I gdzie te jelenie?

I gdzie te jelenie?

22 września 2018

Mglisty i zaskakująco chłodny dzień.  Wjechałam dziś „stodołą”, z Jarkiem i jego teściem. Wesoło gawędziliśmy po drodze, dzieląc się wrażeniami z ostatnich grzybobrań, butle pitnej wody poukładane z tyłu w ilości zacnej podskakiwały i poszturchiwały jedna drugą, kiedy wdrapywaliśmy się kamienistą ścieżką na Groń.

Zdziwiła mnie nieco cisza w lesie, rykowisko wszak w pełni, zwykle w tym czasie ryki jeleni słychać właściwie całą dobę. A dziś tak spokojnie, kiedy już Jarek i pan Andrzej odjechali i zostałam sama na werandzie, z lasu poniżej dochodził tylko szum liści i donośne pokrzykiwanie jakiegoś ptaszęcia:

– Ciech, Ciech!  

Najwyraźniej z czegoś się pierzak cieszył. 😉

Cieszę się i ja spokojnym, cichym weekendem w Chatce. W piecu ogień już miło trzaska, ciepłe powietrze w izbie pachnie suszonym igliwiem, wrzuciłam parę świerkowych gałązek przy rozpalaniu. Niebo jest opatulone szarymi chmurami, co jeszcze podkreśla żółcień liści na śliwkowych gałęziach wzdłuż płotu. No tak, zaczyna się jesień.

Nie mam nic przeciwko tej rudej damie, przeszkadza mi jedynie brak światła. Wstawanie na dźwięk budzika „ciemną nocą”, śniadanie przy zasłoniętych zasłonach i sztucznym blasku lampy, powrót z pracy po ciemku. Wkrótce tak będzie, póki co jednak porąbałam i poukładałam trochę drewna, coś ostatnio pechowe to moje gromadzenie opału na zimę. Kolejny raz nie wyszło tak jak planowałam, ale „kysz, kysz” złe myśli. Jeszcze się uda.

Akurat zmiatałam ze schodów trociny po piłowaniu dech, kiedy do drzwi po drugie stronie sieni ktoś zapukał.

– Martyna! – ucieszyłam się na widok uśmiechniętej twarzy mojej wakacyjnej uczennicy. – Wejdź, proszę.  

– Dzień dobry! – Martyna weszła do sieni i podała mi zawiniątko w foliowej torebce. Pachniało cynamonem.

– No, nie! Czy to jest to co myślę? – ucieszyłam się. – Ale… z jakiej to okazji?

– Ciasto rabarbarowe od mamy. Widziałyśmy jak pani jechała z sąsiadami, machałam, ale nie widzieliście. A ja to muszę pani powiedzieć!

– Dobrze, dobrze, chodź, zrobię ci kawę i pogadamy. Usiądziemy na werandzie?

– Pewnie, ale ja bym może herbatę? O, matko! – Martyna stuknęła głową w niskie, masywne nadproże i rozcierała strapiona okolice kucyka.

– Oj, wybacz, nie uprzedziłam cię… wszystko w porządku? – spytałam nieco zaniepokojona, wynosząc krzesło w jednej, a stolik w drugiej ręce i stawiając je na deski werandy.

– Do wesela się zagoi! – uśmiechnęła się uspokajająco. – Mam oczy, mogłam zauważyć, ale zagapiłam się na te widoki. Jak pani ma tu pięknie! Niby mieszkamy niedaleko, a jakby całkiem gdzie indziej.

W końcu zasiadłyśmy z herbatą w kubkach i ciastem, Martyna z wypiekami na twarzy zaczęła opowiadać mi o swoich sukcesach w angielskim.

– A nasza babka – normalnie w szoku! Dała mi pięć i nawet się zastanawiała czy nie sześć!

Patrzyłam na nią z uśmiechem, słuchając opowieści. Potem ja opowiedziałam trochę o mojej nowej pracy z licealistami i nie tylko. Sympatycznie minęła godzina, po której dumna maturzystka pożegnała się i raźnym krokiem pomaszerowała z powrotem do Modrzewiska.  

Tak się cieszę, że mogłam jej choć trochę pomóc.

Dopiero teraz, późnym popołudniem z rzadka i z daleka rozlegają się pojedyncze porykiwania jelenia. Dziwne. Mam nadzieję, że nie było żadnego odłowu? A jeśli to te „plastikowe żołnierzyki” wypłoszyły zwierzynę z ostoi pod domem Huberta? Ale może po prostu wieczorem się zacznie, dziki jednak zostawiają buchtowiska, obeszłam już górę wokół domów i zauważyłam je w wielu miejscach. Na szczęście nie na moim podwórku. Ale już wolę dziki niż żołnierzyki.

Z komina domu Kasi delikatnie ulatuje dym, słyszę jak Kasia rozmawia z kimś przez telefon. O, właśnie. Miałam zadzwonić do Staszka. Ale jeszcze trochę posiedzę bez słowa, pogapię się na tę doskonałość, chłonąc to krystaliczne powietrze i ciszę dookoła.

A jutro o świcie może wybiorę się na grzyby? 🙂

   

 


3 thoughts on “I gdzie te jelenie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *