Szamański pióropusz… ;-)

Szamański pióropusz… ;-)

6 listopada 2017

Uch. Po weekendzie. Radosnym, sympatycznym i dość głośnym. Niestety, drugi raz z rzędu zapomniałam wziąć aparat i tym razem żałowałam tego ogromnie. Było sporo chwil godnych uwiecznienia.

Staszek i jego synowie dotarli w piątek pod wieczór, w zaawansowanej już ciemności, przyświecając sobie jedną wspólną latarką.

W domu za to było już cieplutko, w piecu paliło się od kilku godzin. Z pewnym niepokojem patrzyłam na topniejące zapasy drewna, ale uznałam że w sobotę przyniesiemy coś z lasu i tyle. Chłopaki zaakceptowali pomysł ochoczo, więc przestałam się martwić.

Przywieźli pudło świątecznych pierniczków. Samodzielnie upieczonych i ozdobionych przepięknie. Są tam imponujące renifery, lisy z lukrowanymi kitami, anioły starsze i młodsze, serca, jabłuszka i parę prostych, geometrycznych kształtów z napisem „made with love” co wzruszyło mnie niepomiernie. 😊

Staliśmy wokół stołu, pod umieszczonym na narożnej półeczce cebrzykiem z łapami świerkowymi, nie sposób było nie zaśpiewać „Przybieżeli do Bet… do Chałupki pasterze”… Co prawda czas jeszcze nie ten, ale śpiewanie pięknie dopełniło chwilę i dostarczyło wesołości sporo.

Po dość pośpiesznej kolacji, stół zamienił się w planszę zastawioną akcesoriami  „O kurde! Country life”. No, może aparatu zapomniałam, ale dumna jestem z siebie, że zapamiętałam pokrętne zasady naszej nowatorskiej gry!

Brawo Staszek. Postanowił przyłączyć się do nas jako pełnoprawny gracz, wcześniej obserwował tylko, kręcąc w zdumieniu głową. Zasady bowiem są twarde, nie fair i zmieniają się w trakcie rozgrywki, co ogłasza rządzący despotycznie Burmistrz.

Już, już bym wygrała: miałam wszystkich zwierząt po trzy, konia po tresurze, krowy po szczepieniach i wykarmione świnie, traktor zapewniał mi trzy transakcje przed ruchem, wszystko było pięknie. Został mi jeden rzut kostkami. I wyrzuciłam wilka. Zeżarł wszystko oprócz koni i traktora. Przegrałam sromotnie. 😉

W sobotę o 7.00 rano wszyscy jeszcze smacznie spaliśmy, kiedy od strony stołu dobiegły dźwięki „Nothing else matters” Metalliki. Zerwałam się na równe nogi, chwyciłam mój telefon w jedną rękę, bluzę w drugą i wypadłam do sieni.

Pan Marek, właściciel traktorka, dzwonił powiedzieć że jednak ma wolny dzień, pogoda jest piękna, błoto nieco przymarznięte, więc bez problemu może przywieźć mi drewno z tartaku. Policzył mi dużo taniej, wiedząc o mojej lichutkiej sytuacji obecnie.

Z ulgą i radością przyjęłam tę wiadomość. Oj, kiedy już stanę na nogi finansowo, będę musiała odwdzięczyć się panu Markowi za jego pomoc i uprzejmość.

Swoją drogą, nawet taki trudny czas jednak ma dobre strony. Uczy pokory i każe doceniać to co mamy, traktować z szacunkiem każdą przywiędłą marchewkę i podsuszoną piętkę chleba.

Nawet z ciekawością przyglądam się sobie w tej sytuacji. Wchodzę do wielkiego Tesco i wiem, że mogę wydać bardzo niewiele. Nie stać mnie na żaden ciuch, ale to nie jest problem. Zdaję sobie przecież sprawę, że ludzie mają tak latami. A ja muszę przetrwać kilka miesięcy. Mam tymczasową pracę, umowę zlecenia, dochody jeszcze bardzo symboliczne, ale przy pomocy mojego syna mogę się wyżywić i opłacić rachunki. A to, że muszę zrezygnować z Magnum z migdałami? Szczęściarą jestem, że znam ten smak! Czasem dobrze zdać sobie z tego sprawę.

Sobota była naprawdę piękna, ciepła i słoneczna. Zbocza sąsiednich gór znowu rozbłysły kolorami, choć już skromniej a jednak nadal pięknie. Niebo było błękitne, gdzieniegdzie chmury dekoracyjnie pomazywały je bielą. Od czasu do czasu spoglądałam z uśmiechem na ten szamański pióropusz z paproci, które poprzedniego dnia ścięłam i rzuciłam na ognisko. Ten kucający Indianin ani chybi maczał palce w rozpędzaniu ciężkich szarych worów z deszczem, które przeciekały zwisając zewsząd jeszcze wczoraj! 😉

Traktorek pana Marka, popyrkując dziarsko, wwiózł wielki wór drewna i spory zapas wody pitnej. Zmieniliśmy więc nieco nasze plany i zamiast powędrować po górach i zbierać mokre konary w lesie, do wieczora układaliśmy zrzucone z traktora tartaczne ścinki, wyśpiewując przy tym wszystkie przeboje Bajmu przearanżowane na styl operowy. Mam nadzieję, że nikt nie zbierał grzybów w pobliskim lesie, bo jednak dość… hm… niecodziennie musiało to brzmieć…

Za kilka dni znowu wracam na Siwy Groń, bez chłopaków tym razem. Muszę przygotować chatkę do zimy.

Nie wiadomo jaka będzie, chyba pogadam w tej sprawie z Kucającym Szamanem, jeśli do piątku nie zeżre go jakiś jeleń… 😉

A aparat spakowałam już dziś.


 

 

 

7 thoughts on “Szamański pióropusz… ;-)

  1. Taką „kurację wartości” trzeba by aplikować co niektórym. No i może przy okazji można by poprawić własny budżet 🙂 Marylko – jesteś wspaniała i niezwykle silna!

  2. Na szczescie (dla Ciebie i dla nas) nalezysz do osob, ktore wiedza co jest wazne.
    tez mamy takie doswiadczenia sprzed lat, w portfelu kilka zetow a tu jeszcze 2 tygodnie do wyplaty… Na szczescie bardzo lubimy potrawy z ziemniakow: placki, kluski, kopytka i makaron z czosnkiem!
    Smacznego!

    1. Właśnie… Na szczęście można znaleźć tanie produkty, przy odrobinie wyobraźni i rozsądku da się przetrwać ciężki czas. Oby krótki. Amen.

  3. Cudne chwile…..i tak czytając myślę sobie – Marylciu, żę jestes bogata – masz zdrowie, które odzyskałaś, syna, przyjacił, chatkę – to jest najważniejsze – a pieniądze podobno szczęścia nie dają chociaż bez nich jest bardzo ciężko….lecz one raz są raz ich nie ma……i naprawdę nie są najważniejsze – wiem cos o tym – przezyliśmy takie sytuacje, że aż trudno uwierzyc, że dalismy radę. No i udanego pobytu w chatce w najbliższym czasie życzę 🙂

    1. Masz absolutną rację, Dosiu. Choć jest ciężko, wiem że i tak mam bardzo wiele. I w tym czasie widzę wyraźniej, jacy naprawdę są ludzie w moim otoczeniu. A to nauka bardzo cenna. Zresztą pewnie wiesz. Cieszę się, że daliście radę… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *