Kawka za kawką i znowu w domu. :-)

Kawka za kawką i znowu w domu. :-)

30 sierpnia 2019

Wróciłam, jestem znowu w domu. Świerszcze przygrywają pomrukom burzy i dalekim grzmotom od czasu do czasu. W gałęziach lipy coś kiwita i świergocze, wskoczyłam gładko w gorący dzień na Groniu, jakbym w ogóle stąd nie wyjeżdżała.

W krótkim czasie sporo się wydarzyło, haha, teraz to by mi się przydał solidny odpoczynek. Ale kto powiedział, że solidny musi oznaczać długi? Solidny obiad można zjeść w pół godziny, ja postaram się do syta wypocząć w trzy dni. Jednak potrzebuję do tego samotności i ciszy. I gór.

W poniedziałek wracam do pracy, ale nie tej, której spodziewałam się jeszcze dwa tygodnie temu. Dostałam nową propozycję i z ulgą mogłam poinformować ostatnią, sprytniutką placówkę, że jednak do nich nie wrócę. Obiecali mi co prawda lepsze warunki finansowe, ale kiedy tylko się wstępnie zgodziłam, nagle moje pensum urosło do 29 godzin z choinki urwanych, a kwota brutto nagle stówkę i drugą straciła.

Telefon z ofertą  pracy od sympatycznej, acz rzeczowej pani dyrektor liceum podziałał więc jak butelka źródlanej wody na środku Gobi!
Efekt jest taki, że będę pracować mniej godzin za taką samą stawkę, czyli rzetelnie i spokojnie mogę przygotowywać się do zajęć, mając jednocześnie więcej czasu na sprawdzanie rozprawek maturalnych. Ba! Nie będzie już szalonych grup trzydziestoosobowych, jak w poprzednim liceum, a piętnastoosobowe. To niby oczywiste przy uczeniu języka obcego, gdzie każdy powinien mieć szansę się wypowiedzieć, w końcu to mówienie jest najważniejsze, ale w praktyce bywa różnie, a mnie bardzo zależy na tym, żeby moi uczniowie nie musieli wydawać pieniędzy na dodatkowe korepetycje. To w szkole, na lekcjach, powinni mieć szansę nauczenia się wszystkiego czego potrzebują do swobodnego komunikowania się po angielsku. Przy niewielkich grupach ta szansa jest zdecydowanie większa. No i sprawdzanie piętnastu prac to dla mnie jakieś trzy – cztery godziny, a nie sześć, jak miałam jeszcze niedawno. Średnio trzy razy w tygodniu przy tylu klasach. Tak, wiem, to praca niewidoczna dla kogoś z boku, ale przecież wystarczy odrobina wyobraźni i logiki, żeby ją zauważyć. Tak jak rozumie się, że aktor grający w teatrze musi wcześniej godzinami uczyć się roli na pamięć, a tancerz ćwiczyć kroki i układy. Nie pracują wyłącznie podczas występów.

Jest dobrze. Nie popadam w euforię, nie znam jeszcze młodzieży ani pozostałych nauczycieli. Ale krótka, rzeczowa konferencja i takież spotkanie z kilkoma anglistami już nastrajają optymistycznie. Cieszę się więc i mam nadzieję na naprawdę fajną pracę w tym roku, choć bez „kokosów”, wiadomo.

Dotarłam tu dziś w południe, na dole spotkałam Kasię i jej wnuka, przyjechaliśmy razem taksówką do Modrzewiska, gawędząc wesoło z panem Bronkiem. Niebo było błękitne i pogodne, ale od południa już nadciągała sina, płaska chmura.

– E tam, zdążymy. – zgodnie kiwałyśmy głowami obie z Kasią, dając burzy dobre pół godziny na rozgoszczenie się.

Kasia i Aleks podążyli przez strumyk ku najkrótszej, stromej ścieżce przez las, ja postanowiłam iść szeroką, odkrytą drogą. Cóż, słońce trochę przygrzewało, ale plecak wypełniony czystymi ręcznikami i zakupami nieco mi ciążył, wolałam dalsze,  za to łagodniejsze wejście.

Ledwo jednak się rozdzieliliśmy przy łączce nad strumykiem, znad Grzebyka rozległ się donośny grzmot.

– Oj, zmieniłam zdanie! – krzyknęłam wesoło, przeskakując wąski rów i przyłączając się do sąsiadki. – Właśnie sobie przypomniałam, że jeszcze nie piłam kawy, marzę o kawie i to jak najszybciej!

– Haha, mówiłam, że lepiej tą drogą. – zaśmiała się Kasia. – A już przy grzmotach, to wejdziemy w mig!

Mimo potężnych trzasków i paru świetlistych zygzaków w oddali, niebo nie uroniło kropelki wody, wspinaliśmy się żwawo na Groń, rozmawiając o coraz częstszych odwiedzinach lisów.

– Teraz przychodzą dwa, jeden to się szybko płoszy, ale ten mniejszy jest strasznie nachalny! – opowiadał Aleks z przejęciem. – Ja rzuciłem taki mały patyk, żeby go przegonić, a on chciał się bawić!

Kasia kręciła głową, zmartwiona:

– Ty wiesz, że one zachowują się jak psy? Naprawdę chcą łapać i gonią patyki, jakby się spodziewały czegoś do jedzenia albo zabawy. Przedziwne…

Mimo ciężaru na plecach, weszłam stromizną bez pocenia się i zbytniego wysiłku, po dwudziestu minutach już otwierałam drzwi Chatki.

Słysząc od Kasi o strasznych burzach i ulewach przed tygodniem, obeszłam dom w poszukiwaniu ewentualnych oznak przecieków, obłamań czy czego tam jeszcze. Z ulgą stwierdziłam, że wszystko jest w najlepszym porządku, mogłam więc spokojnie zrobić wytęsknioną kawę i zasiąść z nią na progu.

Nie zdążyłam nawet wypić łyczka z aromatycznie parującego kubka, kiedy zauważyłam napełnione po brzegi wielkie wiadro z deszczówką. No, tak. Zaraz znowu zacznie padać, przydałoby się opróżnić to wiadro, będzie więcej wody w zapasie. Odstawiłam więc kawę na szafkę w sieni, chwyciłam kilka pustych butli, lejek i garnuszek, i pośpieszyłam do wiadrzyska. Wielce zadowolona z siebie, zasiadłam ponownie na progu z cieplutkim jeszcze kubkiem kawy.

I tym razem nie udało mi się jej napić, „Metallicny” dzwonek telefonu w izbie głośno domagał się odebrania. Majka pytała co tam słychać, porozmawiałam z nią więc chwilkę, chłonąc jednocześnie widok gór naprzeciwko.

Tylko chwilka, a kawa jakimś cudem wystygła. Po chwili wahania obdzieliłam nią róże wzdłuż werandy jak zwykle obgryzione z liści przez jelenie, a sobie zaparzyłam nową. Tę już postanowiłam wypić bez przeszkód, ignorując myśl o konieczności umycia toalety, co zwykle robię natychmiast po przyjeździe.

Rozsiadłam się wygodnie na progu i uśmiechnęłam sama do siebie. A może bardziej – do słońca, chmur, drzew i wiatru czeszącego ich liście. Jaką jestem szczęściarą, że mam to miejsce. Cudnie było mi poimprezować w pałacyku, pobyć te kilka dni nad morzem u Krzysia, parę dni u Staszka w Warszawie, ale to tutaj pasuję najbardziej. Do tego domu, do zapachu drewna i dźwięków lasu.

Kurde. Nie o takie dźwięki chodziło, ten warkot quada już nie wchodzi w grę! Co za matoł wjeżdża znowu w ostoję?! Ręce opadają.

Jutro przywożą mi drewno na opał, dobrze więc że deszcz się wstrzymuje. Burza też ucichła, może już nie wróci. Dobra, czas umyć toaletę, omieść ją z ewentualnych pajęczyn.

Faaajnie być w domu. 🙂


 

 

4 thoughts on “Kawka za kawką i znowu w domu. :-)

  1. Fajnie być w domu , ta Twoja prostota Marylka
    jest najcenniejsza i najpiękniejsza. Dobrze mieć taki
    azyl w górach , życzę Ci kochana jak najmniej obgryzionych róż,hałasu quada, burz i innych kłopotów. Cieszę się że masz dobrą pracę i jesteś zadowolona na razie, jak dalej będzie to czas pokaże. Odpoczywaj i nabieraj sił do nowej pracy. Szkoda że nie spotkałam Cię nigdy na swojej drodze miałam problem z nauką języków obcych oprócz języka rosyjskiego z którego miałam 5 natomiast niemiecki,angielski to tragedia….jednym słowem Głąb !!!
    Ty może byś mnie nauczyła. Trzymaj się cieplutko i niech moc będzie z Tobą 😉

    1. Dzięki Danusiu. 🙂
      Ale… Jaki „Głąb”?! Skoro miałaś 5 z rosyjskiego?
      Czy bym Cię nauczyła – nie mam pojęcia, ale jestem pewna, że gdybyś miała realną potrzebę to byś się nauczyła przy pomocy kogokolwiek. Jeśli człowiek potrzebuje – wszystkiego się nauczy, ale przecież nie potrzebujemy wszystkiego.
      Ja kiedyś bardzo lubiłam fizykę i chemię, miałam dobre oceny. I co z tego? Już niewiele pamiętam.
      Nie znam Cię osobiście, ale widzę na zdjęciach jak spędzasz czas z wnuczkami, podziwiam Twoją kreatywność i fantazję. Oooo, na pewno nie jesteś Głąbem! 😀
      Pozdrawiam Cię serdecznie, Danusiu. :-)))

  2. Jak mi się dobrze to czytało….
    Najwięcej spodobał mi się powrót w góry – „Do tego domu, do zapachu drewna i dźwięków lasu.”
    Ps: trzymam kciuki za „nową pracę” !!!

    1. Dzięki, Zosiu. 🙂
      Wahałam się czy w ogóle dodawać ten wpis, niczego ciekawego tu nie ma. Ale uznałam, że w życiu tak przecież bywa: spokojnie i zwyczajnie. 🙂

Pozostaw odpowiedź anad60 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *