Wpaść jak po ogień, przy ogniu posiedzieć… :-)

Wpaść jak po ogień, przy ogniu posiedzieć… :-)

27 września 2020

Wypad do Chatki tym razem istotnie nie mógłby nazwany być inaczej: wpadłam pomilczeć, pobyć we własnych, pachnących drewnem ścianach i wzrok zatopić w zielonych, blednących dopiero nieznacznie czuprynach drzew. Tu wszystko jest takie jak być powinno, spokojne, pewne i niezmienne, jak zwykle końcem września jelenie koncertują rubasznie z kilku stron, jakby przedrzeźniały się nawzajem, zagubione pasikoniki akompaniują jeszcze z rzadka, urywając w pół nuty jakby nie wiedziały do końca co ze sobą zrobić po odejściu lata.  

Pobieżnie sprawdziłam ilość desek na stercie przed domem, poprawiłam zrzuconą częściowo i podartą folię przykrywającą je. Wygląda to na sprawkę wiatru, ale zatroskałam się i tak. Jak najszybciej trzeba zabrać je stąd, wykorzystać i obudować ściany łazienki.

Umówieni już jesteśmy z Krzysiem na kolejny weekend, odbierzemy deski podłogowe i można działać, choć czas już mam bardzo okrojony, jedynie weekendy muszą wystarczyć. Ale mój syn jest dobrej myśli:

– Mamul, my nie zdążymy? My?! Nie ma opcji, w tym roku wszystko jest możliwe!

Hm, rzeczywiście, wszystko wygląda inaczej. Mam nową pracę, wynajęłam mieszkanie o pięć minut nieśpiesznej przechadzki od szkoły i – po trudach oraz całym zamęcie przeprowadzki – poznaję nowe miasto, które mnie teraz otacza. Sympatyczne, bardziej przyjazne i otwarte niż to poprzednie, w którym spędziłam trzydzieści lat, czując się tak samo obco w dniu pierwszym jak ostatnim.       

Nie tak miało być, nie planowałam wydawać połowy pensji na wynajem kolejnego cudzego mieszkania, ale dziwić się nie powinnam: jeśli ktoś kłamał i rzeczywistością manipulował lata całe, to naiwnością przecież było wierzyć, że nagle postąpi zgodnie z tym co mówi i co ustalamy razem. Nie dane mi widać w tym żywocie spełnić Czwarty Warunek Dekalogu, a tak by się chciało…

Nieznajomy rudy kot o puszystym i lśniącym futerku przebiegł przez werandę, wielce zaskoczony widokiem siedzącego na progu człowieka z parującym kubkiem w dłoni. Zapach kawy pewnie go zaintrygował, obie dziurki różowego kociego noska badały uważnie powietrze.

– Kim ty jesteś, słodziaku? – zapytałam cicho i wstałam powoli, wyciągając rękę w kierunku czającego się za studnią zwierzaczka.

Zwiał, przeskakując błyskawicznie płot Kasi i popędził ku Bramiszczu w kierunku Modrzewiska, a ja zebrałam naręcze szczap i kawałków starych desek, i zabrałam się za rozpalanie w piecu. Ależ za tym tęskniłam!

Drzwi do sieni zostawiłam otwarte, po chwili i tam zapanowało sympatyczne ciepło. Raz za razem stawałam w drzwiach izby, przyglądając się z niedowierzaniem i radością pomieszczeniu w które się ta nasza stara, podszyta wiatrem sień zmieniła. Różnorodne koncepcje urządzenia go nieco mi się tłoczą w głowie, ale którakolwiek ostatecznie wygra – będzie świetnie.

Dziarsko omiotłam i odkurzyłam podłogi, wymieniłam wkłady w pochłaniaczach wilgoci, wyniosłam wszystkie koce i futropodobne narzuty. Poręcz werandy, mokra nieco po niedawnej mżawce, nie pozwalała na rozwieszenie ich i pozostawienie do wietrzenia, energicznie więc pozbawiłam domowe tkaniny większości kurzowych roztoczy i na powrót porozkładałam je na łóżkach i fotelach. Tak chętnie zostałabym tu na kolejnych kilka dni, choćby trzy, żeby móc obudzić się i tego samego dnia położyć spać w tym domu, nie musząc ścigać własnych myśli w poszukiwaniu spraw do natychmiastowego zrobienia, dokończenia, uzupełnienia.

– Maryla! Jesteś tu? – głos Zosi dobiegł mnie zza płotu razem z delikatną smugą wędzonego dymu z ogniska.

– Jestem, jestem! – wyszłam żwawo na werandę i wychyliłam się za dom. – Cześć Zosiu!

– Czeeeść, po twojej stronie też postrząsali orzechy? – spytała markotnie sąsiadka, grzebiąc kijem w wysokiej, przywiędłej trawie.

– O rany, nawet się nie przyglądałam. Zaraz sprawdzę.

Wdziałam szybko kalosze i wsunęłam się w mój czarny, wełniany golf. Pogoda rzeczywiście ponurawa, ostatnio jeszcze chodziliśmy wokół domu w krótkich spodenkach, a tu już pani Jesień zimnymi wiatrami chłoszcze…

– Coś takiego, przecież one chyba jeszcze nie zdążyły dojrzeć! – zdziwiłam się, zbierając niezliczone suche gałęzie opadłe pod orzechem po mojej stronie płotu.

– Trochę jeszcze u góry zostało, myślałam, że chociaż w tym roku zdążymy, a tu znowu to samo…

– Zosiu, a jabłka z twojego sadu?

Sąsiadka machnęła zrezygnowana ręką.

– Zapomnij! Pewnie dawno na targu sprzedane, już dwa tygodnie temu przyjechaliśmy pozbierać, ale nic nie zostawili. Wiesz, kto.

– Jasne. – mruknęłam, patrząc w kierunku dziwacznego domu poniżej. – „malowane dzieci”…

Ponarzekałyśmy, jak co roku, na ten sam temat, podzieliłyśmy się nowinami własnymi i rodzinnymi, po czym wróciłyśmy do swoich zajęć. Niby niewesołe było to nasze spotkanie, a jednak poczułam jakiś spokój i szczęście, że tak właśnie mogę: pogadać z sympatyczną sąsiadką o tych samych – jednak drobnych raczej – troskach, a potem wrócić do przytulnej izby i wsłuchiwać się w to cudowne trzaskanie drewna w piecu tudzież porykiwanie jeleni.

Tak, jest dobrze.   

4 thoughts on “Wpaść jak po ogień, przy ogniu posiedzieć… :-)

  1. Oj! duze zmiany…ale nie martw sie – nie warto tkwic uparcie w jednym miejscu – jestem pewna, ze bedziesz szczesliwsza…a co do czwartego przykazania, to zaczelam miec watpliwosci w wieku lat szesciu…..i na szczescie niepotrzebowalam tego czlowieka w moim zyciu NIGDY! Nie nazywam go ojcem, a mezem mojej matki i ucieszylam sie jak w koncu umarl, bo niewiele brakowalo a mamuske by wykonczyl…wiec ciesz sie z tego co masz ityle…masz super domek i udanego syna…i nawet kota :)Powodzenia!

    1. Hm, przykro mi, że (najwyraźniej) masz podobne doświadczenia dziecięce za sobą…
      Tak, nie warto tkwić, miałam świetnie wyprany mózg i całe lata uważałam, że to jedynie mi się należy i na to jedynie zasłużyłam…
      Żeby ten nasz wewnętrzny Feniks się odrodził, nie można na siłę polewać go wodą, musi w końcu spłonąć. 🙂

  2. Czytając o Twojej Chatce i ja się jakoś tak dobrze poczułam, jakbym tam była…
    Ps: Oj, dużo sie dzieje u Ciebie… Zmiana miasta, zmiana pracy, zmiana mieszkania… Ufff… Nie nadążam za Tobą… A co z Tośką? Jest z Tobą?
    Trzymam kciuki!!!!

    1. Ano, ja też jeszcze nie nadążam… Ale to było konieczne i nieuchronne. Niestety, Tosia została tymczasem z moim synem, jest przyzwyczajona do biegania po podwórku, to jeszcze młodziaczek, więc żywioł, a ja mam jeden pokój z kuchnią i łazienką, nie mogłaby wychodzić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *