Uśmiech na twarz! :-)

Uśmiech na twarz! :-)

29 kwietnia 2018

Dziwny to był ranek. Nad głową stale unosił mi się sen postrzępioną chmurą. Jakby się nie dośnił i nie mógł się odkleić. Sen przepełniony głosem Grzegorza, jego dotykiem, zapachem.

– Maryl, jeśli urodzisz syna, będę ci przez calutki rok przynosił śniadania do łóżka. Słowo harcerza!

Uśmiechnęłam się, bezmyślnie szczęśliwa. Siedzieliśmy przytuleni na kamieniach przed Chatką (jeszcze wtedy nie było werandy), był ciepły wieczór i ze strychu pachniało siano, które Janeczka z synem poznosili tego dnia z pola. Zgodziłam się, żeby do kolejnego roku jeszcze przechowała je u mnie.

– Jeśli naprawdę mnie kochasz i chcesz ze mną być już zawsze, to urodzę. Tak, chcę tego. Wiesz, od dawna mam to przekonanie, że kiedyś będę miała syna. I będzie miał na imię Krzyś.

Grzegorz ucieszył się, przytulił mnie mocniej i pocałował w policzek. Lubiłam ten szorstki dotyk tygodniowego zarostu. I błękitne oczy, w których była ta wielka przestrzeń. Taka, jaką mają tylko ludzie zakochani.

– Naprawdę cię kocham, przecież wiesz. Niech więc będzie Krzyś, ładne imię. Dokupię od Janeczki ten kawałek pola, już z nią o tym rozmawiałem, postawimy tu garaż, trzeba będzie jakąś starą terenówkę skombinować. Odremontuję ją i da się tu jakoś żyć. Co powiesz na kury?

Spojrzałam na niego rozbawiona.

– Chcesz hodować kury? Przecież widzisz, jaki problem ma z tym Janeczka: lisy, jastrzębie… Będziemy je ganiać jak pies Kajtek?

– Kochanie, coś wymyślę. Będzie świeży drób, jajka, pomyśl tylko! A tam pod orzechem zrobimy warzywniak. Trzeba będzie porządnie ogrodzić.

– Kiedy to mówisz, wszystko wydaje mi się możliwe…

– Bo jest! Jest możliwe i tak będzie, zobaczysz! Nauczę Krzysia strzelać z łuku i puszczać latawca, będzie wspaniale!

Minęło dwadzieścia siedem lat od tamtej chwili. Jednej z najszczęśliwszych w moim życiu. I najgorszych jednocześnie, bo naprawdę uwierzyłam, że to prawda. Dlaczego wraca? Dlaczego mi się to jeszcze śni?! Sprawia, że po przebudzeniu chcę zrobić dwie kawy i ugniata mnie w gardle, kiedy to sobie uzmysławiam.

Trzeba pójść, powędrować aż do bólu nóg. Między drzewa, między trawy. Co z tego, że obiecałam sobie dziś poranne spolegiwanie.

Pogoda przepiękna, parę słów na powitanie z Zosią i Krystianem, ruszyłam w drogę. Jak to dobrze, że wieczorem przyjeżdża Staszek. Może wino przywiezie, ja zapomniałam kupić. Ale niech tam, i bez wina dobrze będzie pogadać nocą na werandzie. A może nie spełnią się prognozy, może burza wieczorna przejdzie bokiem i uda nam się posiedzieć przy ognisku?

Trochę pomogło. Daleki spacer, śpiew ptaków, szum wody, odpełzająca w pośpiechu wielka, czarna żmija, uśmiechy sąsiadów z doliny i krótkie, życzliwe pozdrowienia, słońce gładzące twarz i ramiona, że nie wspomnę o Magnum z migdałami w sklepiku pani Moniki – to wszystko podziałało jak balsam.

Jutro planujemy wędrówkę na Grzebyk, a pojutrze podchody. Trochę inaczej zorganizowane, z większym rozmachem.

Zapomnę, w końcu przecież trzeba zapomnieć. Kawę na werandzie i uśmiech na twarz poproszę. 🙂


14 thoughts on “Uśmiech na twarz! :-)

  1. Maryl, nie wracaj do wspomnień….. Ciesz się, że masz cudownego (wiem to z Twoich opowieści) Krzycha :)))
    A ja na poprawę nastroju proponuje Ci naleweczkę 🙂

    1. Kurczę, nie lubię naleweczek. Ale winko jest OK. 😉
      A co do wspomnień, to już nie jest dla mnie problem. Jednak dla Krzycha – jest. Poważny. I zawsze będzie. Dlatego i mnie z tym ciężko. 🙁

  2. Droga i mnie pomaga w podobnych chwilach, ale… Marylo, tak naprawdę nie chcemy zapomnieć i nie zapomnimy. Nie dla pielęgnowania żali czy poczucia straty, a po prostu dlatego, że nasze życie to także tamte chwile.
    Pamięci więc życzę, ale i drogi przed Tobą.

    1. Tak, jest tak właśnie. Fajnie ująłeś: „…nasze życie to także tamte chwile”.
      Nie chcę pielęgnować żalu, choć długo nie potrafiłam się z tym uporać.
      Nie o mnie tu jednak chodzi, nie o mój żal.
      To mój syn całe życie wędruje o jednej nodze…

      1. Rozumiem, Marylo, ponieważ z Twoim synem nie tylko imię dzielę – ja, niechciany syn swojego ojca.

        1. Hm… Bardzo mi przykro więc.
          Nigdy nie zrozumiem, jak można po prostu zostawić swoje dziecko.
          W przypadku mojego syna – upragnione na początku, wymarzone…
          Wiem że „tak bywa”, Krzyś też wie, i Ty też wiesz. Ale żyć z tym ogromnie trudno.
          Czy w Waszym przypadku możliwe jest wybaczenie?

          1. Przepraszam, Marylo, nie zauważyłem tej Twojej wypowiedzi. Odpowiadam uznając, iż pytanie nie było retoryczne.
            Miałem łatwiej niż Twój syn. Ojczym był dla mnie ojcem i nie odczuwałem jego braku. Po raz pierwszy spotkałem ojca gdy miałem 19 lat, a spotkanie było z mojej inicjatywy. Widziałem, że nie wykazywał żadnej ochoty do kontaktów, więc to spotkanie było ostatnim. Wydaje mi się, że już wtedy wiedziałem, albo chociaż przeczuwałem, to, co teraz, z perspektywy tych wszystkich lat za mną, jest oczywiste: pokrewieństwo genetyczne tak naprawdę nie ma znaczenia bez związku emocjonalnego, bez uczucia.
            Mając obecną wiedzę i doświadczenie wyraźnie widzę jak pokrzywdzony jest mężczyzna w porównaniu do kobiety w odczuwaniu związku ze swoim dzieckiem. U was ta miłość pojawia się właściwie od razu, u mężczyzn niekoniecznie. My potrzebujemy kontaktu z dzieckiem, opieki nad nim, a i tego mało niektórym facetom.
            Starszy syn, ojciec mojej wnuczki, mieszka ze swoją rodziną 250 km ode mnie; jeżdżąc do nich zwykłem mówić sobie, że jeżdżę po miłość. Nie odczuwałem jej apriorycznie, ale teraz wiem, że kocham Helenę, dziecko mojego dziecka.
            Marylo, czas jest jednocześnie okrutny dla ludzkich serc, ale i litościwy. Kiedyś odczuwałem niewielki żal do ojca z powodu jego obojętnością, ale to było dawno. Teraz, dziesiątki lat po widzeniu się z nim, w wiele lat po jego śmierci, gdy moje dzieci są dorosłe i czynią mnie dziadkiem, teraz to już nie ma znaczenia.
            Myśląc o ojcu wspominam ojczyma – i tak jest dobrze.

          2. Hm, to dobrze że miałeś ojczyma.Takiego, którego mogłeś nazywać ojcem i tak traktować. To bardzo ważne.

  3. Zapomnieć…. ….chyba tego rozkazu nie da się wykonać….trzeba tylko nauczyć się z tym żyć….czas leczy rany i ból coraz mniejszy ale pamięć jest bezlitosna. A teraz chodź na kawę i uśmiechnij się bo życie toczy się dalej….a ja uśmiecham się z Tobą 😀😀😀😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *