Trawska nie ma. Schroniska – też nie. ;-)

Trawska nie ma. Schroniska – też nie. ;-)

28 czerwca 2019

Podwórko skoszone! 😀

Całe calutkie, włącznie z poletkiem Huberta. Dobrze byłoby mieć to poletko na własność, ale nawet sam Hubert pogubił się już w ilości prawnych właścicieli tej swojej chaty i ziemi jej przynależnej. Nie ma szans na kupno kawałka, dopóki ktoś z nich nie zechce zrobić w tej kwestii porządku, a nieprędko zechce. Póki co, pozwolił mi sąsiad ten swój kawalątek razem z moim od lasu odgrodzić płotem, do płotu Kasi dołączając. On i tak z niego nie korzysta, chudziutki na parę metrów paseczek mógłby mu posłużyć jedynie jako ogródek między moim a sąsiadki podwórkiem, ale dziki go zryły doszczętnie i same na nim góry-doliny. Hubert zresztą ma ziemi sporo, ogródek wygodny przy samym domu. Koszę więc to poletko jak swoje, żeby żmij po sąsiedzku nie hodować, a Hubert nie ma nic przeciwko temu.

Ranek dziś był dość pochmurny, temperatura zdecydowanie niższa niż w ostatnie dni, więc już po ósmej zabrałam się za koszenie.

Z paroma przerwami na ochłodzenie kosy, zabrało mi to cztery godziny. Po dwunastej, zziajana, spocona i doszczętnie obsypana kawałeczkami zielonych listków i łodyżek, mogłam zrobić sobie przyjemną prawie-kąpiel w sieni, zmywając z siebie całe zmęczenie razem z rzeczoną zieleniną oraz warstwą repelentu. Swoją drogą, zadziałał świetnie, dziś już jusznice ani żadne inne paskudztwa nie przeszkadzały mi w pracy, mogłam się skupić wyłącznie na koszeniu.

Po szybkim obiedzie w formie mojej ulubionej sałatki z tuńczykiem, pozdejmowałam z werandy wysuszone pranie i wietrzące się ciuchy Krzysia, rzuciłam jeszcze raz (a potem jeszcze i jeszcze raz) dumnym okiem na wykoszone podwórko i pomaszerowałam do Modrzewiska.

Bardzo sympatycznie pogawędziłam z Martyną i jej mamą, zajadając ze smakiem obiecane ciasto z rabarbarem. Pani Agnieszka potrafi je zrobić tak, że nie jest ani za kwaśne, ani za słodkie, po prostu bajka smakowa. Było też ciasto malinowe, jakie jadłam tu w czasie mojej pierwszej wizyty w ubiegłym roku, też pyszne. Nie siedziałam jednak długo, pani Agnieszka była bardzo zmartwiona swoim chorym synkiem i oczekiwała wizyty zaprzyjaźnionego lekarza. Martyna odprowadziła mnie kawałek, niosąc na rękach rozszczekaną Fredzię i opowiadając o swoich planach.

– Chciałabym studiować dziennikarstwo, ale musiałabym wyjechać. Zostawić rodziców samych z opieką nad Bartkiem? – zawahała się i zapatrzyła na Grzebyk, widoczny na końcu drogi.

– A co oni na to? – zapytałam.

– Mówią, że sobie poradzą, że powinnam myśleć o sobie, o swojej przyszłości. Ale to nie jest takie proste.

– A myślisz o Katowicach czy innym mieście?

Martyna westchnęła ciężko.

– O Krakowie, mogłabym mieszkać u kuzynki. Myśli pani, że powinnam spróbować?

– Na pewno tak. – powiedziałam z przekonaniem. – Twoi rodzice mają dwoje dzieci i na pewno bardziej będą szczęśliwi i spełnieni jako rodzice, jeśli jedno z nich będzie żyło odważnie i z rozmachem, wykorzystując swoje zdolności i spełniając marzenia.

Mam nadzieję, że się odważy. Jeśli zostanie i znajdzie pracę tutaj – owszem, pomoże w opiece nad bratem, ale jej rodzice będą mieli wyrzuty sumienia i będzie im ciężko, że poświęciła swoje ambicje i marzenia. To mądrzy ludzie.

Tak rozmyślając, wdrapywałam się na Groń. Niebo zachmurzyło się mocno, byłam niemal pewna, że za chwilę lunie deszcz. W torbie miałam pelerynę, więc nie martwiłam się tym, co chwilę przystając i zajadając pyszne poziomki. A deszcz nie lunął. 😉

Przede mną, żywo rozmawiając, szli jacyś młodzi ludzie z plecakami: dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Nie bardzo miałam ochotę na towarzystwo, ale wchodzili tak wolno, że po chwili się z nimi zrównałam.

– Dzień dobry. – rzuciłam z uśmiechem, mijając ich.

Odpowiedzieli kolejno, po czym jeden z panów zapytał:

– Czy daleko stąd do Siwego Gronia?

– Nie, za dziesięć minut powinniście być na górze.

– A schronisko jest czynne? Bo coś tu pusto. – zauważyła rudowłosa kobieta.

Przystanęłam zaskoczona.

– Schronisko?! To jakaś pomyłka. Tu nie ma żadnego schroniska. I nie ma przecież szlaku.

– No, mówiłam, że to nie tędy? – zatrajkotała rudowłosa pani. – I co teraz?

Długowłosy brodacz spojrzał na mnie przenikliwie:

– A jest pani pewna? Mówili nam, że tu jest schronisko.

– Mówili? To znaczy… kto mówił? – dopytywałam się.

– No, na dole, takich dwóch.

– Ale oni byli narąbani, mówiłam że sobie z nas jaja robią! – zdenerwowała się druga z pań, krótkowłosa blondynka. – I co teraz?

– Jeśli chcecie, podprowadzę was do szlaku, stamtąd macie dwie godziny do schroniska. Miła droga przez góry. Albo możecie zejść na dół i niedaleko… – zaczęłam.

– Nie ma mowy o schodzeniu. – ruda pani przejęła dowodzenie. – To gdzie ten szlak?

Zaprowadziłam pechowych wędrowców do rozstaju dróg pod Wiśniową, wytłumaczyłam jak dojść stamtąd do szlaku i z uśmiechem wróciłam na swoją ścieżkę. Trochę się pomęczą, ale dotrą do schroniska przed zmrokiem. Nie mają rezerwacji, ale gotowi są spać na podłodze. Sympatyczna, choć nieco kłótliwa ekipa. 😉

Jak miło było mi wrócić do siebie i ogarnąć wzrokiem skoszone niziutko otoczenie domu! Obeszłam podwórko, podziwiając efekty swoich trzydniowych wysiłków i wyrywając wystające niesfornie pojedyncze łodyżki, pozostawione gdzieniegdzie. 

Stanęłam wreszcie na werandzie, oparta o balustradę i uśmiechałam się od lewego do prawego ucha. Tym razem już żadne chwaściory nie przeszkadzały mi w kontemplowaniu „widoku z płotkiem”. Cudnie!

Brawo ja. 🙂


 

4 thoughts on “Trawska nie ma. Schroniska – też nie. ;-)

  1. Brawo Ty 🙂
    Ps: dobrze, że młodzi turyści spotkali Ciebie, bo pewnie by błądzili. Denerwuje mnie taka nieodpowiedzialność – jak można nie znając terenu zapuszczać się bez szlaku…..
    Acha, czy zostało coś tego pysznego ciasta, czy wszystko „poszło” ????

    1. Fakt, troszkę nieogarnięci byli ci turyści. Ale sympatyczni. 😉
      Ciasta trochę zostało. W dolinie, niestety. 😉

Pozostaw odpowiedź Staszek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *