„Rosół z opium” i kaprysy zielonej banieczki… ;-)

„Rosół z opium” i kaprysy zielonej banieczki… ;-)

12 stycznia 2021

Słońce nawysilało się widać niemożebnie przez dwa ostatnie dni, bo dziś zaległo gdzieś znowu za gęstymi chmurami. Po wczorajszym barwnym zachodzie spodziewałam się raczej kolejnego pogodnego świtu, a tu – paskuda. Cały dzień tonie w szarości i bezdechu oczekiwania na śnieg. Chyba.

To nie pogoda jednak zajęła dziś moje myśli i markotność narzuciła połowie dnia, a zielona banieczka w kącie komórki, czyli nasz sympatyczny hydroforek.

Wstałam dość późno, dopiero o ósmej wygrzebałam się z ciepłej pościeli, rozpaliłam ogień w piecu i opatuliłam się grubym, pomarańczowym polarem przed wyjściem z izby. No, tak, po mroźnej nocy w sieni znowu panowało dojmujące zimno, a termometr na ścianie wskazywał zaledwie cztery stopnie na plusie. Przeszłam dalej, otwierając grube drewniane drzwi komórko – łazienki, tam już nie było tak źle, bo stopni dziewięć. Włączyłam hydrofor i grzejnik, bojler sobie darowałam, bo ciepłej wody z pewnością wystarczy na cały kolejny dzień, radośnie dokonałam podstawowych ablucji i wróciłam do ciepłej izby.

Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że hydrofor nadal brzęczy, pompując wodę, zdecydowanie za długo i w dodatku głośniej niż zwykle. Zaniepokojona nieco, założyłam na powrót bluzę i poszłam wybadać co zacz. Ciśnieniomierz wskazywał zero, co było ewidentnym dowodem na jakąś awarię w naszym świeżym wodociągu domowym. Hm, ale jaką awarię? Gdzie?

Szybko wyłączyłam zielonego wrzaskliwca i wyszłam na zewnątrz sprawdzić stan wody w studni. Tam wszystko wyglądało normalnie, zero lodowej tafli, woda w ilości zadowalającej i stanie prawidłowo ciekłym. Chwyciłam więc telefon w dłoń i zadzwoniłam do Krzycha, dzieląc się z nim niepomyślną wiadomością.

– O, kurczę. – zmartwił się mój syn. – Czyli jednak trzeba zamontować ten przewód grzejny wzdłuż rury…    

– Aha, jeśli sugerujesz że powinnam właśnie poodwijać gąbkowe zabezpieczenia z rur i montować jakiś przewód, to cię rozczaruję. – zaśmiałam się gorzko. – W piwnicy zimno jak skurczybyk!

– Nieee, nic tam nie montuj, sprawdź tylko czy nie widać jakiegoś rozszczelnienia, może gdzieś woda zamarzła i rozsadziło rurkę? Ja niestety mogę przyjechać dopiero jutro.

Niemal godzinę krzątałam się wokół rur, sprawdzając co się dało i co jakiś czas ponawiałam próby włączenia hydroforka. Ciśnieniomierz uparcie wskazywał zero, a krany wyschły na wiór. Pocieszałam Krzysia i siebie, że wszyscy nasi sąsiedzi podłączający wodę w swoich domach zaliczyli tu zimowe awarie, nie tak dawno Kostek opowiadał nam o rozsadzonych rurach pierwszej zimy, kiedy to zapomniał spuścić wodę przed wyjazdem z Gronia…

Ku poprawie nastroju postanowiłam ugotować mój popisowy rosół, by jutro poczęstować nim Krzysia. Z jego części przygotuję też sobie galaretki na śniadanie, to jedyna forma mięsnego posiłku jaką od pięciu lat jadam (no, czaaasem robię wyjątek, kiedy są goście lub wstępuję z Krzychem lub kimś innym do restauracji). Wczoraj nabyłam potrzebne składniki, zakrzątnęłam się więc ochoczo i wkrótce aromat gotowanych warzyw z kawałkiem kurczaka i wszelkimi niezbędnymi przyprawami wypełnił izbę. Ten rosół to najlepszy lek na wszelkie przeziębienia, gotowany kilka godzin ze starannie dobranych ingrediencji, czasem bulkający leniwie i cały dzień, więc rzadko mogę sobie pozwolić na właściwe przygotowywanie go. Dzisiaj – mogę, postanowiłam nie schodzić nigdzie, zafundowałam sobie jedynie godzinkę siekieringu przed domem. Przy kilkustopniowym mrozie, ogrzanie izby i „szparzastej” sieni wiąże się ze sporym zużyciem opału, ledwo nadążam z tym moim rąbaniem.

Około południa, zrezygnowana, chwyciłam za wtyczkę i westchnęłam do zielonego rozrabiaki:

– Nie chcesz współpracować, to muszę cię odłączyć, sorry, malutki.

Coś mnie jednak tknęło i zdecydowałam się spróbować ostatni raz. Wcisnęłam czerwony guzik i – cud! Strzałka ciśnieniomierza podskoczyła, hydrofor rozbuczał się wesoło, ale delikatniej niż wcześniej, a w rurach usłyszałam chlupot napływającej wody! Po chwili – zamilkł jak gdyby nigdy nic, a ciśnienie pozostało na prawidłowym poziomie!

– Synu, działa! Leci woda, a hydrofor pracuje normalnie! – krzyknęłam uradowana do telefonu. – Musiało zamarznąć, ale niczego nie rozsadziło!

– No popatrz, tyle lat dawaliśmy sobie radę bez wody, a tu nagle taki problem, kiedy zabrakło jej na parę godzin. – stwierdził Krzyś. – Jutro pomyślimy co z tym zrobić dalej, ale cieszę się.

Fakt, jednak szybko przywykłam do tej wygody, choć w szafce pod zlewem na wszelki wypadek zostawiłam pięć butli wody studziennej, spodziewając się, że zimą może być różnie. Byłam niemal pewna, że dziś garnek po gotowaniu rosołu będę już zmywać właśnie w tej wodzie z butli, a tu proszę: taka miła niespodzianka.

„Rosół z opium” – jak nazywa go Krzych od lektury książki pani Musierowicz – gotuje się już ponad pięć godzin, wkrótce doprawię tę aromatyczną substancję i zdejmę z pieca. Najlepszy będzie dziś wieczorem, ale i jutro z pewnością będzie smakował wybornie i zachowa swoje lecznicze właściwości. Mam nadzieję, że zapachy nie obudziły żadnego hibernującego miśka w gawrze…  

Dzień znowu się kończy, według prognoz tej nocy ma być nieco cieplej, ale i śnieżnie, oby tylko nie nasypało wyżej, niż po kostki. A propos, i Kostek przyjeżdża pojutrze, podobno zamówił sobie ten śnieg, ale tylko tyle, żeby nie przeszkodził mu w dojechaniu autem na Groń.

Trzymam go za słowo. 😉

    

2 thoughts on “„Rosół z opium” i kaprysy zielonej banieczki… ;-)

  1. Ja mysle, ze Pan Hydrofor tez poczul zapach rosolku i to go uzdrowilo!
    „Siekiering” – czyli sport indywidualny w czasach zarazy;)))
    Sport
    Indywidualny
    Energochlonny
    Kiedy
    Idziesz
    Eskimosko
    Rabac
    I
    Nosic
    Gotowe!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *