Zaczynamy Dobry Rok. Amen. :-)

Zaczynamy Dobry Rok. Amen. :-)

1 stycznia 2021

Pomachałam dwóm dwójkom i dwóm zerom na pożegnanie z wysokiego peronu. O północy spaliłam kalendarz, który ozdabiał tu ścianę przez ostatnie dwanaście miesięcy minionego roku. Nie, nie żegnałam go z ulgą bo był zły. Był szczególny, pełny ekstremów od tych bardzo dobrych do koszmarnych, a remont Chatki przecież wydarzył się właśnie w tym czasie.

Nie przywitałam Nowego lampką szampana ani zabawą szampańską. Ot, zapaliłam świecę i pogładziłam dłonią pachnący świeżością, zadrukowany papier kalendarza z napisem „2021” i ośnieżonymi górami na zdjęciu przynależnym styczniowi. Złożyłam telefoniczne życzenia Krzysiowi, Staszkowi, Kalinie i Edycie, po czym, bez trudu tym razem, spokojnie zasnęłam.

Kostek i jego goście nie odmówili sobie jednak fajerwerków, a ja paru przekleństw pod nosem w związku z tym. O ile od dłuższego czasu było cichutko i miałam wątpliwości co do dalszego pomieszkiwania Kunagundy na strychu, to tej nocy wszystkie je rozwiałam, bo w hałasie wybuchającej ludzkiej radości biedne zwierzę tłukło się panicznie między krokwiami, biegając po starym stropie nad izbą i tupiąc po swojemu jak chłop w gumiakach. Mam wiele przeciwko jej obecności w moim domu, ale dziś było mi jej zwyczajnie żal. I nie tylko jej zresztą, w ostępie poniżej znalazła przecież dom Klotylda…

Ranek obudził mnie wręcz wymarzony, symbolicznie świeży, słoneczny i pełen nadziei, roziskrzony szronem pokrywającym ziemię pod błękitnym niebem. Radio cicho gra dla słowackich słuchaczy, to jedyna sensowna rozgłośnia którą w miarę czysto tutaj odbieramy, dużo muzyki i żadnej politycznej karykatury. Szybki prysznic w czystej łazience, pyszne śniadanie i aromatyczna kawa przy oknie, z ręcznikiem w roli turbanu na głowie. Sielanka. 😊

Nie odmówię sobie dziś spaceru wokół Gronia, z Edytą umówiłam się na pogaduchy i to z pewnością zajmie sporo czasu, bo rozmawiamy rzadko, ale za to intensywnie: po godzinie się dopiero rozkręcamy, a po rozmowie zawsze mam niedosyt, że coś jeszcze chciałam powiedzieć, ale nie zdążyłam wejść w słowo (co jest nie lada sztuką)… Może kiedyś zrealizuję w końcu to moje planomarzenie o wyjeździe z Edą do Amsterdamu, wtedy może nagadamy się do syta i nie zapomnimy o niczym.

Uff, spacer taki to przednia rzecz. Dobrze jednak, że zdecydowałam się wdziać kalosze, wróciłam o jakieś trzy kilogramy błota cięższa, podeszwy i boki butów miałam gęsto oklejone szarobrązową breją z wystającymi tu i ówdzie źdźbłami nadgniłej trawy. Zanim weszłam do sieni, musiałam pozbyć się tego lepkiego, brudnego świństwa, więc jeszcze dłuższą chwilę gmerałam patykiem przy kaloszach i nie mogłam odebrać telefonu który ewidentnie rozbrzmiewał w sieni. No, tak, zapomniałam go wziąć, ważniejszy był aparat.

Hm, wczoraj dowiedziałam się o śmierci cioci Zosi z Lublina, dziś ta sama kuzynka poinformowała mnie o odejściu kolejnej: cioci Wandy z Białegostoku. Covid. Obie były leciwe, obie były żonami moich nieżyjących już stryjów, ale o ile z ciocią Zosią nie miałam właściwie żadnego kontaktu ani wspomnień, o tyle Wandzia, dawno temu, była dla mnie kimś szczególnym. Szalona była, pamiętam ją jako piękną czarnowłosą kobietę mówiącą z mocnym wschodnim zaśpiewem:

– Maryla, dzieciaku, jak tam w sklepie bedzieta, kupta mnie bidasy, siódemkie. Ja tu kartoflów naobieram, blinów narobim.

Kiedy nasza mama nie dawała sobie rady sama z trójką małych dzieci, Wandzia i stryj Tadek chcieli mnie wziąć na wychowanie, mieli jednego syna którego nawet lubiłam, więc ta myśl nie była mi specjalnie niemiła, po roku sytuacja jednak się zmieniła i nic z tego nie wyszło.

Stryj Tadek zmarł młodo, a Wandzia wyemigrowała do Stanów i tu nasz kontakt się właściwie urwał, przez lata docierały do nas wiadomości o jej burzliwym życiu i rzekomej chorobie psychicznej na którą zapadła, może dlatego po powrocie do Polski nie udało jej się nawiązać dobrych relacji z rodziną, która jej raczej unikała. Może była szalona, ale bardzo odważna i z ogromem energii. A w listopadzie dopadł ją covid i całe to burzliwe życie w mig zakończył, nikt nas o tym nie zawiadomił.

Tymczasem na Groniu pomału zachodzi słońce, o sześć minut dłużej toczące się dziś przez niebo nad górami. Termometr jeszcze pokazuje plus trzy, ale mroźne powietrze już pełza wokół stóp, wyszłam przed dom porąbać trochę drewna na opał i pokąsało mi nieźle skarpetki, trzeba było szybko je wymienić na ciepłe, wełniane, powieszone wcześniej przy piecu. Herbata z imbirem i cytryną pachnie już bajecznie, zaraz odpalę smartfon na pogaduchy z Edytą, więc i smakowite pierniczki w gotowości zaległy na stole.

Miejmy szczęśliwy rok. Dobry rok. Amen. 😊

2 thoughts on “Zaczynamy Dobry Rok. Amen. :-)

  1. Oby Nowy Rok był lepszy – czego Tobie i sobie życzę !!!
    Ps: Super, że Kunagunda nie zmieniła lokum – zawsze to we dwie raźniej 🙂

    1. Dziękuję, Zosiu, i ja Tobie też lepszego życzę. 🙂
      Kunagunda wcale mi tu nie pasuje, przyznam szczerze, ale i gorsze „lokatorstwo” mogło się trafić… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *