Dwie „kolędy”… ;-)

Dwie „kolędy”… ;-)

W pośpiechu wczoraj wchodziłam do sklepu, a w torbie coraz głośniej rozprzestrzeniała mi się Metallica. Nieznany numer, pewnie rodzic jakiegoś ucznia, odebrałam więc stając z koszykiem między alejkami. Telefon przy uchu, przytrzymywany ramieniem, torba w jednej ręce a koszyk w drugiej. Jak ja to lubię…

– Halo, Maryla?

– Basiula! – uradowałam się niezmiernie słysząc moją zwariowaną koleżankę. – Jak miło cię słyszeć!

– Ciebie też. Sory, zmieniałam telefon, numery mi się zapodziały, dopiero Daga mi twój dała. Mam sprawę. Możesz gadać?

Rozejrzałam się po zatłoczonym nieco supermarkecie, warunki do gadania zdecydowanie były niesprzyjające.

– Nie bardz…

– To słuchaj. Chciałabym przyjechać do ciebie na te Święta. Mogę? Oczywiście wiesz o rozwodzie, ja teraz nie mogę zostać w Katowicach, pomyślałam, że przywiozę karpia, co ty na to? No i potrzebuję się oderwać, pogadać na spokojnie. To mogę? Tylko żeby tej kolędy znowu nie było, bo ostatnio to makabra. To jak? Bo jakby ten ksiądz przychodził znowu, to ja przyjadę w innym terminie! A w ogóle, co u ciebie słychać? Jedziesz na Święta w góry?

Odczekałam chwilkę, żeby się upewnić czy już mogę odpowiedzieć.

– O rany, cała Baśka, nic się nie zmieniłaś. – udało mi się w końcu parsknąć śmiechem w szybkę smartfona. – Co do Świąt, to chyba nic z tego, jedziemy z Krzysiem na Podlasie, ale przyjedź wcześniej albo później, nie ma sprawy. Karpia zawsze możemy zjeść i pogadać!

– A kiedy macie tę „kolędę”?

– Nie mamy. Odkąd nie ma Janeczki, ksiądz już nie przychodzi.

– A, to dobrze. Nigdy nie zapomnę tego waszego księdza…

Ja też. To była wyjątkowa wizyta, ale przecież nie jedyna. Chodząc z koszykiem między półkami, nadal uśmiechałam się na wspomnienie tamtych dni.

Pierwsza „kolęda” była zaskakująca i bardzo sympatyczna. Spędzaliśmy z czteroletnim wtedy Krzysiem cały grudzień na Groniu, śniegu było sporo i mróz też był całkiem zimowy. Dzień po Bożym Narodzeniu zastukali do drzwi chaty dwaj zziajani, zarumienieni z wysiłku i obsypani śniegiem chłopcy, wydychając kłęby pary z każdym wydyszanym słowem:

– Przyjmie pani księdza? Po kolędzie chodzimy.

Nie byłam przygotowana, ale szybko wpuściłam chłopaków do sieni.

– Właźcie, ogrzejcie się. A gdzie ksiądz?

– Idzie daleko z tyłu, strasznie tu macie wysoko. Ino dym z komina widać, to żeśmy przyszli.

Zakrzątnęłam się pośpiesznie, nakryłam stół białym obrusem, postawiłam mój stary, pielgrzymkowy krzyż i świece. Wyglądało nieźle. Tylko wody święconej nie mieliśmy.

– Siadajcie chłopaki, zrobię wam herbatę.

Woda jeszcze nie zdążyła zabulgotać, kiedy przed domem rozległo się głośne tupanie. Wysoki, chudy człowiek w sutannie otrzepywał śnieg z butów i ubrania. Uderzył przy tym głową w niskie nadproże, ale roześmiał się tylko z tego, rozcierając niewątpliwie rosnącego guza.

– Szczęść Boże! – otworzyłam szerzej drzwi. – Proszę wybaczyć, nie byłam przygotowana do tej wizyty, ale zapraszam serdecznie.

Ksiądz zdjął czapkę, uśmiechnął się i wszedł, rozglądając się z ciekawością po izbie.

– Szczęść Boże temu domowi! Jak tu przytulnie, po trudnym podejściu miło się wchodzi do takiego wnętrza.

– Niestety, nie mam wody święconej, to pierwszy raz tutaj…

– Ale to żaden problem. Proszę nalać zwykłej wody do talerzyka. A tu podobno macie jakąś specjalną, źródlaną? Taka to już sama w sobie jest święta! A gałązka świerku z tej choinki będzie doskonałym kropidłem, damy sobie radę!

Wizyta księdza i ministrantów trwała dość długo i była bardzo sympatyczna, po części „oficjalnej” pośpiewaliśmy nawet kolędy, ku wielkiej radości Krzysia – zagorzałego ich wielbiciela. Dopiero nawoływanie zniecierpliwionej Janeczki u progu położyło kres naszej wesołości i tej poświątecznej wizycie.

Rok później już się przygotowaliśmy, oczekując tak samo radosnych odwiedzin. Tym razem była z nami Basia, która przyjechała tuż po Świętach jako pierwszy nasz gość sylwestrowy. Woda święcona była już wcześniej przyniesiona z kościoła, gałązka świerkowa leżała obok w zastępstwie kropidła. Krzyś podśpiewywał swoje ulubione kolędy, w dzbanku pachniała aromatyczna herbata z imbirem i cynamonem, na co zmarznięci ministranci zareagowali szerokimi uśmiechami.

Ten młody ksiądz jednak nie podzielał ich radości, choć jemu niski wzrost nie zagrażał uderzeniem o nadproże, od wejścia był wielce niezadowolony i wykrzywiony. Widać było po nim duże zmęczenie, pot spływał mu obficie z czoła, podałam więc czystą chusteczkę i zaproponowałam, żeby może najpierw odpoczął chwilę i wyrównał oddech, może herbaty się napił. Basia już przygotowywała filiżanki.

– Ja tu przychodzę z wizytą duszpasterską, a nie na herbatkę! Jak panią stać na pyszne herbatki, a szkoda pani wydać parę złotych na porządne kropidło, to ja widzę, że na próżno przychodzę! – wysapał ze złością.

– Czy brak kropidła naprawdę stanowi problem? – pytałam z niedowierzaniem, kiedy nasz gość wściekle zarządził postawę klęczącą, „odbębnił” modlitwę, palcami skropił symbolicznie izbę i skierował się do wyjścia.

– A zaśpiewamy kolędę? – zaproponował nieśmiało Krzyś.

Ksiądz spojrzał na niego oburzony, po czym przewrócił oczami i stwierdził, że szkoda jego cennego czasu i takiego poświęcenia na niepoważnych ludzi!

– Gdzie ten drugi dom? Idziemy, jak mamy iść! – rzucił do towarzyszących mu chłopców.

– A panie na przyszły raz niech pamiętają, że obrus ma być biały, bez żadnych ozdób! Czy to takie trudne do zrozumienia?

Kiedy wyszedł i skierował się ku domowi Janki, prowadzony przez ministrantów wąską ścieżką w głębokim śniegu, dałabym głowę że klął pod nosem. A my wszyscy troje w milczeniu przyglądaliśmy się bielutkiemu obrusowi i malutkim, wyhaftowanym w jego rogach świeczkom z jodłowymi gałązkami.

Oj, byliśmy pod wielkim wrażeniem. Krzyś na szczęście niezbyt się tym przejął i wzruszył tylko ramionami:

– Ten ksiądz chyba nie lubi kolęd. Szkoda, że babcia Janeczka też nie ma kropidła.

Baśka i ja parsknęłyśmy śmiechem, ale długo czułyśmy niesmak po tej wizycie. Jak widać, moja koleżanka – do dziś. 😉

 

6 thoughts on “Dwie „kolędy”… ;-)

  1. Nieco podobną wizytę miałem w domu kilka lat temu.
    Marylo, tydzień temu spędziłem cały dzień w przychodni, najdłużej u psychologa, który wypytywał się mnie o najróżniejsze sprawy. Chodziło o przedłużenie mojego prawa jazdy ciężarówkami bez ograniczenia tonażu, i dlatego te procedury nie dziwią. W końcu gdy się jedzie dziewięćdziesiątką maszyną ważącą 40 ton, można narobić szkód.
    Najwyraźniej ksiądz, Twój gość, nie miał ostatnio robionych badań okresowych. Zapewne nie miał nigdy robionych, mimo że szkód może wyrządzić tyle, co wielka ciężarówka, albo i więcej.

  2. Jak sie chce do czegos przyczepic to powod sie zawsze znajdzie. A potem sie dziwia, ze ludzie z kosciola odchodza…
    Ksiadz to powolanie a nie pracownik z fabryki (nic mu nie ujmujac).

    1. O, tak.
      Spotkałam i takich z powołaniem, ale zbyt wielu jest tych bez niego.
      Mamy księdza wśród (dalekich na szczęście) krewnych i po prostu wstyd nam za niego…
      Ostentacyjna religijność nijak się ma do wiary…

  3. Tak bywa:)
    Ten drugi co był u Ciebie pochodził chyba z nizin:))) I już samo podejście pod górkę wyprowadziło go z równowagi:))) A tu kropidła nie ma….. Obrus z jodełkami….. No i dobił go Krzyś kolędami ha, ha, ha. A chłop ledwie dychał 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *