Pechowi grzybiarze u progu (prawie) sielankowego dnia… :-)

Pechowi grzybiarze u progu (prawie) sielankowego dnia… :-)

30 lipca 2020

Wkrótce skończy się bardzo miły, spokojny dzień. Prawdziwie urlopowy i prawie pozbawiony trosk.

W tym „prawie” mieści się uparcie szarogęsząca się na naszym podwórku Klotylda, która chyba przywykła już do moich wygłupów z patelnią, odbiega tylko kawałek i z dystansu przygląda mi się z mieszaniną życzliwego zainteresowania oraz politowania w swoich wielkich oczach. Wygląda na to, że i ja powinnam do obecności łani przywyknąć… 🙁

Tośka urządziła mi dziś wczesną pobudkę, wczoraj biedulka musiała przesiedzieć cały dzień w domu po zaaplikowaniu kropli antyrobalnych, czas już bowiem był na to. Nie powiem, dzielna była i nie robiła awantur, grzecznie siedziała to na jednym, to na drugim parapecie albo myszkowała po sieni. Dziś jednak, ledwo za oknami zaczęło szarzeć, uparcie i konsekwentnie zaczęła drapać futrynę drzwi, czego nie znoszę – i ona o tym doskonale wie. Udawałam jednak, że tego nie słyszę, starałam się oddychać powoli i nie otwierałam oczu, dopiero kiedy zakończyła to irytujące drapanie i zrezygnowana wróciła na fotel, odczekałam jeszcze chwilę i odegrałam budzenie się z własnej, nieprzymuszonej woli. 😉

Tośka hasa więc po Groniu od piątej rano, a ja wcześnie wybrałam się po zakupy, żeby nieco zaopatrzyć lodówkę przed jutrzejszym przyjazdem Anutki.

Maszerowało mi się świetnie, na wypadek wędrówki w obie strony zrezygnowałam z nowych, „wypasionych” butów na korzyść starych, papuciowatych nieco traperów. Przepuszczają wodę na potęgę i ślizgają się po błocie, ale unikałam mokrego podłoża i wszystko było w porządku.

Musiałam jednak patrzeć uważnie pod nogi, trójkę grzybiarzy zauważyłam dopiero kiedy starszy pan w zjadliwie seledynowej koszulce zawołał wesoło zza krzaków powyżej:

– Dzień dobry miłej turystce! Tak wcześnie na szlaku?

Drgnęłam, zaskoczona i zatrzymałam się przy bukowym zagajniku.

– Ani tak wcześnie, ani turystka, ale dzień dobry. – odpowiedziałam. – Państwo na grzybobraniu?

Parę metrów za jaskrawą koszulką pojawiła się biała, okrywająca czarnowłosą panią wyposażoną, podobnie jak starszy pan, w koszyk i kij. Westchnęła ciężko:

– Ale grzybów nie widać. Mówili, że tu ich pełno, a jakoś koszyki puste!

– Proszę spróbować tam, trochę wyżej, na prawo od tej ścieżki. Zwykle zbieram tam kozaki, przedwczoraj było sporo. Kurki też powinny być.

– To pani jest stąd? – żywo zainteresował się trzeci z grzybiarzy, łysawy pan w kraciastej koszuli.

– W pewnym sensie. Mam dom niedaleko. Udanych łowów zatem życzę! – uśmiechnęłam się i zamierzałam kontynuować wędrówkę, ale czarnowłosa pani zatrzymała mnie.

– Chwileczkę, to może wie pani gdzie tu jest jakaś ambona? Podobno obok ma być polanka z prawdziwkami.

– Gdzie ambona – wiem, ale polanka z prawdziwkami obok niej to dla mnie novum. – roześmiałam się. – Chyba zdradziła mi pani czyjeś sekretne miejsce.

– Daleko ta ambona? – seledynowa koszulka razem z właścicielem przedarła się przez krzaki i zeszła ze skarpy na ścieżkę obok mnie.

Po chwili cała trójka stała już na drodze, gotowa do poszukiwań cudownej polanki. Rzeczywiście, w koszykach nie było ani jednego grzybka.

– Zapraszam w takim razie, idę w tamtym kierunku, to pięć minut stąd.

Przeszliśmy żwawo Bramę Mocarnych, gdzie musieliśmy się zatrzymać by łysawy pan mógł zrobić serię zdjęć. Cudem wręcz wymigałam się od pozowania z resztą, mimo uszu puszczając dość grubiańską uwagę czarnowłosej pani:

– Co pani taka dzika? Byłaby fajna pamiątka!

Głowy nie dam, że nie znalazłam się w żadnym kadrze, ale nie komentowałam już, szybko poprowadziłam grzybiarzy w kierunku doliny.

– O, widzę, jest ambona! Ale czemu ona tak leży? – odezwał się nieco zasapany właściciel seledynowej koszulki.

– W ubiegłym roku była ciężka zima, zwaliła się w czasie śnieżycy. – wyjaśniłam. – To ja tu państwa zostawiam, jeszcze raz życzę udanych zbiorów!

– Jak to? – oburzył się łysawy pan. – A gdzie te prawdziwki na polance? Nie zaprowadzi nas pani?

Roześmiałam się, nieco zdumiona roszczeniowością towarzystwa.

– Ależ ja nie mam pojęcia o jaką polankę chodzi, już mówiłam. Może w tym zagajniku za amboną? Ja zbieram grzyby pod szczytem, pokazywałam państwu jedno z moich miejsc, tutaj nigdy nie zagłębiam się w las.

– Oj, nieładnie, pewnie dobre miejsce lepiej zachować dla siebie? – uśmiechnęła się pani.

Pokręciłam głową rozbawiona.

– Proszę wybaczyć, ale przede mną długa droga. Na pewno świetnie sobie państwo sami poradzą. Powodzenia!

Schodziłam szybkim marszem, nie oglądając się już za siebie. Pogoda piękna, niebo udekorowane puszystymi kłaczkami bieli, lekki wiatr szumiący drzewami. Po prostu cudnie.

Mam nadzieję, że dziwni grzybiarze znaleźli tę swoją polanę, ja w tym miejscu byłam zaledwie raz, całe lata temu, kiedy jeszcze nie było tam ambony: razem z Krzysiem i Kasią poszliśmy zobaczyć, dokąd prowadzi wyraźnie wydeptana ścieżka. Był tam po prostu las, który teraz pewnie wygląda zupełnie inaczej, bladego pojęcia nie mam czy rosną tam grzyby i jest mi to zupełnie obojętne. 😉

Parę godzin później wracałam już z Kasią, którą spotkałam na przystanku. Obie miałyśmy ciężkie plecaki, obie jutro mamy gości, nie dyskutowałyśmy więc wiele podczas wdrapywania się na Groń. Moja sąsiadka westchnęła tylko:

– Twoja koleżanka przynajmniej jest taka konkretna, przywiezie co potrzebuje, a jak nie to nie będzie marudziła, a mój syn to się jednak rzadko spotyka z ziemią: dopiero jak stoi w drzwiach to pyta mnie, czy kupiłam na przykład, musztardę. A jak nie kupiłam to biadoli, zamiast wcześniej uprzedzić albo po prostu przywieźć.

– Oj, tak bywa, ja też miałam tu gości którzy oburzali się faktem, że nie posiadam bułki tartej, której akurat potrzebowali.

Pośmiałyśmy się nieco, podowcipkowałyśmy, ale większość trasy przeszłyśmy bez gadania, miarowo oddychając, żeby na szczyt dotrzeć jednak w pełni sił i nie paść na twarz przy zrzucaniu plecaków z ramion. 😉

Po powrocie otworzyłam szeroko okna i drzwi na werandę, zjadłam lekki obiad przy muzyce ptaków z lasu i gałęzi drzew poruszanych wiatrem, ciesząc się pogodnym dniem i perspektywą jutrzejszego spotkania z Anutką. Posprzątałam trochę izbę, odkurzyłam dywany i wytrzepałam koce, potem nieśpieszne zmywanie i odrobina relaksu na leżaku: ot, takie krótkie opalanie się z liczeniem w myślach do dwustu, żeby wytrzymać bezczynnie w pozycji półleżącej pod prażącym słońcem.

Godzinka telefonicznych pogaduch z Kaliną, pół godzinki z Anią i tyleż ze Staszkiem, nawet nie zauważyłam, kiedy przydreptał czas zastawić stół na werandzie: łososiowe kieszonki ze szpinakiem, kromka grahama z twarożkiem, garść ciemnych winogron i do tego cudnie pachnąca zielona herbata od Joli.

Taaak, to był naprawdę sympatyczny dzień, niemal sielankowy… 😊  

4 thoughts on “Pechowi grzybiarze u progu (prawie) sielankowego dnia… :-)

  1. Maryl, to na pewno nie byłam ja – bo ja grzybów nie zbieram 🙂
    A tak poważnie, to jesteś nieżyczliwa, bo powinnaś ich zaprowadzić na tę polankę, posadzić na pniaczkach (żeby odpoczęli ). Powinnaś też nazbierać borowików, kozaczków i czegoś tam jeszcze jadalnego i wręczyć „seledynowej koszulki”. 🙂

    1. Haha, myślę że powinnam jeszcze na miejscu oczyścić, ususzyć część grzybków a z reszty przyrządzić sos, jajecznicę i zupę grzybową. Wtedy może wszyscy byliby zadowoleni. 😉

  2. Powinnaś, Marylko, podprowadzić tę trójkę pod stragan z grzybkami do wyboru, ale wolałaś zachować dla siebie. Oj nieładnie, nieładnie :-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *