A jednak skończyliśmy i chęć pomocy nietrafiona… ;-)

A jednak skończyliśmy i chęć pomocy nietrafiona… ;-)

14 grudnia 2020

A myślałam naiwnie, że tym razem weekend spędzimy głównie na odpoczynku. 😉

Krzyś przyjechał po mnie w piątek po pracy i z błyskiem w oku otworzył bagażnik, w którym stało, zawinięte w kraciasty koc, niewielkie, kwadratowawe okno.

– Trzyszybowe. – poinformował mnie syn, odchylając kawałek wełnianej tkaniny. – Na jutro zapowiadają ocieplenie.

I rzeczywiście. Sobota była iście wiosenna, z rześkim, ale ciepłym powietrzem i blaskiem słońca na błękitnym niebie, udekorowanym mniejszymi i większymi przysłonami chmurzastymi maści różnorakiej. Rano jedynie resztki śniegu lądowały jeszcze na nosach ryjących nieopodal dzików, ale wkrótce słońce roztopiło i to. Zaraz po śniadaniu zabraliśmy się więc za wstawianie okna w ścianę komórki naprzeciwko łazienki, gdzie docelowo będą solidne schody na strych a przy nich komórka na narzędzia. Tam jedynie został wąski, pionowy pasek nieobitej ściany zabezpieczonej jedynie membraną, niedawno uznaliśmy, że to już trzeba będzie zostawić na wiosenne ocieplenie tak w przyrodzie, jak i w opustoszałych portfelach…

Poza oknem, Krzyś przywiózł jednak także bardzo niewesołe wieści z domiszcza, gdzie intrygi i niebotyczne łgarstwa Pana Domu znajdują nowych, wdzięcznych odbiorców (któż się oprze roniącemu łzy starszemu panu?!), dokończenie remontu w naszej własnej chatce było więc dla mojego syna swoistym pozytywnym kopem, mocno pożądanym w ponurej i niepewnej sytuacji.

Kiedy zapadał sobotni zmierzch, z radością przybiłam ćwierćwałek w kącie, a Krzych przykręcił przypodłogówkę.

– Mamo, ale my tu mamy fajnie, teraz tu jest jak w domu!

– Ej, nie przesadzaj. – zaśmiałam się. – Tu zawsze było jak w domu, nawet kiedy ta chata była raczej w stanie szopowym.

– Też fakt, tu jednak było zawsze to coś swojskie, bliskie, ciepłe takie.

Pół niedzieli przedreptaliśmy między stołem pod świeżo przyniesionymi łapami świerkowymi, a nowym oknem w komórce, mierząc miejsce na schody, rozrysowując i obliczając planowane przejście do ostatniego pokoju z kominkiem, gdzie dziś jeszcze jest drewutnia. Tam też trzeba zlikwidować stary i zamontować nowy, podniesiony strop, wstawić dwa okna i zrobić podłogę. Ale tym razem już nawet ja wiem, że nam się uda, choć lekko nie będzie.

– Patrz, mamul, znalazłem rysunki sprzed dwóch lat! – Krzych rozłożył na stole kartki starego zeszytu, na których planowaliśmy remont sieni i komórki, pokazując palcem kolejne elementy.

– Pamiętasz wątpliwości co do ściągnięcia tych starych bel stropowych w sieni? A spory co do wielkości okien?

– No, ba! – westchnęłam. – Sęk w tym, że wtedy wydawało mi się to takie odległe, wręcz nierealne. Rysowaliśmy, ale to jakby dotyczyło dalekiej, mglistej przyszłości i było tylko w sferze marzeń!

– Z tym większą satysfakcją idę wziąć prysznic! – oświadczył Krzyś wstając od stołu i zbierając pieczołowicie kartki do białej tekturowej teczki. 

Dość wcześnie tym razem zjechaliśmy z Gronia, niebo jeszcze nie zdążyło przykryć się czarną kołdrą, kiedy zjeżdżaliśmy ostrożnie po oszronionych kamieniach drogi do Modrzewiska.

Już na dole, w bagnistym zagajniku przy szosie, minęliśmy dwóch mężczyzn przy quadzie, najwyraźniej ugrzęźli w błotnistej ziemi. Krzyś zawahał się:

– Ale się władowali. Wyciągniemy ich?

– Jasne. – odpowiedziałam, dumna z odruchów mojego empatycznego syna.

Zawróciliśmy kawałek i Krzych wyszedł z auta.

– Dzień dobry, zaliczyliście wklejkę?

Mężczyźni spojrzeli na siebie spode łba i nie odpowiedzieli, paląc zawzięcie papierosy i jakby nerwowo rozglądając się dokoła.

– A, tak se stanęliśmy na fajkę. – burknął w końcu jeden z nich, w szarej bluzie i czarnej kominiarce, zrolowanej zabawnie nad czołem.

– Może was wyciągnąć? Mam linę, nie będzie problemu. – zaproponował Krzyś, nieco zdziwiony ich reakcją.

– Nie trzeba, żona już jedzie, też mamy linę. – odezwał się drugi z „pechowców” równie opryskliwie jak ten w zrolowanej czapce.

Dopiero, kiedy zawróciliśmy i już mieliśmy odjechać, dotarło do nas ostatnie burknięcie:

– Ale dzięki.

Szarzało już, więc niewiele widziałam w tym zagajniku, ale miałam nieodparte wrażenie, że oto dziwni panowie z quadem zostali przyłapani na czymś, na czym nie chcieli zostać przyłapani. Podzieliłam się tym odczuciem z Krzysiem, a on przytaknął:

– A wiesz, że i ja tak pomyślałem. Utknęli w tym bagienku ewidentnie, ściemnia się, ja bym uszami klaskał, gdyby ktoś w takiej sytuacji zaoferował pomoc, a oni – jakby mogli, to by uciekli!

– Myślisz, że kłusowali?

– Nie mam pojęcia, nawet się nie przyglądałem co tam mieli na quadzie, ale to było dość dziwne spotkanie, przyznasz. 

Przyznałam. Ale jakoś nie chciało mi się bawić w detektywa i dokonywać głębszej analizy sytuacji. To, że ludzie zachowują się dziwnie – to akurat żadna nowina. Ale cieszę się, że pierwszą myślą Krzycha było pomoc komuś w potrzebie, a nie przejechać obojętnie. Zuch chłopak. 😊

8 thoughts on “A jednak skończyliśmy i chęć pomocy nietrafiona… ;-)

  1. Troszkę zaniepokoiłam się tymi dwoma osobnikami… Dobrych zamiarów to chyba oni nie mieli… Ciekawa jestem, co też wykombinowali? Aż strach takich spotkać …
    A co do Pana Domu, to ja na takie łzy się nie dam nabrać… Znam to z autopsji…

  2. Myślę, że zrobiliście to, co w takiej sytuacji było najwłaściwsze. Zaoferowaliście pomoc, a przede wszystkim zauważyliście tych mężczyzn i oni o tym wiedzą. Jeśli planowali coś nielegalnego, raczej zrezygnowali.
    Fajnie, że macie z Krzysiem miejsce, gdzie nie sięgają jakieś intrygi, o których piszesz.
    Aż się uśmiechnęłam na wieść o kolejnych remontowych działaniach. Jesteście niezmordowani. Podziwiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *