Lasy i róże, których szkoda…

Lasy i róże, których szkoda…

2 sierpnia 2021

Ależ tu cicho.

Po deszczowej nocy ptaki i inne śpiewadła dosypiają jeszcze pewnie pod parasolami z liści, a świerszcze suszą smyczki przed kolejnym koncertem. Dopiero przed chwilą na niebo wytoczyło się słońce, choć już bliżej południa, niż świtu.

Przyjechaliśmy wczoraj w celu jakże przedziwnym. Dlaczego jednak nie wzrusza mnie to tak, jak powinno? Młodzi, bardzo sympatyczni ludzie, szukający swojego domu w górach przyjechali tu z nami, żeby obejrzeć Chatkę. Tak, tak, pod kątem jej kupna.

Nasze fundusze nie pozostawiają złudzeń: nie wystarczy nam ich na zakup domu do stałego zamieszkania. A jeśli wystarczy – to na zakup takiego do generalnego remontu, na który już nas stać nie będzie. Przyznam, że sytuacja jest tak trudna, jak nigdy dotąd nie była: ceną za uwolnienie się z miejskiego Domiszcza ma być Chatka na Siwym Groniu.

Krzyś jeszcze nie stracił nadziei, jeszcze ciągle przekonuje mnie, że to możliwe, choć chwilami i on wpada w panikę i chciałby uciec od tego wszystkiego. Jednak nie pozwalam mu na to, to jest właśnie ten jedyny moment, kiedy musimy wykorzystać swoją szansę. Cena jest wysoka, bardzo wysoka, ale to nie koniec świata. Pozostanie w Domiszczu z bliżej nieokreśloną własnością i odpowiedzialnością – przeraża mnie bardziej, niż utrata Chatki.

– Krzych, to nie miejsca, a ludzie są najważniejsi. Nie wolno się teraz bać, to wielka zmiana, wyzwanie, ale damy radę! Musimy znaleźć inny, własny dom do zamieszkania i funkcjonowania na co dzień. – tłumaczę synowi.

– Ale ja się nie boję, nie wyobrażam sobie tylko opuszczania Chaty.

– Cokolwiek kupimy, gdziekolwiek zamieszkamy, nawet jeśli cudem znajdziemy niedrogi dom, wiesz dobrze, że nie będzie nas stać na kolejne remonty na Groniu. A tu przecież trzeba poprawić dach, kawałeczek stropu w izbie, wzmocnić kawałek podłogi i parę innych rzeczy. Czy nie lepiej oddać ten dom komuś, kto się zatroszczy i będzie mógł to zrobić? Jest takie powiedzenie „Nie szkoda róż, gdy las płonie”…

Nie jest to łatwe, wiadomo, nie wiem czy bardziej tłumaczę to synowi, czy sobie samej. Mam wrażenie, że znam w tym domu każdy gwóźdź, każdy sęk w desce, ale już pogodziłam się z tym, już jestem gotowa przekazać te gwoździe i sęki komuś, kto pokocha to miejsce jak ja. A że pokocha – to pewne, nie może być inaczej.

Mój były uczeń, Marcin i jego żona Kamila zadbaliby o Chatkę bez wątpienia, ale nie wiem czy się tego podejmą. Dojazd do Chatki zajmuje sporo czasu, no i kwestie finansowe nie są bez znaczenia. Tymczasem pooglądali dom, zrobiliśmy sobie też krótki spacer na Zadomie Wielkie, skąd roztacza się cudny widok na wszystkie góry dookoła, posiedzieliśmy przy kawie i herbacie, gawędząc sympatycznie.

Późnym popołudniem pomachaliśmy miłym gościom sprzed furtki na pożegnanie, odjechali swoją terenówką zaledwie pół godziny przed rozpętaniem się burzy i lunięciem ściany wody z nieba.

– Dobrze się składa, pozalepiam te przecieki w dachu. – Krzyś chwycił puszkę kleistej czarnej substancji i zniknął nad klapą strychu. – Przy małym deszczu nic nie cieknie, ale teraz na pewno się pokaże!

Rzeczywiście, ulewa zrobiła swoje, ukazała kilka miejsc które czas najwyższy było zalepić. Co więcej, trzeba było także zlikwidować kilka sporych gniazd os, po chwili więc dobiegło mnie wołanie:

– Mamul, rzuć gaśnicę, tylko szybko, zanim mnie tu zeżrą!

Pędem pobiegłam do szafki pod zlewem i podałam Krzychowi dwa pełne pojemniki trutki na osy i szerszenie.

– Uważaj, proszę. Pomóc ci?

– Nie, nie trzeba, dam radę. To tylko kilka gniazd.

Postałam chwilę na schodach, nasłuchując czy aby moja pomoc nie będzie jednak potrzebna, przygotowałam sobie trzecią butlę „gaśnicy” i klapki zamieniłam na trampki, ale mój syn szybko uporał się z owadami, a ja mogłam wrócić do krojenia ogórków na mizerię.

Do nocy potem siedzieliśmy przy stole, laptop w laptop, wyszukując – jak ostatnio codziennie – domów na sprzedaż, wymieniając się spostrzeżeniami, notując co ciekawsze oferty i przeglądając zdjęcia.

– Ale oni w ogóle nie docenili moich robionych własnoręcznie drzwi! – ni stad, ni zowąd chlipnął teatralnie Krzych.

– Kto? – zdziwiona podniosłam oczy znad klawiatury.

– No, Marcin i Kamila.

Roześmiałam się.

– Aaa, no ale chyba nie masz im tego za złe. Byli tu pierwszy raz, musieli ogarnąć całość: dom, werandę, widoki, to trochę za dużo na raz, nie sądzisz? Trzeba trochę uporządkować wrażenia, żeby zwracać uwagę na szczegóły, ale jestem pewna że każdy docenia twoje drzwi, są naprawdę świetne, ładne i solidne.

Dziś wracamy do Tosi, która została w Domiszczu, a jutro wybierzemy się na Opolszczyznę, na oglądanie kolejnego domu z kolejnym agentem.

Cóż, chyba potrzebujemy cudu. Ale i takie się przecież zdarzają.

         

3 thoughts on “Lasy i róże, których szkoda…

  1. Dawno nie zaglądałam do komputera, a tu bardziej smutno niż wesoło. Ale takiej wiadomości to się wcale nie spodziewałam. Polska to ciężki kraj do życia. Mój syn sporo lat temu wyjechał do Szkocji, bo w kraju latami do niczego by nie doszedł. Cuda się zdarzają i ja Ci takiego cudu życzę, żeby tak się ułożyło że i dom i chatka będą Wasze.

  2. Strasznie przykro mi, że musicie sprzedać Chatkę… :C
    Nie rozważacie żadnej „Zrzutki”? Albo nie wiem… wynajmu np?…

    1. Zrzutki potrzebują chore dzieci i pogorzelcy, zlinczowanoby mnie…
      A wynajem – owszem, mieliśmy taki pomysł, ale to zawsze ryzyko. Ludzkie wymagania bywają wysokie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *