Ostatnia wakacyjna wędrówka…

Ostatnia wakacyjna wędrówka…

28 sierpnia 2018

Jest cichy wieczór. Brygida wyjechała, zdążyłam już pozmywać naczynia i poskładać jej łóżko. Nie, żeby była taka leniwa i sama nie miała ochoty tego zrobić, po prostu wróciłyśmy dość późno z wędrówki i w efekcie schodziła do swojego auta niemal po ciemku. Klapki zostawiła i skarpetki.

Wczorajszy przyjazd Brydzi był dla mnie sporym zaskoczeniem, choć nie był niespodzianką godną pana Henia i spółki, zadzwoniła parę godzin wcześniej mówiąc że jest blisko i chciałaby mnie odwiedzić. Łohoho, daaawno jej nie było, ze dwadzieścia lat się nie widziałyśmy, a od jakichś piętnastu nie miałyśmy praktycznie kontaktu. Brygida wyszła za mąż i odcięła się od większości koleżanek, w tym i ode mnie. Cóż, bywa.

Ucieszyłam się jednak, kiedy zobaczyłam ją wysiadającą z samochodu. Co tam, szkoda życia na jakieś żale, przecież bardzo ją lubiłam. Zastanawiałam się, czy nadal głosi hasła życia w zgodzie z Naturą, czy jada korzonki i owoce lasu, czy jest weganką, a może frutarianką? Nie byłam przygotowana na jej odwiedziny, więc ani tofu, ani kiełków… ani kurczaka po hindusku, którego tak lubiła.

Niewiele się zmieniła: ten sam szeroki uśmiech, ten sam dołek w podbródku. No, może troszkę więcej ciała i inny odcień rudości na włosach. Ale wciąż wysportowana sylwetka i prężny, pewny krok. Moja stara, trochę zwariowana kumpela.

Uściskałyśmy się serdecznie.

– Maryl, jak się cieszę! Czyżbyś znowu zlikwidowała marchewkową miotłę? Ostatnio widziałam cię na etapie długich, kasztanowych fal, a tu króciutkie blond? Ale wyglądasz świetnie!

Aaa, fakt. Dawne czasy, kiedyś po prostu fryzjer zapewnił mnie solennie, że za jednym podejściem zafarbuje moje ciemne, grube i gęste włosy na blond. Ot, taki kaprys miałam. Wyszło z tego tyle, że po trzech godzinach opuściłam salon Mistrza Grzebienia z czupryną przypominającą wielką miotłę w kolorze jadowitej marchewki. W akademiku więc natychmiast obcięłam tę sięgająca pasa czuprynę na króciutko, a po tygodniu sama zafarbowałam na blond.

– Witaj, Brydzia. Że też ty pamiętasz tę moją miotłę. Nie, teraz nie musiałam, teraz chciałam. Ty też wyglądasz świetnie, jakżeby inaczej! Cieszę się, że przyjechałaś!

– Przepraszam, że tak nagle, ale to był odruch. Wszystko ci wytłumaczę, mam wino! – poklepała znacząco bok plecaka, wyciągając go z bagażnika.

Zostawiłyśmy samochód u pani Grażynki na podwórku i pomaszerowałyśmy na Groń. Początkowo rozmowa nie bardzo nam się kleiła, bez sensu gadałyśmy o zmianach w krajobrazie i planach budowy drogi. Dopiero w domu, siedząc na werandzie z kawą (zbożową, a jakże!) w kubku, Brygida spojrzała na mnie i zaczęła:

– Co tam, muszę ci powiedzieć. Przepraszam, że się tak odcięłam. Głupio myślałam… po prostu głupio zrobiłam. Zamknęłam się w tym małżeństwie, a teraz i tak zostałam z niczym.

– Wcale nie z niczym. – poklepałam ją lekko po przedramieniu. – No to teraz mamy sporo pogaduch do nadrobienia. To co: ognisko w nocy czy weranda?

– Weranda chyba, trochę zimno już nocami. – uśmiechnęła się Brydzia. – Nie jestem już taka nawiedzona, ale kiełbasy nadal nie jadam. Zrobię tartinki, dobra? Łososia mam i parę innych rzeczy.

– Super. Już się bałam, że wybierzesz ognisko i będę musiała tam wykosić dokładniej. Chcesz się przejść do źródełka po wodę?

Chciała i to bardzo. Poszłyśmy więc, rozmawiając, wspominając dawne lata i wspólnych znajomych, postukując plastikowymi butlami. Szłyśmy zupełnie inną drogą niż kiedyś, tamta ścieżka dawno zarosła. A i źródełko nie jest już takie samo, drzewa wpuściły korzenie w skały i woda wybija kilkoma szparami poniżej dawnej studzienki. Napełniłyśmy z trudem trzy butle, z czwartą dałyśmy sobie już spokój.

– Widzisz, dlatego od paru lat przywożę wodę pitną z dołu, tutaj już bardzo rzadko przychodzę. – wyjaśniłam zasmuconej Brygidzie.

Na pogaduchach upłynął nam cały wieczór i połowa nocy. Siedziałyśmy na werandzie, na rozkładanych krzesełkach, z nogami opatulonymi kocami. Było chłodno ale przyjemnie, powiewał lekki wiatr, ale siedziałyśmy oparte o ścianę domu, więc nic nam nie przeszkadzało. Co jakiś czas w krzakach za płotem Kasi rozlegały się trzaski łamanych gałązek, jakby coś tam buszowało, od strony orzecha popiskiwało coś i pohukiwało. Na stoliku między nami stało kilka zapalonych świeczek, lampion i kieliszki z winem, przykryte korkowymi podkładkami. Sporo jakichś karłowatych fruwadeł uparcie usiłowało poczęstować się szlachetnym trunkiem przywiezionym z winnicy we Włoszech. Pyszne było. O pierwszej uznałyśmy, że warto jednak trochę wypocząć, a rano wybrać się na wędrówkę po górach, wieczorem Brygida musiała wracać do Katowic. Pozbierałyśmy więc wszystkie graty, załadowałyśmy zmywarkę (czyt: miednicę w sieni) i poszłyśmy spać.

Nie szalałyśmy jednak z tym porannym wychodzeniem, spokojnie wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy śniadanie przygotowane przez Brydzię, jak i te wczorajsze tartinki. Późnym rankiem wyszłyśmy na łazęgę, uznając że po prostu pójdziemy w kierunku Grzebyka i po drodze się okaże dokąd dojdziemy.

Wyszedł nam dość długi spacer szczytami okolicznych gór. Pogoda była wspaniała, bez deszczu ale i bez prażącego słońca, sporo dekoracyjnych chmur na niebie towarzyszyło nam niemal całą drogę. Wędrując trochę szlakami, trochę poza szlakami, spotkałyśmy zaledwie kilka osób. W końcu zadałam to pytanie:

– Brydzia, a właściwie… dlaczego? Nie jestem święta, wiem, czy wtedy coś zrobiłam albo powiedziałam? Obraziłam cię czymś?

Wiedziała, że o to zapytam. Westchnęła tylko i potrząsnęła głową.

–  No właśnie… nie. To przez Jarka. Wiesz, on uwielbia góry, bardzo chciał cię poznać, przyjechać tutaj, a ja byłam zazdrosna i tyle! Bałam się, rozumiesz?

– Nie. Ale doceniam twoją szczerość. Chodź na piwo do schroniska.

W schronisku pod Grzebykiem jednak zostałyśmy przy wodzie i „Big Milkach” w czekoladzie. Magnum z migdałami nie mieli.

To była spokojna, sympatyczna wędrówka na pożegnanie lata. Cieszę się bardzo, że mogłam znowu porozmawiać ze starą kumpelą. Szkoda tylko, że musiało jej się coś rozsypać w życiu, żeby znowu tu przyjechała. Dziwna jest taka miłość podszyta strachem…

A mnie czas jechać na konferencję przed rokiem szkolnym w nowej pracy, w piątek jednak wracam. Na weekend zapowiedziały się dwie koleżanki które jeszcze u mnie nie były, mam nadzieję że się tu odnajdą.

Ech, no i trzeba będzie jednak dokosić ten kawałek wokół ogniska… 😉


 

3 thoughts on “Ostatnia wakacyjna wędrówka…

  1. Gdy oglądam zdjęcia na Twoim blogu, zawsze myślę, że lubisz swój dom i że podoba Ci się.
    Jest ładny i taki do polubienia.
    Pogratulować odnowienia znajomości. Ciekawe, czy miałaś tremę przed spotkaniem… Ja miałbym.
    Fryzjer miał zmienić kolor włosów na blond, a wyszła mu marchewka? Super fachowiec. A nie szkoda było Ci tak długich włosów? Plecione w warkocze są najpiękniejszą ozdobą.

    1. Oj tam, włosy to tylko włosy. 🙂
      Tremę troszkę miałam, minęło jednak duuużo czasu. No i nie wiedziałam, dlaczego tak się skończyło. Ale cieszę się, że się kontynuuje jednak. Że po przerwie dwudziestoletniej – to co. 😉
      A mój dom – tak, lubię bardzo. Podoba mi się też tu i ówdzie, choć ubożuchny. Wiele bym chciała zmienić, a jeszcze nie bardzo mnie na to stać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *