„…i góry zostawić trzeba…” i tak dalej. ;-)

„…i góry zostawić trzeba…” i tak dalej. ;-)

16 stycznia 2021

Znowu kończy się dzień, za oknem ciemność rozświetlona śniegiem przykrywającym ziemię, tyle że ta ziemia jest już płaska, a ja oglądam ją z okien mojego wynajętego mieszkanka na osiedlu.

Wczoraj od rana krzątaliśmy się z Krzychem po naszej chatce, pakując do toreb pościel, bluzy i obrusy wymagające solidnego wyprania, przygotowywaliśmy dom na kolejne mroźne dni, trzeba było zabezpieczyć cały nasz nowy system wodno – kanalizacyjny, a trwało to calutkie dwie godziny, bo przecież nie mogło obejść się bez niespodzianek!

Kiedy już nareszcie, po godzinnym podstawianiu kolejnych zbiorników, kończyliśmy opróżnianie pięćdziesięciolitrowego bojlera i woda z kranika nareszcie przestała ciec rwącym strumieniem do trzymanej przeze mnie butli, a zamieniła się w powoli spadające krople, wrzasnęłam radośnie:

– Synu, koniec wody w bojlerze! Już tylko kapie!

Krzyś, zamiast się ucieszyć, stanął w drzwiach łazienki zmartwiony wielce .

– Faaaajnie, ale jednak cały ten system trzeba trochę wiosną uprościć, od piwnicy woda nie ścieka, pewnie zamarzła w rurce.

Uuu, niedobrze, trzeba było coś wymyślić, po kwadransie kombinowania, stukania, sprawdzania rurek – w końcu wlaliśmy gorąca wodę z solą we właściwe miejsce i cała woda spłynęła nareszcie bez przeszkód. Pozostało zabezpieczyć wszystko, zalać odpływy solanką i gotowe. Zielony hydroforek zaparkował tymczasem koło pieca w kuchennym kącie, a puste filtry ustawiły się grzecznie pod ścianą w komórce. Nic nie zamarznie, nie rozsadzi.

– Ale teraz, kiedy przyjedziemy tylko na weekend, jakże damy sobie radę bez wody? – westchnął teatralnie Krzyś.

– Ha! – huknęłam. – Stopiony śnieg będziemy spożywać, jako drzewiej bywało!

Wyłączyliśmy prąd, zabraliśmy plecaki, torby i worki ze śmieciami, pozamykaliśmy dokładnie wszystko i zeszliśmy odśnieżoną wcześniej ścieżką do auta.

Kostek kręcił się przy swojej terenówce razem z psem i wyraźnie ucieszył się na nasz widok.

– Cześć, pakujecie rzeczy, czy już się zbieracie? – spytał.

– Cześć, już wyjeżdżamy. A wy? – odezwałam się, wrzucając bagaże na tylne siedzenie.

– My też zaraz zjeżdżamy na dół, fajnie, że pojedziecie pierwsi! – wyszczerzył się radośnie nasz sąsiad.

Krzyś sprawdził, dociągnął jeszcze ciaśniej łańcuchy na kołach i mogliśmy ruszać. Pokrywa śniegowa sięgała nam kolan, przy domu Mateusza dwukrotnie więcej, bo z dachu zjechała spora puchowa pierzyna, ale Krzysiowa terenówka, rozbryzgując śnieg wielkimi fontannami, przebrnęła jakoś tę przeszkodę i już spokojniej skierowała się w las poniżej.

– Hm, w odwrotną stronę to byśmy raczej mieli problem przejechać, grawitacja nas uratowała, c’nie? – stwierdziłam, na co Krzych pokiwał tylko głową.

Za zakrętem, w miejscu gdzie gęste świerki tworzą zaciszną kopułę i śniegu na ziemi jest niewiele, za to przecinających się śladów zwierząt – mnóstwo, musiałam wysiąść i przebrnąć sporą zaspę przy drodze, żeby zostawić zgromadzone obierki i resztki warzyw. Wracając do auta, z żalem spojrzałam jeszcze na nasz cichy, Siwy Groń.

– Następnym razem to chyba jednak będzie trzeba zostawić auto u pani Grażyny i wchodzić na własnych nogach. – smętnie zauważył mój syn. – A za tydzień powinny być gotowe szafki nad zlewozmywak!

– Sugerujesz, że wniesiemy je na plecach? – roześmiałam się. – Zawsze można wciągnąć na jabłuszku!

– Się zobaczy, może jednak za jakieś dwa tygodnie da się znowu wjechać?

Pogadując tak, pstrykając zdjęcia i zachwycając się widokami zimowych gór, zjechaliśmy do Baraniego Targu, tam Krzyś wprawnie zdjął łańcuchy z kół i pomknęliśmy białą szosą ku „cywilizacji”.

Oczywiście, za tydzień lub dwa pewnie przyjedziemy na krótki weekend, przecież każdej zimy przyjeżdżamy, ale te trzy ciągłe tygodnie sprawiły, że nabrałam wielkiego apetytu na dalsze spokojne, ciche życie w chatce. Co prawda, tym razem nieco brak mi było odwiedzin przyjaciół i znajomych, sytuacja jednak nie jest normalna i trzeba to przeczekać. Wkrótce znowu rozbrzmi w tych ścianach śmiech i przyjacielskie pogaduchy.  

A chatka tymczasem czeka, przysypia sobie bez naszej obecności, bez trzaskania ognia w piecu i skrzypienia otwieranych drzwi. Tylko zegar na ścianie nadal tyka pustej izbie i dwóm astenicznym złotookom mieszkającym w fałdzie futrzaka pod oknem. 😉

2 thoughts on “„…i góry zostawić trzeba…” i tak dalej. ;-)

  1. A za tydzien lub dwa chatka wyspana i wypoczeta przywita Was znowu!
    taki zamiast mi wpadl do glowy:
    Zamiast martwic sie za wczesnie – idz do sadu na czeresnie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *