Noc zagadek zoologicznych. ;-)

Noc zagadek zoologicznych. ;-)

11 lipca 2018

Co za noc!

Długo graliśmy z Krzychem w „Eurobiznes”, śmiejąc się i sztucznym groszem szastając. Melka dzielnie towarzyszyła nam przy stole, okupując głównie kolana mojego syna, choć jej kocie, miodowe oczy przymykały się ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń. W końcu, jakoś godzinę po północy, podzieliliśmy się na podgrupy i każde zajęło swoje świeżo pościelone posłanko z mocnym postanowieniem okupowania go do syta, czyli późnego ranka.

Krzyś już dawno spał w swoim kącie, kiedy ja ciągle leżałam wpatrzona w smolistą czerń wokół i nasłuchiwałam dziwnych dźwięków które powstawały w ścianie lub stropie tuż nade mną. Ni to chrobotanie, ni to drapanie. I popiskiwanie jakby? Ale jakoś dziwnie, niby pierwsze skojarzenie to myszy, miałam jednak wątpliwości. Nie raz i nie dwa te szare wredoty panoszyły się po naszej chatce, zostawiając bobkowate kupska gdzie popadło. Ale brzmiały trochę inaczej. 

No, nie zasnę w takim churkocie! Chwyciłam miotłę i postukałam energicznie w ścianę i drewniane deski sufitu.

– Co się dzieje? – Krzysiek obudził się i usiadł na łóżku, marszcząc zaspane czoło. – Co to, deszcz tak bębni o dach, czy coś nam wpinkala dom?

– Nie, nie pada teraz. Właśnie nie wiem co to. – powiedziałam. – Coś tam łazi.

– Eee, to przecież myszy na strychu, kładź się mamo!

No, może faktycznie. Dawno nie było tu myszy, może to jakiś większy gatunek, czy coś, minimum dwie musiały tam być, może trzy.

Miotlane stuki jednak nic nie pomogły, narożnik u zbiegu ścian i sufitu nadal rozbrzmiewał obcym mi hałasem. I rozbrzmiewał tak do świtu, kiedy to wymyśliłam już co tu przedsięwziąć kiedy już światło dzienne się pojawi w izbie i poza nią, kończąc wreszcie tę bezsenną noc.

Wstałam cicho, narzuciłam bluzę i skarpetki, wsunęłam kapcie i wyszłam do sieni, napełniając wcześniej kocią miskę, żeby Melka zajęła się czymś pożytecznym. Rozstawiłam drabinę na brzegu werandy i wspięłam się na nią, uzbrojona w gaśnicę na osy i szerszenie.

– Już ja was wykurzę, szare gnojki! A won mi stąd! – mruczałam zawzięcie, rozpylając trochę antyosowego świństwa w szparę między belki pod dachem, skąd rozlegały się chrupania.

Złośliwie zadowolona z siebie odstawiłam drabinę, zamknęłam drzwi i wróciłam do izby. Już, już miałam położyć się z powrotem pod apetycznie odchyloną kołdrę, kiedy dziwne drapanie i popiskiwanie stopniowo zaczęło rosnąć i rozprzestrzeniać się, aż nasiliło się do granic możliwości, COŚ ewidentnie rozlazło się po całym strychu i w szparę za piecem! Drapało, chrobotało wniebogłosy, popiskiwało dziwnie i najwyraźniej chciało przegryźć się do środka!

Melka skoczyła jak oparzona, Krzysiek też w sekundzie zerwał się na równe nogi, wyskoczył ze swojego łóżka na środek izby i staliśmy tak, wpatrzeni ze zgrozą w deski stropowe nad głowami. Tych stworzeń były dziesiątki!

– O rany, co to jest?!  – wyjąkałam, pamiętając nieprzebrany wykot myszy jakieś dwadzieścia trzy lata temu. Nieeee, tylko nie to!

Wyglądaliśmy pewnie jak żywcem wyjęci z horroru Hitchcocka, Melka podskakiwała to tu, to tam na ściany, kompletnie zdezorientowana.

– Wygląda na to, że ta twoja gaśnica je z lekka wnerwiła. – zaśmiał się Krzyś.

– Jakoś nie wygląda to na myszy. – zastanawiałam się, zrezygnowana. – Może to jakieś ptaki?!

– Nieee, ptaki chyba nie… Mamo, a może to szczury?

– Przestań, tu nigdy nie było szczurów! Skąd by tak nagle… Aż tyle? – wzdrygnęłam się na samą myśl.

– No, popatrz… Wydawałoby się, że ściany są zwykle powściągliwe w rozmowie, a tu takie ciekawe zjawisko… – Krzyś najwyraźniej nieco ochłonął i cała sytuacja zaczynała go bawić.

Mnie – mniej. On wtedy był malutki, nie pamięta już tamtego koszmarnego roku, kiedy myszy były tu setki, u Janeczki przegryzały się nawet przez tynk w stropie i spadały z głośnym pacaniem na stoły i szafki. Ale wtedy był – już drugi z kolei – wyjątkowo upalny marzec, stąd taki wykot. Nasza ówczesna kotka, Walentyna, układała nam pod drzwiami całe rządki podduszonych myszy w „prezencie”, przechowywała je w moich butach, a pułapka na myszy rozstawiona za piecem trzaskała raz po raz, wynosiłam szare trupki dziesiątkami każdego dnia. Brrr. Okropne wspomnienie.

Wyszłam do sieni, zerknąć czy tam się nie rozłażą. Szybko zamknęłam za sobą drzwi, żeby nie wybiegła za mną Melka i krzyknęłam zdumiona:

– Krzychu! To nietoperze!

Po sieni latał zdezorientowany i otumaniony gacek. Obijał się o ściany i strop, przysiadał na chwilę i znowu próbował się wydostać w ślepej panice. Szybko otworzyliśmy drzwi po obu stronach sieni, mały skrzydlaty stworek z wielkimi uszami nie potrafił jednak ich dostrzec, Krzyś nakierował go więc na nie wielkim ręcznikiem. Szczęśliwie, maluch odleciał na wielką lipę. Za nim drugi i trzeci – spod dachu.

– A to narobiłaś, mama! Nietoperze są pod ochroną, nie? A ty na nie z gaśnicą, haha!

– Dobrze, że tylko trochę rozpyliłam. – powiedziałam z ulgą. Dojdą do siebie. Ale skąd u nas tyle nietoperzy?! Przecież to jakieś duże stado!

Jeden z gacków nawet wylądował pod werandą, Melka usiadła obok i wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Krzysiek zauważył to i kotkę naszą szybko wyciągnął. „Luftmysza” odleciała.

Uff, na szczęście to nie kolejna inwazja myszy. Zobaczymy, co dalej, jeszcze kilka dni temu nie było tu przecież żadnych nietoperzy. Sąsiad twierdzi, że wpadły przelotem, oby.

Tymczasem nadchodzi kolejny wieczór. Szybciutka rozgrywka w kości (tak ze trzy godzinki) i chyba padnę w poduchy. Trzeba odespać tę „noc Batmana”.  😉


5 thoughts on “Noc zagadek zoologicznych. ;-)

  1. Przez parę tygodni miałem gości u siebie w pracy, żonę i wnuczkę, czyli czasu nie miałem wcale, a teraz widzę, że mam wielkie zaległości. Kiedy ja je nadrobię?
    Rzadka raczej, a więc na swój przewrotny sposób oryginalna przygoda z nietoperzami. W zimie miałem okazję oglądać je śpiące w jakiejś jaskini w górach, w domu chyba wolałbym ich nie widzieć. Marylo, gdy przeczytałem o nich, pomyślałem zaraz, że przecież jakoś się dostały na strych. Jak?
    Zarejestrować się nadal nie mogę, bo system nie działa, ech. Mógłbym co prawda spróbować zrobić to z innej skrzynki pocztowej, ale pewnie wtedy dowiem się, że Krzysztof Gdula już ma konto. Nie wiem, co robić.

    1. Kiedy Krzysiek jest obok, zawsze o tym zapominamy, dawno już mu o tych kłopotach z rejestracją mówiłam, a potem… Oj, skleroza czy co… 🙁
      Jeśli długo nie ma Cię w domu, to miło, że zona i wnuczka mogą przyjechać, trochę Ci potowarzyszyć i jednocześnie rozerwać się. W sezonie muszą dłuuuugo na Ciebie czekać! 🙂

  2. Nie zazdraszczam takiej nocy…
    U nas czasem przemknie jakis bezszelestnie, kiedy w cieply wieczor siedzimy na tarasie. Nigdy nie slyszalam ODGLOSOW!!!
    Luftmysza mnie ubawila!

  3. Nie tylko Melka ma „rozrywki” :)))

    Biedne nietoperze – przyleciały zjeść Ci komary, a Ty je tak potraktowałaś :)))

    1. Haha, Zosiu, u nas nie ma komarów. Za to ćmy są w ilości sporej, więc pewnie się najadły. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *