Po rykowisku, a grzybów nadal w bród. :-)

Po rykowisku, a grzybów nadal w bród. :-)

28 września 2019

Za oknami już prawie ciemno, zasunęłam pomarańczowe zasłony, z żalem żegnając piękny, jesienny dzień. Jakiś pojedynczy jeleń porykuje jeszcze z lasu pod domem Huberta, sójka – pięknota wtóruje mu skrzekliwie, latając uparcie między orzechem a lipą i co jakiś czas przysiadając na słupku werandy, jakby chciała mnie wziąć na świadka czyjegoś karygodnego zachowania. Myślałam, że uda mi się zrobić jej choć jedno zdjęcie, ale gdzie tam. Spyla, ledwo wysunę obiektyw.

Napracowałam się dziś trochę, naodpoczywałam tyleż i nagadałam przez telefon, tego ostatniego zresztą więcej było niż trochę. Miły dzień. 🙂

Przyjechałam przed południem, kiedy niebo stopniowo opatulało się poduchami i ciemniało, postanowiłam więc wchodzić najkrótszą drogą przez las. Plecy me własne nieco pomstowały na mnie, dźwigały całkiem spory ciężar i nie w smak była im ta stromizna, ale jakoś doszliśmy do porozumienia i szybko przestałam czuć ich sprzeciw, widząc przy ścieżce coraz to nowe, miłe oczom obrazki z kolorowymi kapeluszami w roli głównej. Najpierw całe stadko pięknych, złotych maślaków, potem kurki i kilka kozaków, rydze, prawdziwek i imponującej wielkości kania. Uznałam, że nikt przede mną dziś nie szedł, pewnie będę sama na Groniu. A tu – proszę: wręcz przeciwnie. W większości domów są właściciele, nawet z gośćmi. Przed „malowaną chatą” stał pokaźny kosz pełen grzybów, u Zosi na schodach też wystawione efekty spaceru po lesie. Szkoda, gdybym wiedziała, zebrałabym napotkane okazy i podarowała komuś z sąsiadów, trofea mojego grzybowego safari mieszczą się na karcie pamięci aparatu. Kompletnie nie chciało mi się zbierać, zostawiłam to sobie na jutro, kiedy będę wyjeżdżać.

Miałam i tak sporo pracy przy porządkowaniu podwórka. Przy ognisku ziemia jest zryta, musiały się i dziki przedostać, bo pozostawiony na środku paleniska spróchniały pieniek był doszczętnie rozłupany i porozrzucany dookoła. Najwyraźniej było w nim sporo robali, w których dziki gustują. Róże z kolei – znowu poobgryzane są przez jelenie, przycięłam więc poszarpane gałązki, biadoląc i jojcząc nad nową, tej wiosny posadzoną różą, która jeszcze tydzień temu miała sporo pąków. Wszystkie zeżarte, nie zdążyłam się nawet przekonać, jakiego koloru chowały kwiaty. A tak cieszyłam się, że już rozkwitną, myślałam ze dziś je zobaczę.

Ech, co zrobić. Jeden krzaczek róż mi jelenie zostawiły nietknięty, ciekawe czym tak im podpadł. Smak nie taki, czy może kolor? 😉

Zebrałam nareszcie resztki trocin z kamiennego podestu przy studni, gdzie zalegał cały wysypany przez Marka ładunek z tartaku. Miałam to zrobić tydzień temu, ale przyjechałam na krótko i z Gabrysią, która potrzebowała, jak to nazwała „gronioterapii”. Sobotni wieczór, większość nocy i niedzielne przedpołudnie przegadałyśmy o jej sprawach wcale nie wesołych i nie miałam sumienia zaganiać jej do pracy jakiejkolwiek. Zresztą, i mnie przydała się taka zaduma przy nocnym ognisku.

Dziś więc nadrobiłam wszystko, a kiedy skończyłam porządki na zewnątrz, z przyjemnością mogłam rozpalić ogień w piecu i zasiąść z lekkim obiadem na werandzie. Cudnie, choć pochmurno i mżawo.

Dopiero późnym popołudniem chmury się przerzedziły i wybielały, słońce łypnęło okiem raz i drugi po czym zagościło nad lasem już na dobre. Czupryny drzew jeszcze puchate i zielone, tylko niektóre już wyglądają jak kolorowe bukiety na kijach, wetknięte w leśny gąszcz.

Lis przebiegł mi przez podwórko wzdłuż werandy i zniknął za domem jak ruda błyskawica, ledwo go zauważyłam, tak pędził. Tym razem nie przejawiał ochoty na głaskanie ani poczęstunek, wyglądał raczej jakby przed czymś uciekał, uważnie więc przyjrzałam się wysokim trawom za płotem przy orzechu, skąd rude przybiegło. Aż podskoczyłam, kiedy nagle pokaźny, zielony kształt wynurzył się z chaszczy.

– O, dzień dobry, pani Marylo! – idący do swojej pasieki Józek w zielonej bluzie wyprostował się i z dumą pokazał mi ciężki koszyk. – Niezły wysyp, aż mi się nie mieszczą i wypadają!

– Dzień dobry, dzień dobry! – zawołałam. – Szedł pan od potoku? Teraz? Bo tam widziałam sporo grzybków.

– Ano, tędy. Pani zobaczy, jaką kanię mam! Ale, że też pani jest, a w lesie tyle grzybów zostało? To cud jakiś! Myślałem, że na górze nikogo nie ma.

– Ja też tak myślałam. – zaśmiałam się. – Wszyscy musieli od Wiśniowej chodzić, a ja nastroju dziś nie miałam na zbieranie. Dobrze, że pan je znalazł.

Pogawędziłam chwilę z sąsiadem i wróciłam na werandę. Cicho, ciepło, słonecznie. Miło było posiedzieć tak nieruchomo na płóciennym siedzisku krzesła, z głową opartą o ścianę domu i popatrzeć na rudziejące lekko góry. Hm, czyli to Józek przestraszył lisa, dziwne. Czyżby rudy przypomniał sobie, że jest z lasu?

A teraz już zrobiło się zupełnie ciemno, od lasu jeszcze słychać niedobitki rykowiska, a w izbie trzaskanie ognia w piecu i spokojne tykanie zegara. Zaraz zjem kolację i pogadam jeszcze z Kaliną przez telefon. Planowałyśmy wybrać się na „Łossod”, czyli spęd owiec, ale okazało się że to już dziś, tym razem nie zdążyłam. Szkoda, to zawsze świetna impreza.

Jak dobrze, że mam ten dom. Jak dobrze, że nie sprzedałam go wtedy, w ciężkiej chwili. Pewnie, że można zawsze wyjechać do pensjonatu albo wynająć pokój w hotelu z widokiem na Alpy czy Tatry, usiąść na tarasie zachwycając się i piękniejszymi widokami gór, ale czy to uczucie zachwytu i spokoju jest wtedy większe? Bardziej wartościowe, pełniejsze? Nie sądzę.

Czas na kolację, w sieni jest dziś na tyle chłodno, że nie musiałam włączać lodówki, mam nadzieję że żadna mysza nie poczęstowała się moim wędzonym pstrągiem. Do tego rukola i oliwki, mniam, mniam. Pyszne zakończenie tego dnia. 🙂


 

 

6 thoughts on “Po rykowisku, a grzybów nadal w bród. :-)

  1. Musiało być naprawdę ciężko, jak myślałaś o sprzedaży Chatki….. Całe szczęście, że do tego nie doszło i dalej masz swój azyl.
    A co do „Łossodu”, to ja też się wybierałam na Boraczą i jakoś nic z tego nie wyszło:(
    Cieszy mnie za to zachowanie liska – może w końcu zmądrzał i poszedł do lasu:)

  2. Marylka…..jak dobrze że masz ten dom i jak dobrze
    że go nie sprzedałaś *;* 😉 Co byśmy teraz czytali
    i Twoim pisaniem się zachwycali. Toż to balsam na niejedno
    skołotane i zranione serce,czytając człowiek zapomina
    o smutkach i przenosi się w inny klimat. Dziękuję Ci że
    jesteś ……Uściski serdeczne dla Ciebie :))

    1. Oj, ja też się cieszę Danusiu. A było przecież tak blisko do sprzedaży… ☺ Serdecznie Cię pozdrawiam. 😊

  3. Maryl, jeśli jeszcze raz napiszesz o stadach prawdziwków, to nie wiem, czy wytrzymam w domu :-)))
    No nie ma sprawiedliwości, tutaj wczoraj spadł, pierwszy od niepamiętnych czasów, deszcz i raczej nie poprawi sytuacji w lasach. Raczej susz na rozpałkę tam prędzej znajdę niż jakiekolwiek grzybki. A na dodatek nie mogę spotkać żadnego łośka. Gdzie są te setki, które naliczyli leśnicy w trakcie dorocznego buchalteryjnego sprawdzania Doliny Biebrzy, nie wiem. Podejrzewam, że tylko na papierze.
    O właśnie, leśnicy. Przypomniałam sobie, że stosują czasem na sadzonki drzew specjalny preparat zniechęcający zwierzęta do ogryzania. Może ten specyfik nadaje się do ochrony Twoich różyczek?

    1. Preparat? Nnnooo, byłoby nieźle, muszę zapytać moich znajomych leśników, dzięki za pomysł. 🙂
      Tak, słyszałam już od krewnych, że u Was fatalnie w kwestii grzybowej. Trzymam kciuki, niech ten wysyp dojdzie i do Was. Poprzedzony deszczem. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *