Z wodą na plotkach… ;-)

Z wodą na plotkach… ;-)

7 sierpnia 2018         

Nie było dziś potrzeby schodzić w dolinę. Wczoraj załatwiłam kilka spraw, podziękowałam zaskoczonej dziewczynie w sklepie za mój odzyskany portfel, wręczając jej „Raffaello”. Antoniemu też podziękowałam, bez obawy.

Wcześnie rano pomaszerowałam dziś po wodę do strumyka. Cudny, rześki ranek, słońce przyświecało ostro, ale na trawie była jeszcze chłodna rosa, a w lesie – przyjemny chłód. Wzięłam dwie pięciolitrowe butle do plecaka i dwie takież niosłam w rękach. Droga niedaleka, wygodna, pachnąca żywicą i miętą. A cztery butle wody to już coś. Po ulewach woda studzienna jest nieciekawa, potopiło się w niej sporo ślimaków i innych robali, ostatnia deszczówka też średnio mi się udała, lało z impetem ale krótko, więc nie odczekałam wystarczająco, żeby dach porządnie się oczyścił. A taka woda z górskiego strumyka – do mycia, zmywania i prania nadaje się świetnie.

Sympatyczny psiaczek Lilki i Mateusza po sąsiedzku chciał się chyba do mnie przyłączyć, pyrtkowate to takie a zadziorne, że ho ho! Obszczekuje mnie zawzięcie za każdym razem, kiedy przechodzę obok ich domu. W końcu jednak Lilce udało się go odwołać i dalej już kontynuowałam spacer samotnie.

Jeżyny są wielkie i pyszne, w lesie mogłam sobie pozwolić na pałaszowanie ile wlezie, bo moje w rogu podwórka – dziwnym trafem ostatnio stale są niedojrzałe. I mocno obdeptane dookoła. Nie ma charakterystycznego zapachu zwierząt, w dodatku zostają jeżyny tuż nad ziemią, co ewidentnie wskazuje na człowieka. Cóż, to w pobliżu miejsca „strzelankowego”… Śliwki Kasi obok – też wyzbierane, zostają same nadgniłki i robaczywki. I wydeptane jest raczej nie racicami. Nie, żebyśmy żałowały! Niechby kto zapytał – na pewno nie odmówię, a i woreczek dam. Ale nocne poczęstunki za oknami (chyba w myśl zasady „ jest tajnie – jest fajnie”) już niekoniecznie nam się podobają. 

W drodze powrotnej napełnione wodą butle bulgotały wszystkie cztery ochoczo, jakby dzieliły się najnowszymi plotkami, a ja czułam jakbym podsłuchiwała. Zostawiłam więc je wszystkie przy drodze na zakręcie tuż pod szczytem, a sama weszłam wyżej w las przyjrzeć się bliżej jarzębinom. Cudnie obrodziły. Opstrykałam je ze wszystkich możliwych stron, a potem postałam jeszcze żeby trochę pozachwycać się i pogapić na nie jedynie przez szkła moich okularów, bez pośrednictwa obiektywika smartfonowego.  

– Cześć Maryla! – głos męża Zosi z lasu powyżej kompletnie mnie zaskoczył. – Ty też na grzyby?

– O rany, Krystian – odetchnęłam głęboko. – Mam tu na zawał paść? Dużo nazbierałeś?     

– Eee, nic a nic nie znalazłem! – kręcił głową z dezaprobatą, stojąc na niewysokiej skarpie nad ścieżką i opierając się o pień młodego buka. – Ani pół grzyba nie ma!

Parsknęłam śmiechem mimo woli, bo widok był dość komiczny: Krystian biadolący na brak grzybów, a pod drzewkiem o które się opierał, od mojej strony, ze dwadzieścia centymetrów od jego buta, rósł całkiem spory i dorodny podgrzybek. Wskazałam go sąsiadowi, który zerwał go i radośnie uznał:

– No, popatrz! Są! To jednak idę dalej, dzięki!

Wróciłam do moich plotkujących butli z wodą i ruszyłam do domu, ciesząc się pięknym porankiem. Jakoś ostatnio nie mam ochoty na grzyby, może się wybiorę kiedy ktoś przyjedzie, samej mi się nie chce.

Rozłożyłam na werandzie mój biało – zielony parasol i zasiadłam z książką na krzesełku, obserwując przez chwilę polowanie Melki na jakiegoś żuka w trawie. Przekomiczne. Jednak i ja, i Melka, w końcu zaszyłyśmy się w przyjemnym chłodzie izby, skwar był zbyt duży. Przegadałam sporo czasu przez telefon z Krzysiem i paroma znajomymi, a po południu przeszłam się do strumyka po kolejne cztery butle wody i uznałam, że wędrowanie – choć w ilości symbolicznej – zaliczyłam na dziś.

Dziwnie jakoś, ale tak spokojnie, naprawdę urlopowo spędziłam ten dzień. Bywa i tak. 🙂   


4 thoughts on “Z wodą na plotkach… ;-)

  1. Marylo, przez wiele lat w mojej pracy miałem kłopoty z wodą podobne do Twoich. Nosiłem ją w butelkach i nauczyłem się oszczędzać. Dopiero gdy jej brakuje, gdy trzeba wodę nieść, wiemy, jak dużo jej zużywamy. Nauczyłem się dziwnych (dla osób nie znających tego braku) sposobów, na przykład wycierania szklanki kawałkiem papieru toaletowego z wykorzystaniem wilgotnych fusów kawowych jako mikrogranulek czyszczących.
    Znajoma ma dom w Górach Izerskich, stary dom, z kamienia. Dopiero niedawno zleciła zrobienie studni, nie wiem ile zapłaciła, ale podejrzewam, że kupę pieniędzy, albo i dwie kupy, niestety.
    To wszystko przez tych gamoni Fenicjan! Wymyślili za mało pieniędzy, ot, co.

    1. Za mało! 😉
      Nam się tu marzy studnia głębinowa, te „zwyczajne” są, ale często wymagają czyszczenia, topią się w nich różne różności żyjące i już nie. Woda nie nadaje się więc do picia, choć niektórzy nic sobie z tego nie robią. 😉
      Ale wywiercenie głębinówki to koszt ogromny, że nie wspomnę o doprowadzeniu rur do każdego domu. Znaczy, wykopaniu rowków pod te rury…
      Nie narzekam jednak: co jakiś czas wwożę po kilkanaście pięciolitrowych butli wody pitnej, do tego kilka zgrzewek półtoralitrowej do bezpośredniego picia, a do mycia naczyń, mycia się i prania – jest deszczówka, woda ze studni, albo ze strumyka. Ale – owszem: tu nauczyłam się ją szanować i doceniać. 🙂

  2. A do picia tez sie nadaje? Slicznych, sympatycznych porankow Ci zycze! Oraz wieczorow. A takze popoludni. glaski dla Melki

    1. Do picia – nie bardzo. Po taką wodę trzeba iść trochę dalej i wyżej.
      Pitną przywożę najczęściej kupioną w sklepie, w takich własnie pięciolitrowych butlach. Zawsze mam zapas. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *