odwróciła się z godnością, spojrzała mi w oczy (przy okazji zauważyłam, że ma je wyżej, niż ja) i odeszła powoli za dom.

Niewiele myśląc wpadłam jak burza do kuchni, chwyciłam wiadomy sprzęt i wypadłam na podwórko, waląc z całej siły pogrzebaczem w patelnię. Rena, rozemocjonowana wielce, stała przy płocie i usiłowała zrobić zdjęcie łani będącej zaledwie dwa kroki dalej, była więc mocno zawiedziona moim zachowaniem. Klotylda na szczęście także. Wzięła racice za pas, błyskawicznie przeskoczyła płot i wielkimi susami pognała w las poniżej. Na wszelki wypadek robiłam hałas jeszcze chwilę, żeby przebrzydłe zwierzę zapamiętało go na dłużej.

– Jaka ona jest śliczna! – zachwycała się Rena, wpatrzona w wyświetlacz swojego smartfona. – Szkoda, że takie nieostre fotki mi wyszły, mogłaś poczekać z tym dudnieniem, jeszcze nigdy nie widziałam łani z tak bliska, wielka jest!

– Poczekać?! Coś ty, spójrz, jak wygląda moje podwórko po jej wizycie! – rozżalona, wskazałam na obgryzione, żałosne szczątki efektownej kiedyś rośliny.

Dopiero wtedy zauważyłam, że i druga, większa paproć objedzona jest znowu doszczętnie, a dwie róże po sąsiedzku zniknęły praktycznie z powierzchni, zostały po nich ledwie kilkucentymetrowe, postrzępione resztki łodyg.

– Nieee, one już tak pięknie odrastały… – westchnęłam bezradnie.

– Marylko, coś się stało? – dobiegł mnie zaniepokojony głos Kasi.

Przeszłam za dom i wyjaśniłam sąsiadce sprawę.

– Ooo, to niedobrze. – zmartwiła się. – Ja już miałam nadzieję, że przepłoszyłyśmy ją na dobre!

Jak widać, łachudra nie poddaje się, w lesie paproci ma przecież pod dostatkiem, a jednak te moje wyjątkowo jej smakują. Róże, starannie przycinane i nawożone też pewnie są lepsze niż te dzikie, rosnące w ilości wielkiej za płotem i na brzegu lasu. Wcale nie mają mniejszych kolców, a okazuje się, że jeleni przełyk wcale się przeciwko nim nie buntuje!

Zostały mi zaledwie trzy niewielkie róże przy werandzie, tych po prostu nie zdążyła wczoraj dopaść. Liście irysów ewidentnie jeleniom nie pasują smakowo, bo trwają nadal w niezmienionej postaci, kwitły też pięknie i bez przeszkód. Może jednak wystarczy, że głośno się z tego ucieszę, a znikną i one? ☹

Ogarnia mnie bezsilna wściekłość, ale tak naprawdę przecież nie na tę nieszczęsną łanię! Nietrudno znaleźć przyczynę takich zachowań dzikich mieszkańców lasu…

Motocykliści i quadowcy rozjeżdżają górskie knieje dokumentnie, pewnie mają wielką frajdę widząc uciekające przed nimi zwierzęta, filmiki mogą kręcić i fotki pstrykać w ilości dowolnej. Super zabawa, takie „bezkrwawe łowy”, ooo, to nie to co barbarzyństwo myśliwych!

Czy naprawdę tak trudno dostrzec fatalne skutki takiej zabawy? Wygnane ze swoich leśnych ostoi zwierzęta, zdezorientowane, szukają dla siebie bezpiecznego schronienia i – jako istoty mocno terytorialne przecież – coraz większy mają z tym problem, bo ludzie tej zabawy bardziej i więcej potrzebują. To taka eko-rozrywka tych, którzy przecież kochają góry i las!

Co za paranoja…   🙁 

2 thoughts on “Ponurawe nastroje czyli powrót Klotyldy…

  1. Lubię Renę – bo lubi Klotyldę 🙂
    Maryl, odpuść jej, to znaczy Klotyldzie. Już nawet kontakt wzrokowy został nawiązany 🙂 Musisz przyznać, że jest fajna. A że u Ciebie takie smakołyki rosną, to powinnaś być dumna 🙂

    1. Odpuścić? Hm, czyli zaakceptować fakt, że zamiast róż, paproci i krzewów tamaryszka tudzież bzu mam poszarpane, 10-centymetrowe kikutki nad ziemią… Jakoś jeszcze nie potrafię. :-/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *