Magik Czas i kocie korytarze. :-)

Magik Czas i kocie korytarze. :-)

2 sierpnia 2019

Och, nareszcie, nareszcie! Jestem w chatce na Groniu, Tośka eksploruje przydomie, a ja mogę wypić kawę na werandzie i nacieszyć się tą górzystą, zieloną przestrzenią dookoła. Nacieszyć się mogę już spokojnie i z ulgą, bez obaw o kolejny rok pracy. Wracam do poprzedniej szkoły: niepublicznego liceum, ale na dużo lepszych warunkach. Uczciwych.

Od moich niedawnych urodzin mam wrażenie, jakby ktoś nagle otworzył tego mojego życiowego szampana i  teraz mogę skosztować go od niechcenia, bez konieczności przeciskania się przez szyjkę zatkaną korkiem, jak było do tej pory.  Coś, co wcześniej było kompletnie niezałatwialne z groteskowych wręcz powodów, teraz nagle udaje się jednym pstryknięciem, metodą „uśmiech-podanie-uśmiech-papierek-dziękuję-do widzenia!” A za drzwiami biura – oszołomienie i niedowierzanie, że się udało. Ci sami ludzie, ta sama rzeczywistość, ten sam urząd. Tyle, że trzy tygodnie później. Dziwne.

Na chatkowej werandzie dziś jest idealnie. Bez upału, bez deszczu, ot, czasem jedynie chmurzyska których nie rozśmieszają nawet łaskoczące od spodu czubki potężnych jodeł. Dalej zwisają nisko, bure i sfochowane. Za to słońce czasem odsuwa je zdecydowanie i przygląda się ziemi z pogodną twarzą. O, właśnie wyjrzało. Róże u werandy natychmiast zapłonęły różowo i koralowo, poprzycinałam już objedzone przez jelenie kwiaty, tym razem jednak sporo mi zostawiły. Łaskawcy, kurczę. 😉

Za płotem Kasi suszy się pranie, pastelowe prześcieradła lekko falują na sznurze rozwieszonym między zdziczałymi śliwami. Józek krząta się przy swoich kolorowych ulach i pokrzykuje do mnie od czasu do czasu, u Zosi od wczoraj gości gromadka młodych ludzi z takąż gromadką dziecięcej drobnicy. Też na pewno pokrzykują, ale zza domu ich nie słyszę. Słyszę za to cykanie świerszczy i podobnych im skoczków źdźblanych. Ptaki jakieś wykłócają się o swoje pierzaste sprawy, aż gałęzie lipy się trzęsą. Jastrząb przyleci, to się pogodzą i dzioba przymkną.

Wczoraj był długi dzień. Jeszcze dziś układam sobie wszystko we właściwe szufladki pamięci, wszystko działo się tak szybko i gwarnie, dopiero o wieczornej złotej godzinie miękko osiadło na trawie i ucichło. O tejże godzinie, po rozgrywkach w „Carcassonne” i wesołych pogaduchach z Mateuszem i jego rodzinką, mój syn Krzych zszedł szybkim krokiem w dolinę, taszcząc żółty wór z plastikowymi odpadkami i obrusy do prania. Chwilę obserwowałam jak zamyka furtkę, machając do mnie jeszcze na pożegnanie, a potem robi się coraz mniejszy i mniejszy, aż całkowicie zniknął za krzakiem dzikich róż pod lasem. Nie zobaczę go znowu aż do jesieni, dlaczego to zawsze tak zasmuca? Przecież jest dorosły, ma swoje sprawy i swoje życie, a ja wałkuję ten smutek na okrągło. Be sensu, przecież cieszę się, że jest samodzielny i ma odwagę realizować swoje pasje.

Wróciłam do domu czując tę absurdalną „gulkę” w gardle, trzeba było natychmiast ją wyeliminować a koty do tego nadają się świetnie. Tośka szalała wcześniej na werandzie, skacząc i goniąc jakiegoś motyla, który miał ją w głębokim poważaniu i nijak nie chciał zniżyć lotu by trafić do niecierpliwych łapek naszej łobuziary. Jednak już na werandzie czarno-białego futrzaczka nie było. W domu też nie, zawołałam więc przez okno:

– Tośka! Tosia!

Zwykle na moje wołanie przybiega jak posłuszny piesek, tym razem powietrze ani drgnęło. Kot przepadł. Nie zmartwiłam się zbytnio, po kilku dobrych godzinach oswajania się z nowym otoczeniem Tosia była zaciekawiona ale nie przestraszona, nie przejawiała najmniejszej chęci ucieczki w roślinną dziczyznę za płotem. A na podwórku, wbrew moim obawom, trawa nadal jest niska i efekty mojego ostatniego koszenia cieszą oko. No, może lekko przymknięte, ale zawsze.

Po kwadransie bezskutecznego nawoływania jednak zaczęłam się niepokoić. W dodatku miałam niejasne wrażenie, że słyszę przytłumione miauczenie, ale nijak nie potrafiłam określić skąd. Nastawiłam więc percepcję na czujność surykatki i obeszłam dom. Miauczenie zdawało się dochodzić spod podłogi w sieni, zrozumiałam więc, że Tośka wlazła w dziurę pod progiem od strony werandy. Wszystkie koty uwielbiały ten podkop, ale żaden dotąd nie miał problemu z wydostaniem się!

Po niemal godzinie, nieźle już zestresowana wizją zrywania starej, grubej podłogi w sieni , otworzyłam drzwi do komórki naprzeciwko izby. W tej komórce ma być łazienka i przejście do pokoju z kominkiem, tam też w czasie majowego weekendu Staszek z chłopakami zrobili gruntowne porządki. I z tej komórki wypadła po chwili nasza sponiewierana, zdezorientowana ale szczęśliwa Tosia, cała w pajęczynach, drzazgach i szarawym próchnie. No tak, wczoraj oglądaliśmy z Krzysiem komórkę, deski podłogi leżą tam luźno na ziemi, wiele dziur i kamieni między nimi. Nic dziwnego, że się w końcu kuny i łasice przekopały.

Zabezpieczyłam więc wejście pod progiem, muszę tam wmontować jakąś metalową kratkę żeby powietrze miało swobodny dostęp, a zwierzaki – już nie.

Czekają mnie dwa, a może i trzy tygodnie spokojnego, chatkowego życia: pracy, wędrówek i spotkań.  Ależ się cieszę. 🙂


18 thoughts on “Magik Czas i kocie korytarze. :-)

  1. Trzeba mi zapamiętać: matczyna troska i miłość to matusiowa choroba. Celne określenie. Skoro jednak i mnie się zdarza (fakt, rzadziej niż matce) czuć gulę w podobnych sytuacjach, mam tatusiową chorobę?

  2. Miło się czyta dobre wiadomości. Oglądałam program, w którym wielu nauczycieli twierdziło, ze poszuka sobie innego zajęcia. Może Twoi pracodawcy też przestraszyli się, że może im zabraknąć chętnych do pracy. Życzę dobrej pogody i miłych spotkań w tym pięknym miejscu:)

    1. Chętnych nie brakuje, pracodawcy przestraszyli się tylko widząc CV tych chętnych. 😉

      Dziękuję za życzenia, mam nadzieję, że się spełnią. Pozdrowienia! 🙂

  3. Czyli radosne wieści dziś nam przekazałeś . Bardzo nie to cieszy bo lubię jak się ludziom dobrze dzieje .
    Matusiowa choroba trochę mija jak pojawiają się wnuki i to o nie człek zaczyna się martwić .
    Ale fajnie jak dzieci samodzielne, dają sobie radę , można się tylko cieszyć .

    1. A, rzeczywiście, to jest pociecha. Kiedy pojawiają się wnuki to pewnie sporo się zmienia w tej kwestii. 🙂
      Hm, wydaje mi się, że o wnuki człowiek martwi się już inaczej. Bez takiej odpowiedzialności chyba? Ale to czysto teoretyczne w moim przypadku, wnuków jeszcze nie posiadam. 🙂

  4. Tak fajnie piszesz o spokojnym czasie na Groniu, Twoim wewnętrznym spokoju, że się z przyjemnością rozsiadłam na chatkowej werandzie. Popatruję na kwitnące róże, na Tośkę szalejącą wśród traw i staram się też przełknąć tę „gulę” (ona pojawia się za każdym razem, gdy Enigma wyjeżdża z domu).
    Staram się nie słyszeć warkotu maszyn pracujących w sąsiedztwie. Remonty po obu stronach trwają od roku, a ja mogę tylko zamknąć okna. Wolę też nie myśleć o mijającym lecie, lepiej spojrzę jeszcze raz na Twoje obejście z pięknym widokiem na góry.

    1. Ależ zapraszam, Oriolko. Krzesełko wygodne stoi obok, służę herbatą albo kawą. Posiedzimy, pogadamy… 🙂
      Ta „gulka” to się jednak przydarza większości matek, choć znam takie, których to absolutnie nie dotyczy.

      1. Dziękuję, Marylko. Byłoby mi szalenie miło, może kiedyś.
        Z różnych względów w tym roku lato spędzam w domu i chyba tak pozostanie.

        1. Lato w domu też może być miłe, szczególnie kiedy ma się pasję, jak Ty. :-)))
          Ale zaproszenie – zawsze otwarte. 🙂

  5. Tosia urokliwie wyglada na werandzie i na pewno jest
    szczęśliwa chociaż na pewno nie raz coś tam jej się
    przytrafi,ale przygody być muszą….a co,nie ma to tamto *;*
    Różyczki są śliczne i ten kolorek……Pozdrawiam Marylkę.
    Kochana DZIĘKUJĘ za miłe komentarze na Garze :))
    Uściski od babci Dany *;*

    1. Dziękuję Danusiu. 🙂
      Tosia jest mocno charakterna, nie należy do kotów zalegających na kanapie ani na kolanach. Ona MUSI szperać, węszyć, polować. Tutaj ma pole do popisu. :-)))

  6. Jeny jak siem cieszem. Masz pracę na lepszych
    warunkach możesz spokojnie wypoczywać i pisać.
    Pogoda ma być znośna dla Marylki bo jak nie to polecą gromy ,tak powiedziałam i tak ma być !!!
    Mam przed oczami mymi ten sielski widok,pranie kolorowe głosy sąsiadów, przekomarzanie się ptaszynek itd.Jak fajnie że ten szampan wreszcie będzie pity
    z przyjemnością i swobodą *;* Tosia jak pozna wszystko
    to wracać nie będzie chciała, a co do gulki w gardle
    no niestety do końca życia bedzie. Ja tak mam i to na pewno się nie zmieni to Matusiowa choroba jak moje
    dzieciska mówią jak płaczę i ciągle się o nich martwię.

    1. „Matusiowa choroba” – świetnie nazwane. :-)))
      Wiem, że to nieuniknione. I pilnuję się, żeby przypadkiem nie przesadzić, odróżnić troskę i radę od wtrącania się. Nie zawsze jest to łatwe, prawda? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *