Zimy odsłona nieciekawa i komoda całkiem bez szuflad… ;-)

Zimy odsłona nieciekawa i komoda całkiem bez szuflad… ;-)

7 lutego 2021

Wyjazd na Groń był już absolutnie nieodzowny: ponura, lepka chandra dopadła i mnie, i Krzysia, więc mimo pewnej niechęci z jego strony, postanowiłam pokonać wszystkie „ale” i w końcu późnym piątkowym popołudniem wjechaliśmy między zabudowania Modrzewiska, gdzie na poboczach spolegiwały gdzieniegdzie szarawe bryły starego śniegu.

Niewiele tym razem rozmawialiśmy w drodze, obydwoje pogrążeni w swoich troskach, ale perspektywa składania szafek, upakowanych jeszcze w fabryczne pudła i wciśniętych między torby w bagażniku, budziła uśmiech i tak.

Jak się spodziewaliśmy, przy Baranim Targu śnieg leżał już regularną, cienką warstwą na polach i podwórkach, a droga zaczęła przypominać zimową.

– Zakładamy łańcuchy? – spytałam, kiedy Krzyś zahamował na chwilę, żeby wrzucić napęd na cztery koła.

– Jeszcze nie, na razie nie wygląda to źle. – zdecydował mój syn po lekkim wahaniu. – Może przy ambonie się coś zmieni, to założymy.

Jednak już po niewielkim odcinku pożałowaliśmy decyzji, auto ślizgało się niemożebnie i tańczyło na boki po brejowatej drodze. Dotarliśmy z pewnym wysiłkiem do płaskiej polanki przy zwalonej ambonie i tam dopiero zatrzymaliśmy się, dalsza droga z łańcuchami na tylnych kołach przebiegała już sprawniej, choć i tak uznaliśmy, że w takich warunkach stalowe ogniwa przydadzą się także na przednie koła, trzeba będzie dokupić.

Przed domem Mateusza przejazd był najtrudniejszy: wielka czapa śniegu zjechała z dachu prosto na drogę, kilka razy musieliśmy cofać się i rozpędzać, żeby pokonać ten odcinek, ale w końcu się udało i dotarliśmy do naszego niewielkiego parkingu pod studnią. Krzyś dokonał wręcz niemożliwego, ustawiając auto tak, by zostawić jeszcze miejsce dla Kostka, gdyby ten także zamierzał przyjechać.

– Ba! Nawet w dwa auta mogą zaparkować! – sapnął z satysfakcją.

W chatce panował zimowy ziąb, minęło więc parę dobrych godzin palenia w piecu, zanim mogliśmy zmienić buty na domowe kapcie, a pościel wyciągnięta z szafek przestała mrozić palce. Wieczór minął spokojnie: porozmawialiśmy trochę, dzieląc się wydarzeniami dwóch ostatnich – niewesołych – tygodni, zjedliśmy kolację i zalegliśmy w swoich posłaniach, na noc jednak zostawiając włączony grzejnik, podłoga i ściany nadal chuchały resztkami zgromadzonego przez trzy tygodnie zimna.

Ranek sobotni przywitał nas już nieco weselej, za oknami drzewa w świeżym, bielutkim śniegu zachwycały czystością i unikalnymi wzorami koronek z gałęzi, cisza ozdobiona pojedynczymi świergotami ptaków działała kojąco, a zapach kawy przywołał jakiś niespodziewany optymizm.

– W przyszłym tygodniu pewnie już nie da się tu wjechać, może pojedziemy jednak po jabłka do Łodzi? – zaproponowałam. – Wiesz, tak mi się przypomniały czyjeś mądre słowa, że kiedy życie zaczyna przerastać, to trzeba wyjechać.

– Do Łodzi? Czemu nie, na jakąś wystawę można by pójść. Może i o Warszawę zahaczymy? – podchwycił Krzyś.

W nieco pogodniejszych nastrojach zjedliśmy pyszne śniadanie, po czym napisałam do Staszka z pytaniem czy nie ma nic przeciwko naszym odwiedzinom. Mój przyjaciel zadzwonił po chwili, zagadaliśmy się więc i nie zauważyłam nawet, kiedy Krzyś zszedł do samochodu po paczki z szafkami do składania.

– Dobra, Staszek też chce z dziesięć kilo, to w sobotę zaliczamy najpierw Łódź, a potem Wawę, już z jabłkami. A dzisiaj od czego zaczynamy? – zapytałam, rozglądając się po sieni, w której panowało teraz całkiem sympatyczne ciepło. 

– Jak wolisz! – krzyknął Krzyś z łazienki, gdzie rozrysowywał nowe miejsca zawieszenia bojlera. – Może te górne?

– Dobra, już rozpakuję. – chwyciłam nożyk i rozcięłam szybko oba pudełka z szafkami wiszącymi. Wszystkie części były na miejscu, niczego nie brakowało, więc zadowolona zaczęłam przygotowywać śrubokręty i inne potrzebne narzędzia, a po chwili dołączył do mnie Krzyś i raźno zabraliśmy się do pracy.

Na to właśnie liczyłam: drobna satysfakcja, radość z drobnej zmiany na lepsze, to niby nic wielkiego, ale może zadziałać jak ten kamyczek rzucony na wodę i powodujący na jej nieruchomej tafli coraz szersze kręgi. Taki kamyczek optymizmu był nam teraz bardzo potrzebny.

Szybko złożyliśmy obydwie szafki, Krzyś zawiesił je w ustalonych miejscach nad zlewozmywakiem, a między nimi umieściliśmy tymczasem starą półkę na płyny i inne drobiazgi.

– Dobrze jest! Kolej na komodę, teraz się zacznie zabawa z szufladka…. – zaczęłam, podchodząc z nożykiem do największej paczki, opartej o framugę drzwi. – A niech to jasny ciemny!

– Co się stało? – zaciekawiony Krzyś stanął w drzwiach izby z kubkiem parującej kawy. – Nie otwierasz jej?

– Kurde, to nie jest komoda! To jakaś obudowa piekarnika! – wyjąkałam zdumiona, wskazując niewielką nalepkę z opisem zawartości.

– Haha, jakaś stara etykietka im się przybłąkała?  

– Nie, serio, to obudowa piekarnika. – przyglądałam się paczce w osłupieniu. – Jak mogłam tego nie sprawdzić?!

– Mamo, przecież sprawdzałaś nawet wymiary wszystkiego. – przypomniał mi Krzyś, najwyraźniej nie dowierzając moim słowom.

– No właśnie nie wszystkiego, chodziło o wymiary szafek wiszących, komodzie się nie przyglądałam!

Cóż, kiedy odbieraliśmy meble z magazynu, padał gęsty śnieg i wiał przenikliwy wiatr, więc kiedy po dobrym kwadransie pracownik przywiózł nareszcie nasze cztery paczki, pobieżnie przeczytaliśmy informacje na nich, Krzyś podpisał odbiór, władowaliśmy wszystko do auta jak najszybciej i odjechaliśmy zadowoleni. W domu, przenosząc pudła do pokoju, sprawdziłam wymiary szafek i ucieszyłam się ze są dokładnie takie jak być powinny. Któż by pomyślał, że komoda nie będzie komodą, skoro wszystko robione było na zamówienie?!

Cała ta sytuacja nie zmartwiła nas teraz wcale, rozbawiła jedynie. Krzyś zadzwonił do sklepu i przedstawił sprawę, wygląda na to, że pracownik przyjmujący zamówienie po prostu wpisał niewłaściwy numer, a że na stosownym papierku nie widniały żadne nazwy mebli, a jedynie numery, nie mogliśmy podejrzewać, że zamiast komody zamówiliśmy obudowę piekarnika, którego jakoby nie zamierzamy nawet montować. 😉

Wieczorem jednak zaniepokoiliśmy się czymś zupełnie innym: mróz ściął warstwę brejowatego śniegu, a na nią obficie zaczął sypać świeży, a to już stawiało pod znakiem zapytania nasze wydostanie się z Gronia następnego dnia. W takich właśnie warunkach przydarzyło się to kiedyś Kostkowi i wspomnienie to dla niego mocno nieprzyjemne.

– Synu, zrobiliśmy co planowaliśmy, choć może nie do końca, ale myślę, że nie warto ryzykować. – stwierdziłam. – Chyba powinniśmy się zbierać i jechać dzisiaj.

– Dokładnie to samo pomyślałem. – westchnął Krzych. – Żal trochę zostawiać to miło i ciepło, ale jutro faktycznie może być różnie. Dobrze, że wody nie odpalaliśmy!

Pakowanie i sprzątanie poszło szybko i sprawnie, udało nam się nawet nie zapomnieć o zabraniu worka trocin z werandy dla Kudłatego, więc po godzinie już odśnieżyliśmy auto i ruszyliśmy na dół.

Oj, łatwo nie było. Przyznam, że w kilku miejscach, gdzie droga jest wąska i biegnie między rowem po lewej, a stromym uskokiem po prawej, samochód ślizgał się to na lewo, to na prawo ciągnięty w dół raczej „widzimisiem” grawitacji niż wskazaniami kierownicy, a ja czułam lekkie mrowienie na plecach. Na szczęście Krzych jest świetnym, opanowanym kierowcą i bezpiecznie dotarliśmy do Baraniego Targu, gdzie można było zdjąć łańcuchy i ruszyć dalej przez uśpione Modrzewisko przykryte białym puchem jak kołdrą.

Wypad rzeczywiście był wyjątkowo krótki, ale spełnił swoją terapeutyczną rolę wspaniale. 😊   

       

4 thoughts on “Zimy odsłona nieciekawa i komoda całkiem bez szuflad… ;-)

  1. Zamiast sprawdzac wciaz wymiary – wymiec wszystkie zakamary!
    Pamietaj, ze wszystko zawsze dobrze sie uklada. A jezeli nie jest dobrze, to znaczy ze sie jeszcze uklada;)

    1. O rany, ekstra. Muszę to sobie zapisać gdzieś „na widoku”, naprawdę od razu uśmiech mi powędrował na obie strony szeroko! 😀
      Dzięki. 🙂

  2. Szafki prezentują się super, fajny kuchenny kącik!!!
    Bardzo podoba mi się też ten skobel u drzwi 🙂

    1. Dzięki Zosiu. 🙂 Taki prosty i „pospolity” ten nasz kącik, ale ważne że wygodny i funkcjonalny. Jeszcze komódka po lewej i ta część sieni będzie „ogarnięta”. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *