Jak igła w stogu? ;-)

Jak igła w stogu? ;-)

26 sierpnia 2018

Wczoraj mało było wędrowania, deszcz odchodził i wracał z impetem, więc oddałam się porządkom i kilku długim rozmowom telefonicznym. Dziś znowu jest mokro i niebo poi ziemię od samego świtu, jednak wczorajsze wściekłe ulewy zmieniły się już w poczciwy, regularny deszcz, który umożliwia spacer w dolinę.

Powędrowałam więc nieco, najpierw strumyko-ścieżką, potem asfaltową szosą przez Modrzewisko. Udało mi się nawet nie poślizgnąć ani razu, co w tych warunkach poczytuję sobie za sukces. Wracałam jednak najkrótszą drogą przez las, zmęczona już nieco tą ciągłą konewką nade mną, z wielką radością i ulgą przywitałam widok płotu Huberta spomiędzy drzew. Zdziwiły mnie tylko ludzkie głosy dobiegające z jego podwórka, głowę bym dała, że wczoraj wyjechał. Głosów było kilka, po chwili zobaczyłam też kilka kolorowo odzianych postaci wielkości rozmaitej, oblegających wesoło jabłonie na Hubertowym podwórku. Aha.

Przystanęłam przy furtce i, jak gdyby nic, zawołałam:

– Cześć, Hubert! Wróciłeś?

Głosy natychmiast ucichły, rozległy się za to nagłe trzaski i tupoty, a po kilkunastu sekundach zapanowała kompletna cisza. Kolorowe kurtki dorosłych i dzieci zniknęły gdzieś w lesie za domem sąsiada. No tak, płot z tamtej strony jest zniszczony przez jelenie.

Przeszłam pod oknami domu Kasi, ze środka dochodziła miła muzyczka. To rozumiem, Kasia przynajmniej korzysta z niepogody, odpoczywając w suchym domu i relaksując się jak człowiek, nie gnając bez sensu i ociekając wodą.

Kiedy już wysuszyłam się i odpoczęłam w ciepłej izbie, niebo też jakby przeschło. Wsunęłam więc kalosze i wybrałam się do zagajnika w Zadomiu po łapy świerkowe. Najwyższy czas na wymianę, stare gałązki w cebrzyku już poszarzały i wyblakły.

Upatrzyłam sobie młody, dorodny świerk na szczycie, na brzegu niewielkiego zagajnika i dziarsko pomaszerowałam prosto do niego.

Aż podskoczyłam, kiedy pod podeszwą buta chrupnęło mi coś twardego. Klucze! A dokładniej, kluczyki do samochodu, z fikuśnym breloczkiem i otwieraczem do butelek jednocześnie. Tutaj?!

Podniosłam je, oczyściłam nieco i rozejrzałam się: pusto dookoła. Może to zguba tych „gości” Huberta, może tędy przyszli? A może kogoś stąd, trzeba będzie obejść chatki w osadzie.

Hm, wcale mi się nie chciało, uznałam, że wezmę parę gałązek i wrócę do domu okrężną drogą, wstępując kolejno do sąsiadów. Świerk nie oponował, pozwolił mi przyciąć nieco swojej iglastej zieloności, zaopatrzona więc w obłędnie pachnące naręcze zeszłam do ścieżki opasującej szczyt naszego Gronia. Skierowałam się już do domu Mateusza, kiedy zobaczyłam pod lasem jakąś postać. Młody człowiek w zielonej bluzie ewidentnie szukał czegoś pod nogami, ucieszyłam się więc i pomaszerowałam w jego kierunku. A on – zniknął za drzewami, najwyraźniej schodził drogą w dolinę!

Co było robić: położyłam moje świerkowe łapy przy ścieżce i pognałam za nim!

Na szczęście nie odszedł daleko, był tuż za zakrętem i zaczynał akurat rozmowę przez telefon.

– Nie, nie znalazłem! A ty? Nie wiem, gdzie…  – mówił zatroskany, kiedy zatrzymałam go wołaniem:

– Dzień dobry, proszę zaczekać!

Odwrócił się i przystanął z wahaniem, jakby niepewny czy to jego wołam. Podeszłam więc i pomachałam kluczykami.

– Tego pan szuka?

– Moje klucze! – wykrzyknął uradowany i miałam wrażenie, że rzuci się na mnie z radości. – Nie ma pani pojęcia, jak mnie pani ratuje!

– Mam pojęcie, – podałam mu zgubę i zaśmiałam się. – Niedawno zgubiłam portfel…

– Gdzie były? – chłopak nadal nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. – Gdzie je pani znalazła?

Tam, na polanie powyżej, w trawie. – pokazałam ręką okolice świerkowego zagajnika.

Odetchnął głęboko i pokręcił głową:

– O rany, tam nawet bym nie szukał! Normalnie cud jakiś, że pani tam akurat szła! To jak igła w stogu… Dziękuję!

Wracałam do domu uśmiechnięta i zamyślona, słysząc jeszcze z daleka radosne pokrzykiwania młodego człowieka do telefonu. To naprawdę był niesamowity zbieg okoliczności. Choć osobiście w takowe nie wierzę.

Zadowolona patrzę teraz na świeże, zielone gałązki w drewnianym cebrzyku na półce w kącie izby. Pachną obłędnie, te stare trafiły do pieca i też będą pachnieć, zaraz trzeba rozpalić ogień.

Deszcz już nie pada, mgły snują się gdzieniegdzie między drzewami i na zboczach sąsiednich gór. Sąsiad krząta się między kolorowymi ulami w swojej pasiece, a u mnie cicho płyną dźwięki czarownej trąbki Milesa Davisa i herbata paruje z kubka.

Jest pięknie.  🙂


 

6 thoughts on “Jak igła w stogu? ;-)

  1. W młodości słuchałem standardów jazzowych, bywało, że i Devisa. Piękną jest dla mnie nadal taka muzyka, chociaż rzadko słuchana, bo jakoś tak wyszło, że czepiłem się Bachów i Vivaldich.
    Wyobrażam sobie, jak zdarzenie z kluczami pozytywnie wpłynęło na Twoje samopoczucie.

    1. Gosiu, im dłużej o tym myślę, tym bardziej zdumiewam się tą krótką „scenką” z kluczami… 🙂

      Oj, oby i u Was nareszcie popadało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *