Taki piękny ranek, takie trudne tematy…

Taki piękny ranek, takie trudne tematy…

17 marca 2019

– Maryl, pamiętasz panią Dorotkę? Mówiłam ci o niej w ubiegłym roku. – Algida sposępniała, wycierając do sucha talerze i odkładające je na półkę w kuchni.

Wcześnie byłyśmy po śniadaniu, buszująca po strychu kuna zrobiła skuteczną pobudkę o piątej rano.

– Tę młodą matkę, której załatwiłaś pracę? No, pamiętam. Nie radzi sobie we Włoszech? Mąż się zbuntował?  – odpowiedziałam, składając do szafki pościel i rzucając okiem na zmartwioną minę koleżanki.

– Czy ja wiem, jak to nazwać. Radziła sobie, Giovanni śmiał się, że poza kilkoma próbami uwiedzenia go, była całkiem sprawną opiekunką…

– Uwiedzenia?! Osiemdziesięciolatka? Co ty mówisz! – zdumiałam się.

Algida pokiwała ponuro głową.

– No, niestety. Wymyśliła sobie, że taki samotny dziadek zakocha się, pofigluje i zostawi jej majątek, byłaby ustawiona do końca życia.

– Masakra. Ale, z tego co mówisz, nie dał się omotać?

– Ano, nie. To inteligentny facet, a pani Helenka, no, wiesz… poza urodą i młodością nie ma wiele do zaoferowania.

– I co, zwolnił ją? – zaciekawiłam się.

– Nie, jedynie rozbawiły go te podchody. Nawet zaproponował że znajdzie pracę jej mężowi, jeśli tylko ten nie będzie pił, żeby mogli w trójkę z dzieckiem zamieszkać we Włoszech. Pani Hela ma jednak inny plan, uznała, że zamiast się męczyć pracą, wróci do Polski i „machnie sobie jeszcze trójeczkę”. Pięć stówek na każde, do tego jakaś opieka społeczna, te sprawy. „Niech debile pracują, jak nie umią kombinować!” Cytuję. – wyjaśniła Alicja.

Westchnęłam ciężko i usiadłam na kanapie.

– Algida, nie dobijaj mnie. Jest ledwo połowa marca, a to już trzeci podobny przypadek o jakim słyszę w tym miesiącu. Ale Giovanni nie ma do ciebie żalu o nietrafioną rekomendację?

– Ależ, skąd, to tylko ja mam wyrzuty sumienia. No i Andrzej, bo to jego sąsiedzi, zresztą i jego patriotyzm mocno jest nadszarpnięty, trzeba przyznać.

Andrzej to brat Alicji, mieszka nadal w Bielsku, wczoraj przywiózł siostrę do Modrzewiska i dziś po nią przyjechał.

– I teraz, dopiero teraz dokładnie wiem, co wtedy czułaś w tej Hiszpanii. – rude loki rozbłysnęły w słońcu, kiedy Algida nagle odwróciła się do mnie, dokładając drwa do pieca. – Kilkanaście lat potrzebowałam, żeby to zrozumieć. Ale to pewnie dlatego, że mieszkam poza krajem, tam pracuję, realizuję się i dostaję uczciwe pieniądze, z zewnątrz wszystko jest jakoś bardziej optymistyczne.

Ahaaa, o to chodzi. Wtedy w ramach projektu międzynarodowego który koordynowałam, jeździłam po Europie z uczniami i bez, spotykałam wielu ludzi: nauczycieli, burmistrzów miast i innych lokalnych oficjeli. Podczas jednego z wyjazdów do hiszpańskiej Andaluzji dyskutowano i o sytuacji w Polsce, która bulwersowała resztę Europy, symbolicznie zestawiając ufundowanie podgrzewanego chodnika przed pałacem prezydenckim i zamknięcie dziecięcego szpitala onkologicznego w tym samym czasie. Powiedziałam wtedy Algidzie, że w tamtej chwili wstydziłam się za swój kraj. Wiadomo, to decyzje ówczesnych rządzących, ale i ja jestem jednym z obywateli kraju w którym ich wybrano. Co z tego że nie ja, musiała przecież wybrać większość!

To był jedyny raz kiedy się poróżniłyśmy, Alicja była oburzona moim wyznaniem. Mieszkała już wtedy kilka dobrych lat we Włoszech, bardzo tęskniła za krajem i, choć daleka była od popierania rządzącej opcji, nie rozumiała jak mogłam powiedzieć coś tak okropnego. Przez kilka kolejnych lat unikałyśmy tematów politycznych jak ognia, a potem jakoś zapomniałyśmy o tym incydencie, w końcu zawsze miałyśmy podobne poglądy.

– Miałam ci to powiedzieć wczoraj, ale w końcu nie zdążyłam. – zaśmiała się. – Bo ja wtedy…

– Dobra, było, minęło. Chodź lepiej po te łapy, bo niedługo musisz się zbierać!

Poszłyśmy po świerkowe gałęzie, ścięłyśmy kilka pięknych, rozłożonych przy samej ziemi. Po jednej od każdego z pięciu drzew rosnących na brzegu zagajnika w Zadomiu. Świeciło słońce, powietrze świergotało ptakami i pachniało wilgotną ziemią, świeżym wiatrem, kiełkującymi roślinami: po prostu wiosną.

– Cholercia, ale pachnie zimą, nie? – Algida podsumowała moje myśli brutalnie.

Brat przyjechał po nią po dziesiątej, żeby jeszcze zdążyła ogarnąć się i przebrać przed uroczystością rodzinną, pożegnałyśmy się więc przy studni i wróciłam już sama do izby. Uprzątnęłam nieco, spakowałam śmieci i piję kawę przy stoliku na werandzie. Świeże łapy świerkowe pachną mi aż tu przez otwarte okno, słońce przygrzewa coraz mocniej. Kasia krząta się przy swojej chatce, pokrzykujemy do siebie co chwilę. Niestety, niedługo i ja się zbiorę, pomaszeruję do stacji, tylko nie wiem jeszcze którędy: górami czy wsią. Cudowny dylemat.   🙂


2 thoughts on “Taki piękny ranek, takie trudne tematy…

  1. Masz racje: zebysmy tylko takie problemy mieli… Zalozyc brazowe buty czy czarne??? Kurtke czy polar? Na wakacje w gory czy nad morze? a na kolacje do pizzerii czy do Greka?
    Usmiecham!

    1. Ha, no właśnie: w góry czy nad morze – i tu, i tu może być super. Od nas zależy. Iść wsią jest tak samo przyjemnie jak górami. Tylko inaczej. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *