Nowalijki w dzień szarobury… ;-)

Nowalijki w dzień szarobury… ;-)

28 grudnia 2017

Dzień szarobury, ale słońce parę razy wyjrzało spomiędzy gęstych poduch. W prognozach zapowiadali opady na cały dzień, ale uznałam że jadę mimo wszystko. Krzyś przywiózł mnie do samego Modrzewiska, dzięki czemu już przed południem otwierałam drzwi Chatki, gawędząc ze Staszkiem przez telefon przyciśnięty ramieniem do policzka.

Zgodnie ze swoim zwyczajem, niebo obeszło się ze mną łaskawie, weszłam  na Groń w chwili kiedy deszcz się zagapił i nie padał.  😉

Pejzaż za oknem nie wygląda na typowo zimowy, jest raczej smętnie i wcale nie bajkowo, ale gdy tylko płomyki piecu zaczęły trzaskać wesoło na drewnianych szczapach, z przyjemnością zasiadłam z kawą na progu. I u nas, i na sąsiednich zboczach gdzieniegdzie płatami zalega śnieg, ale w kolorystyce krajobrazu dominują jednak pociemniałe zielenie jodeł i świerków, beżowoszare trawy, z akcentami rudości i amarantów w koronkach bezlistnych gałęzi.

Przyroda śpi.

– Dzień dobry, jak tam po Świętach? – Hubert pomachał do mnie z dołu, nawet nie zauważyłam, że naprawiał swój płot. – U ciebie też tak zryte wszystko?

Rozejrzałam się po podwórku.

– Nie, nawet nie. – odkrzyknęłam. – Kopczyki po nornicach widać wszędzie, ale po dzikach i jeleniach jakoś nie ma. Za płotem pewnie pełno.

– No, u mnie ostro porządziły! – Hubert zmartwiony wskazał ręką na swoje pole pod lasem. – Widzisz?

Nie widziałam, płot i krzaki mi zasłaniają. Ale się domyślam jak to wygląda, w końcu i u mnie tak bywa.

W izbie robi się coraz cieplej, ale nie chce mi się na razie sprzątać. Agata i Andrzej mają przyjechać jutro około południa, jeszcze zdążę ogarnąć chałupkę. Zresztą to wypróbowani goście, parę razy u mnie byli i nigdy na nic nie narzekali. Jako nieliczni mają nawet swój klucz, tak „na wszelki wypadek”, ale nigdy nie korzystają z niego bez mojej wiedzy, ba! Nawet bez mojej obecności. Dobrze znają specyfikę życia w górach i wiem że mogę im zaufać. Zdarza się że są u mnie latem, idą w góry a ja w dolinę, albo odwrotnie. Jeśli wracają wcześniej, nie muszą czekać na mnie przed domem.

To już ze trzy albo cztery lata mijają od ostatniej wizyty Agaty i Andrzeja. Cieszę się, że jutro się zobaczymy, aż uśmiecham się na myśl o tym. Ostatni czas jest raczej smutny, przyda mi się towarzystwo wesołych, zaufanych ludzi. Jeszcze szerzej uśmiecham się na wspomnienie rzodkiewek…

Lata temu Andrzej przyjechał do Polski po większości dzieciństwa i młodości spędzonych w egzotycznych krajach. Spotkał moją koleżankę Agatę, pokochali się i zostali parą. Przyjechali do mnie, wtedy jeszcze miałam „swoje grządki” w ogrodzonym warzywniaku Janeczki. Za to plewiłam od czasu do czasu całość, taki wygodny układ.

Była piękna pogoda, rozmawialiśmy siedząc przed domem na kamieniach, jeszcze wtedy nie było werandy. Malutki Krzyś spał w wózku nieopodal. Zaproponowałam gościom pyszne rzodkiewki prosto z ogródka.

Andrzej ucieszył się jak dziecko.

– Serio? Masz rzodkiewki? Nigdy ich nie jadłem tak prosto z ziemi, mama czasem kupowała w sklepie w Bombaju, uwielbiałem je!

Poszliśmy do ogródka Janeczki, Agata z Andrzejem zachwycali się widokami z „Zadomia”. Postawiłam wózek z Krzysiem przy ogrodzeniu, odwiązałam wysoką furtkę warzywniaka i weszliśmy między grządki. Zaczęłam wyrywać co bardziej dorodne rzodkiewki, otrzepywałam je i podawałam Andrzejowi.

Brał je ode mnie jedna po drugiej i wyglądał na zszokowanego.

– To one rosną tak pojedynczo? Każda osobno w ziemi? – wyjąkał w końcu, bezbrzeżnie zdumiony.

Teraz to ja byłam zaskoczona:

– Oczywiście, a jak się spodziewałeś?

– No, normalnie, w takich pęczkach!

Agata ryknęła śmiechem i dodała:

– Jasne, i pewnie od razu obwiązane gumką?

Oczyszczone, umyte rzodkiewki smakowały wspaniale, a my jeszcze długo parskaliśmy śmiechem na myśl o tych rosnących pęczkach. Z gumką. 🙂

Tymczasem za oknem robi się ciemno, weranda jest mokra i śliska od chlipiącej już nieustannie mżawki. Trzeba mi wyjść jeszcze po drewno i na strych zajrzeć.

Ależ się cieszę, że dzień już jest dwie minuty dłuższy.

Jest cudnie. 🙂


3 thoughts on “Nowalijki w dzień szarobury… ;-)

  1. Spotkanie z Przyjaciółmi, których sporo czasu się nie widziało to jest coś! Czeka Ciebie, czaka Was wielka radość! Radość spotkania, swobodnego dzielenia się swoim życiem, wspominaniami … . Coś czuję, że także radość wspólnego śpiewania, kolędowania.

    1. Radość na pewno. 🙂
      Ale ci ludzie, choć mili mi, akurat nie należą do znajomych śpiewających, więc o kolędowaniu nie ma mowy. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *