Uciekająca rolka i powrót intruzów…

Uciekająca rolka i powrót intruzów…

13 października 2019

Co za ranek.

Okazuje się, nie pierwszy raz zresztą, że i tutaj można być zbyt blisko ludzi. Irytujących ludzi, dodam. Ale właśnie dowiedziałam się też, dlaczego papier toaletowy sprzedaje się w rolkach: żeby było śmieszniej. 😉

Wstałam wypoczęta i zadowolona, kiedy zegarek wskazywał siódmą. Jeszcze bez słońca, ale już przy świetle dnia zasiadłam na progu z kawą, otulając się polarem. Cicho, rześko, przyjemnie. Przypomniałam sobie o „sprzężeniu zwrotnym” i uśmiechnęłam się, jak to robię od dobrych kilku miesięcy. Taki eksperyment na potrzeby prywatne. Żeby przekonać mózg do poczucia zadowolenia i rzeczywistość do dopasowania się. Co, oczywiście, może wyglądać jak potwierdzenie teorii pana Bentalla, który uznał pogodę ducha za „zakłócenie funkcjonowania systemu nerwowego” – czy jakoś tak.

Nic to, ważne że działa. Bo przecież jest zdecydowanie lepiej, rzeczywistość się dostosowuje!

Po miłym powitaniu słońca i niewielkim śniadaniu zaczęłam krzątać się po domu i zapisywać co trzeba przywieźć następnym razem. O, przy okazji przypomniałam sobie że trzeba założyć nowy papier w toalecie, chwyciłam więc miękką, pachnącą rumiankiem rolkę i wyszłam przed dom „od rufy”. Stojąc przed ubikacją, odklejałam delikatnie od reszty końcowy kawałek papieru, kiedy spod dzikiej śliwy nagle ruszyła z tętentem wielka, płowa łania. Nie zauważyłam jej wychodząc, musiała chwilę stać bez ruchu te trzy metry ode mnie i dopiero teraz zrobiła paniczny zryw, skręciła przy orzechu i popędziła do lasu.

Aż podskoczyłam, a rolka papieru wypadła mi z ręki, odbiła się od kamienia i żwawo potoczyła drewnianym podestem, zeskoczyła ze schodków na jego końcu i ruszyła w podskokach kamienną ścieżką w kierunku ogrodzenia. Oczywiście, dokonała przy tym błyskawicznego rozwoju osobistego. Mocno ubawiona, podążyłam ku furtce, zbierając po drodze dziesięciometrową celulozową szarfę, rozłożoną jak dywan na powitanie królewskich gości. Większość papieru i tak nie nadawała się już do niczego poza spaleniem w piecu, nie bawiłam się więc w zwijanie.

Z niemałym zdziwieniem zauważyłam zbliżającą się ku mojej furtce parę, przyglądającą mi się uważnie i pogrążoną w cichej rozmowie.

– Dzień dobry. – odezwała się pani, na oko w moim wieku, odziana w różową bluzkę i narzucony na ramiona biały puszysty sweterek. – My w sprawie kupna domu.

A to dopiero! Oczy chyba urosły mi do rozmiarów pięciozłotówek, a pan w zielonej czapce z daszkiem dodał:

– Właściwie nie domu, a tej ruiny która po nim została!

Zaniemówiłam na sekundę, zastanawiając się w jaką część ciała powinnam się uszczypnąć, żeby sprawdzić czy nie śnię.

– Słucham?! – wypaliłam w końcu zdumiona. – To pomyłka, ja nie sprzedaję domu.

– Ale nam chodzi o ten na dole. – wyjaśniła kobieta, podczas gdy jej towarzysz bezskutecznie usiłował otworzyć furtkę. Przyglądałam się temu ze złośliwą satysfakcją, przypomniałam sobie że kiedyś już ich spotkałam, zastałam ich siedzących w najlepsze na mojej werandzie. Pouczali mnie wtedy z wyższością, że powinnam przed domem postawić ławeczkę dla zmęczonych turystów.

– Powtarzam, to pomyłka. Nie mam żadnego domu do sprzedania, ktoś państwa źle poinformował. – odpowiedziałam chłodno, choć z lekką ulgą.

Ciekawa byłam, skąd w ogóle taki kuriozalny pomysł, ale nie miałam najmniejszej ochoty na kontynuowanie rozmowy. Odwróciłam się i ruszyłam do domu, ściskając mocniej cały zwój papieru, uważając żeby nie wypadł mi znowu. I tak musiałam wyglądać niepoważnie.

Na podeście odwróciłam się lekko i zerknęłam jeszcze w stronę furtki. Nadal przy niej stali, coś szepcząc, a pan najwyraźniej uparł się, żeby wejść na moje podwórko.

– Przepraszam, czy mają państwo do mnie jeszcze jakąś sprawę? Bo jestem trochę zajęta. – krzyknęłam, z trudem hamując złość.

– A czyja jest ta chata na dole? My byśmy to kupili.

– Proszę pytać sąsiadów tam, na dole. Na pewno nie tutaj. I proszę przestać mocować się z tą furtką, to prywatna posesja, do widzenia.

Weszłam do domu i z impetem zamknęłam za sobą drzwi. Dziewiąta piętnaście, niedziela: ci to mają wyczucie, nie ma co! Cały mój dobry humor i pogoda ducha prysnęły jak przydeptany wafelek po lodach. Przypomniałam sobie całą tę sytuację sprzed około dwóch lat, kiedy to nieproszeni rozgościli się na werandzie i wspominali „lepsze czasy” przed swoim wyjazdem z Polski do USA, kiedy „górale nie zamykali domów przed wędrowcami”. Sami, rzecz jasna, nie wyobrażają sobie zostawiać otwarte drzwi, to tylko w górach wszystko powinno być wspólne.

Oj, miałam nadzieję, że nigdy więcej ich nie zobaczę. Wyjątkowo denerwująca para.

Pan Bentall byłby teraz ze mnie dumny: reakcja prawidłowa, może mój układ nerwowy nie jest tak totalnie zakłócony? 😉

Spoglądając od czasu do czasu za okna i sprawdzając czy jaskrawe sylwetki gdzieś tam się jeszcze nie plączą, spakowałam plecak i przygotowałam się do drogi. Na koniec zostawiłam sobie jeszcze herbatę na werandzie, nie chciałam wyjeżdżać w złości, ale nie do końca mi się udało odzyskać ten spokojny uśmiech, choć widok za płotem był tak samo piękny, teraz jeszcze bardziej słoneczny i kolorowy. Liście rozmigotane złotem, dzięcioł na starej jabłonce Kasi, słońce gładzące ciepłem po twarzy.

Trzeba było jednak wyłączyć prąd, pozamykać dokładnie (czy ja dziś naprawdę robiłam to z zaciętością?!) okna i drzwi, sprawdzić furtki i ruszać w drogę. Na szczęście, w miarę wędrówki przez cudny, jesienny las pełen „oczocieszek” w postaci grzybów, głogów i spóźnionych malin, złość ulatniała się ze mnie powoli.

Domyślam się, że ci ludzie chcą kupić szczątki domu po Staśku, niby nie jest to zbyt blisko, ale mając takich sąsiadów musiałabym chyba wybudować – zamiast płotu – zeribę. Oby nikt im tego nie sprzedał. Chyba nigdy dotąd nie byłam tak niegrzeczna dla „gości”, ale z tym akurat nie jest mi źle. Wcześniej, mimo ich wtargnięcia, zaoferowałam nawet kawę, ale odmówili, urażeni brakiem dostepu do domu podczas mojej nieobecności. Teraz – należał im się zimny prysznic.

A jesień dzisiaj jest wyjątkowo piękna, to może ostatni taki weekend w tym roku. Trochę popsuty, ale przecież nie całkiem.  🙂


5 thoughts on “Uciekająca rolka i powrót intruzów…

  1. haha…starannie unikam ludzi…wole towarzystwo zwierzat…nawet jak siedza u mnie na porczu, sa zawsze mile widziane 🙂

  2. I dzięki Tobie poniedziałek powitałam z usmiechem.Jacy goście taki dywan powitalny hi,hihi.Dziękujac za cudowne pisanie (,sercocieszki) pozdrawiam i jade do pracy buuu.Mirka

    1. Haha, doskonale to ujęłaś: „jacy goście, taki dywan”! Nawet tego nie skojarzyłam, cała w złych emocjach. 😀

  3. Ciekawy weekend miałaś. Nieproszeni goście ciśnienie
    podnieśli….skąd takie potworki się biorą ?
    Pozdrawiam 🙂

    1. Ha, skąd się biorą potworki? Jak wszyscy – z brzuszka mamusi. Hucpa ma się świetnie i to jest przerażające. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *