Skarb na pogorzelisku. ;-)

Skarb na pogorzelisku. ;-)

3 lutego 2018

Kończy się dzień, zimny i pochmurny, ale wesoły.

I dłuższy  już ponad półtorej godziny, co z dziką radochą obserwuję. 🙂

Rano przy kasie dworcowej uśmiałam się serdecznie. Pan kupował bilet do Ustronia. Najwyraźniej jeszcze miał sporo czasu do pociągu, bo pani kasjerka zachęciła:

– Ale za dwadzieścia minut ma pan Intercity! Wygodniej i szybciej.

– Do Ustronia? – zdziwił się pan podróżny.

– Do Wisły, ale przez Ustroń.

– I w Ustroniu się zatrzymuje?

Kasjerka uśmiechnęła się i kiwnęła potakująco głową.  Pan ożywił się i przeszedł do sąsiedniej kasy Intercity, otwierając ochoczo portfel by zapłacić więcej, miła pani w kasie jednak dodała:

– Tylko, że jest opóźniony pięćdziesiąt minut.

Cały nasz ogonek przedkasowy gruchnął gromkim śmiechem, a pan zamknął portfel i zawiedziony wrócił przed kasę „pospolitą”.

W pociągu natomiast ubawiła mnie para około trzydziestki, rozwiązująca krzyżówkę:

Ona (z podziwem):   Ale ci to idzie! Ja bym sama nie rozwiązała! No to teraz… duże miasto na Pomorzu Zachodnim. Druga „o”.

On:  Ile liter?

Ona: Czekaj… Osiem.

On (z dumą i satysfakcją): To będzie… Poznań!

Ona: … nie, za małe.

On: Ej, weź… jak za małe? To raczej duże miasto.

Ona: Ale liter za mało! Ma być osiem.

Myśli mi zamilkły z wrażenia. Dopiero wtedy naprawdę zaczęłam się im przyglądać. I kamerce monitoringu też. Czysty kabaret! Może nagrywali jakiś program?

Było to bardzo śmieszne, ale i żenujące trochę, na wszelki wypadek pozbierałam swoje rzeczy i przeniosłam się poza zasięg ich głosów.  😉

Kiedy wchodziłam na Groń, przez jednolitą szarość nieba przedzierało się lekko przymglone słońce i nawet gdzieś świergolił jakiś ptak. Wszystko oprószone świeżą warstewką śniegu, pod nogami pomlaskujące błoto, gdzieniegdzie chrupiące cienkim lodem kałuże. Bardzo przyjemnie mi się szło, dziarsko dotarłam do chatki.

Szybko napaliłam w piecu, zamiotłam podłogę w sieni i wyszłam z kawą na próg. Pomachałam na powitanie Hubertowi, a nagle od drugich drzwi rozległo się stukanie.

Obróciłam głowę, nasłuchując, ale nie. Nie wydawało mi się, stukanie się powtórzyło, poszłam więc otworzyć. W przelocie mignęła mi myśl o chwyceniu siekiery, ale ją zarzuciłam. Myśl, nie siekierę, znaczy.

Przed drzwiami stali znajomi mi skądś ludzie: szczupła blondynka w średnim wieku i chudy, wysoki facet z brodą. Nijak nie mogłam skojarzyć, kto zacz. Ale to mgliste skojarzenie było pozytywne, więc ucieszyłam się, że nie chowam za plecami tej siekiery. 😉

– Dzień dobry, Maryla. Poznajesz nas? – odezwała się z uśmiechem kobieta.

Ooo, rany, jak ja lubię to pytanie… 😉

– Nno, niestety, widok znajomy ale nie wiem skąd, przyznaję. – powiedziałam otwarcie.

– Rena i Jacek, sąsiedzi spod lasu. – wysoki facet też się uśmiechnął, a ja klepnęłam się w moje ogarnięte sklerozą czoło.

– Jaaasne! Wybaczcie, dawno was tu nie było. – otworzyłam szeroko drzwi i wpuściłam gości do środka. – Proszę, proszę, wejdźcie.

Byli tu ze cztery lata temu, może pięć (nie mogliśmy się doliczyć). On nie miał brody, ona była szatynką (ja zresztą też). Lał deszcz, schronili się pod drzewem niedaleko. Wypatrzyłam ich przez okno i zaprosiłam na kawę. Przesiedzieli wtedy u mnie do samego wieczora, choć po godzinie przestało padać. Bardzo sympatyczni ludzie, cieszyłam się że będą naszymi sąsiadami. Ale od tamtej pory nie dawali znaku życia.

– Jak pamiętam, mieliście odbudować dom po Jaśkach. I co? – spytałam, kiedy już zasiedliśmy z kawą przy stole w izbie.

– Ech, lepiej nie mówić. – Jacek machnął ręką zrezygnowany. – Firma nam padła, dopiero wychodzimy z kryzysu.

– Ale wychodzimy, to się liczy! – Rena energicznie poklepała Jacka po ramieniu. – I dom odbudujemy, na wiosnę już zaczynamy, jak tylko się porządnie ociepli. Ale to trochę potrwa.

– Masz nową werandę, super! – zauważył Jacek, wyglądając przez okno. – Pamiętam, że tamta miała dechy na wpust. Szkoda że tak zimno, posiedzielibyśmy na zewnątrz.

Po dwóch sympatycznie przegadanych godzinach, kiedy w izbie zrobiło się nareszcie ciepło, odprowadziłam gości do drzwi, postaliśmy jeszcze chwilę na werandzie. Wiał już przenikliwy wiatr i niebo zaciągnęło się ponuro.

– Jak nic, sypnie śniegiem! – zawyrokowała Rena, rozglądając się i zapinając szczelnie kurtkę.

– Na Grzebyku już sypie! – zauważył Jacek. – Lecimy, nie mamy latarki a ciemno się robi.

I polecieli.

Nie, żeby helikopter czy coś. Ale tempo zaiste błyskawiczne nadali, mam nadzieję że uniknęli ślizgu podpleczem. 😉

A mnie znowu ogień trzaska w piecu miło, zielona herbata smakuje wybornie i muzyczka cicho gra. Słyszę, że Kostek z rodzinką wjechali swoją terenówką, od razu raźniej się robi.

Ciekawe, kiedy stanie ten dom Reny i Jacka. Oby im się wszystko udało, niełatwe zadanie przed nimi. Stary dom Jaśków ktoś podpalił dawno temu (ot, takie rozwiązanie sąsiedzkiego sporu), zostały tylko piwnice. Ale dobre i to na początek.

Wygląda na to, że zamieszkają tu na stałe, byłoby super. Fajni ludzie to skarb. 🙂


 

4 thoughts on “Skarb na pogorzelisku. ;-)

  1. A toś szczęściara, że mimo tej pogody nie opuszcza Cię dobry humor.
    Mnie się już wydaje, że za tymi chmurami odbyła się jakaś machlojka, słońce przehandlowano albo poszło sobie na drugą półkulę i zbiera się ku jesieni, nie ku wiośnie.

    1. To fakt, coś mało tego słońca. Ale mnie ogromnie cieszy fakt, że przynajmniej dłużej jest jasno. Powiem więcej: w miarę jasno. 😉

  2. Niespodziewane spotkanie szatynki-blondynki z szatynką-blondynką i facetem bez brody-z brodą. Dobrze, że miłe. Czy oni polecieli na to swoje pogorzelisko, do swych piwnic?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *