Odtrawszczanie u progu lipca…

Odtrawszczanie u progu lipca…

2 lipca 2021

Znowu ten stół przykryty lnianym obrusem, biały ceramiczny lichtarz z żółtą świecą i drewniany serwetnik z zielonymi listkami ząbkowanej na brzegach celulozy ułożonymi ciasno jeden przy drugim.  Przy lichtarzu wesoło śmieją się dwie białe gąski – pojemniczki na sól i pieprz, moszczące się w bambusowym gniazdku wyścielonym kraciastą, biało-czerwoną serwetką, a przy laptopie obok stoi kubek z parującą aromatycznie kawą. Jestem w Chatce.

Dziś ranek zachęca jedynie do długiego spolegiwania w pościeli i słuchania koncertu roztiurlitanego ptactwa, słońce najwidoczniej tę formę rozpoczęcia dnia wybrało, bo nie widać go nigdzie, za to szare poduchy bezceremonialnie rozłożyły się na całej przestrzeni od Grzebyka do Wiśniowej, zawisłe bezszelestnie nad Siwym Groniem.

Krzyś śpi jeszcze, z pewnością zmęczony nieco po wczorajszym koszeniu podwórka i osłabiony po szczepieniu, Tośka za to chłonie przestrzeń wokół domu w trybie myśliwskim, od świtu penetrując zielone i pod zielonym.

Wczoraj przyjechaliśmy, Krzych musi dokończyć pracę której podjął się i wykonał w dziewięćdziesięciu pięciu procentach półtora miesiąca temu: drewutnię przy domu Kasi. Zostało jedynie otynkować podmurówkę i zabezpieczyć podpory z pustaków, wtedy uporczywe ulewy nie pozwalały na to, a później rzeczywistość bieżąca stwarzała coraz to nowe powody do odłożenia przyjazdu w góry na kolejny tydzień.

Zmiany nadal trwają, tymczasem opuściłam wynajmowane przez dziesięć miesięcy mieszkanko w Mikołowie i zakończyłam współpracę z kolejną szkołą. To była naprawdę dobra współpraca, liceum w którym pełny profesjonalizm łączy się z życzliwością i szacunkiem na wszystkich poziomach relacji – doprawdy rzadkość, cieszę się że dane mi było tego doświadczyć. Niestety, osoba którą zastępowałam, wraca z urlopu zdrowotnego i etatu dla mnie zwyczajnie nie ma, pożegnałam się więc z sympatycznym Gronem i wspaniałą Młodzieżą, jakie to miłe, że mogę wracać do tego trudnego przecież czasu z uśmiechem i satysfakcją.

Wczoraj nareszcie mogliśmy przyjechać tutaj. Obładowani plecakami, torbami i transporterkiem z pomiaukującą buntowniczo Tosią, wspięliśmy się od parkingu pod domem Kasi żwirowymi stopniami do furtki, za którą królowało bujne chabaziastwo po uda.

– O, rany, na ten widok już mam bąble na dłoniach. – westchnął Krzych. – Od razu bierzemy się za dwie kosy, co?

– Nie inaczej, synu. Ja biorę elektryczną, of siur!

Weszliśmy do sieni pachnącej ciągle świeżą tarcicą, wypuściłam Tośkę z transportowej niewoli i pootwierałam szeroko okna w izbie. Krzyś włączył wszelkie instalacje i otworzył drzwi na werandę… lekkim naciśnięciem klamki, po czym znieruchomiał i spojrzał na mnie z przerażeniem.

– Nie. Żartujesz, prawda? – zdołałam tylko wybąkać, rozejrzałam się uważnie po sieni.

Po chwili dopiero, ciągle zszokowani, obeszliśmy dom w poszukiwaniu ewentualnych braków i zmian w aranżacji wnętrza. Nic nie zginęło, nic się nie zmieniło. Zwykle to mój syn dokładnie zamyka tamte drzwi przed wyjazdem, wyłącza instalacje, kiedy ja pakuję resztki z lodówki i śmieci do wywiezienia, widziałam więc, że ma straszliwe wyrzuty sumienia.

– Jak to się mogło stać, jak mogliśmy nie zamknąć drzwi na klucz?! – jęczał, najwyraźniej przerażony scenami podsuwanymi mu przez rozbuchaną wyobraźnię. – Półtora miesiąca dom stał praktycznie otwarty?!

– Trudno. – ucięłam w końcu. – Dobrze, że nic się nie stało, wysokie trawska najwyraźniej zniechęciły potencjalnych zwiedzaczy. Teraz już będziemy sprawdzać trzy razy. Lepiej skocz na strych po kosy.

Kolejne dwie godziny spędziliśmy na odtrawszczaniu: Krzyś machał wprawnie kosą analogową, ja brzęczałam moją elektryczną pogromczynią chabazi. Wykosiliśmy niemal całe nasze podwórko i jakiś metr Hubertowego paska poniżej werandy, powierzchniowo to może żaden wyczyn, ale biorąc pod uwagę wysokość, gęstość i zaawansowaną splątaność chwaściorów tudzież zaduch w powietrzu – namęczyliśmy się, że hej!

– Może wystarczy na dziś? Co powiesz na wieczorną kawkę i ciastko na werandzie? – zaproponowałam w końcu, wycierając pot z czoła ręcznikiem papierowym. – A kolacja nieco później?

– Jestem na tak. – Krzych z ulgą oparł kosę o brzeg werandy. – Ale najpierw szybki prysznic.

Ręce mi się trzęsły po dwugodzinnym kurczowym ściskaniu wibrującego kosiska, więc pozornie proste przygotowanie kawy okazało się prawdziwym wyzwaniem, skończyło się jedynie na przypadkowym wysypaniu łyżeczki kawy na podłogę i do kociej miski, ale w końcu się udało i mogliśmy zasiąść na wygodnych krzesełkach turystycznych, delektując się pysznościami w płynie i nie tylko.

– Brr, ledwo słońce zaszło za góry, a ziąb ciągnie, nie? – zauważył Krzych po chwili. – A ja nie wziąłem bluzy, została w przedpokoju!

– Na wieszaku wisi ta męska, pomarańczowa, jest świeżo wyprana. I moją weź jak idziesz, pliz. – odpowiedziałam. – Na krześle leży.

Jak to współcześnie bywa, przez kolejne pół godziny zajęliśmy się każde swoimi sprawami tkwiąc z nosami w wyświetlaczach: ja „czatowałam” zawzięcie ze Staszkiem, a Krzych – ze swoimi kolegami. Od czasu do czasu tylko dzieliliśmy się uwagami.

– Mamul, pojawił się pomysł przyjazdu za dwa tygodnie. Nie masz nic przeciwko?

– Jasne, że nie mam. A Staszek pyta czy go odwiedzimy w Czechach. Co ty na to?

– Spoko, chętnie.

A dziś tymczasem poduchy nad Groniem wycisnęły trochę mokrego, podlały nasze trawy, rododendron który na szczęście odzyskał listki po nasilonej jeleniej konsumpcji, dorodne kępy irysów przy werandzie i jedną nieśmiało rozkwitłą tuż przy ziemi różę. Niestety, wygląda na to, że śliczny tamaryszek już się nie odrodzi po obgryzieniu przez Klotyldę, a krzew bzu pozostaje malutki, choć odrasta z uporem.

Ze zdumieniem odwróciłam kartki w kalendarzu z maja na lipiec, trudno uwierzyć, że tak długo nas nie było. Poczciwy zegar na ścianie też spowolniał o cały kwadrans, niedopilnowany. Zaraz wybierzemy się w dolinę po sprawunki, dzień na Groniu zapowiada się mniej pracowicie, niż zakładaliśmy jeszcze wczoraj, w deszczu tynkowanie podmurówki niekoniecznie się uda.

Cóż, odpoczynek z konieczności też może być całkiem przyjemny. 😊 

    

8 thoughts on “Odtrawszczanie u progu lipca…

  1. No cóż….. Trawa, zeżarte róże i inne kwiatki – to norma… Klotylda też musi coś jeść 🙂
    Ale otwarta Chatka mnie zmroziła. Krzyś musiał być zmęczony po tych wszystkich „majowo -chatkowych” robotach i innych przeróbkach 🙂
    Ps: Jakże miło mi się przeczytało powyższy wpis Oliwki!!! Maryl, gratuluję !!! To coś niesamowitego jak uczniowie lubią i doceniają nauczyciela !!!

    1. Zosiu, mam to szczęście, że trafiam na wspaniałą młodzież. 🙂
      Klotylda też musi jeść, jasne, ale dlaczego tylko u nas?! A trawa akurat pozostaje zignorowana… 🙁

      1. Klotylda je u Was, bo wie że jesteście dobrzy i kochani i nie macie ambony do odstrzału…
        Ps: pozdrowienia dla Kunygundy 🙂

        1. Ha, wcale tak słodko to nie wygląda, strzeliłam i ja raz Klotkę – w zadek dłonią, kiedy rzeczonym zadkiem zatarasowała mi drzwi, że nie mogłam wyjść z domu. 😉
          P.S. Kunagundy cosik nie słychać…

  2. Miło nam się z Panią pracowało! Życzymy dalszych sukcesów oraz przygód opisanych na vlogu <3! Będziemy tęsknić :(. Klasa 1d pozdrawia i życzy udanych wakacji 😀

    1. Wow, Oliwka! 😀
      Dzięki, ja też będę za Wami tęsknić i mocno trzymam za Was kciuki, miejcie wspaniałe wakacje! :-*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *