Kostek bliżej natury, a śmieci – daleko. :-)

Kostek bliżej natury, a śmieci – daleko. :-)

9 listopada 2019

Noc. Właściwie powinnam już się położyć i wyspać na zapas, jutro przyjeżdża Kalina na pogaduchy, może uda się przy ognisku, co od dawna planujemy.

Prognozy na dziś wyglądały dość nieciekawie, pionowe paski symbolizujące opady deszczu ciągnęły się na sporą wysokość przez większą część dnia, przygotowana więc byłam na mokre wchodzenie pod górkę. Nic z tego jednak, rzeczywistość okazała się nad wyraz łaskawa i mogłam spokojnie zatrzymywać się po drodze, zachwycać sinymi chmurami wokół błękitnych plam nieba i osłonecznionymi gdzieniegdzie drzewami, pstrykać zdjęcia do woli.

Cudne, cudne widoki!

Zapomniałam nawet o grzechotaniu, w nieruchomej ciszy odgłos moich kroków i tak roznosił się daleko, zwierzaki musiały słyszeć mnie wystarczająco wcześnie, nie spotkałam żadnego. Przyznam się zresztą, że nie rozglądałam się za nimi wcale, zajęta robieniem zdjęć co piękniejszym kawałkom górzystego pejzażu dookoła.

Wchodząc już na szczyt, usłyszałam dziwny, metaliczny dźwięk: jakby uderzanie młotkiem w rurę. Zaintrygowana, nadstawiłam uszu i oczu w poszukiwaniu źródła tego dziwnego odgłosu. Dobiegał gdzieś z okolicy Malowanej Chaty, domu Kostka, Huberta albo Kasi. Kiedy minęłam chatę Mateusza, stukanie było już bardzo wyraźne i wskazywało raczej na włości Kostka. Ucieszyłam się, widząc zaparkowaną tam znajomą terenówkę, a jeszcze bardziej – brak worków ze śmieciami u płotu Kasi. Ostatnio zaryzykowałam i dołożyłam moje kilka worów z plastikami i pozostałe po uporządkowaniu komórki stare miski, dziurawe garnki i inne wiadra.

Obawiałam się trochę zostawiać to wszystko, pani z firmy „odpadowej” nie była pewna czy uda im się dojechać w tym tygodniu i odebrać rzeczone śmieci. Wspomnienie o rozgrzebanych i porozrzucanych przez zwierzęta odpadkach zupełnie pani nie wzruszyła, kiedy jednak powiedziałam jej o dołożonej „w bonusie” reklamówce z dziewięćdziesięcioma nieużywanymi workami na szkło, które pozbierałam latem po przejeździe traktorka – stropiła się nieco i obiecała, że zrobi wszystko co w jej mocy…

Moc – jak widać – była niemała, skoro dziś nie pozostało ani śladu po naszych dziesięciu pękatych workach. Co za ulga! 🙂

Był za to Kostek na dachu swojego domu, majstrujący zawzięcie przy starym słupku z przyłączem prądu. Pomachałam do niego i wykrzyknęłam:

– Ahoj! Co to, pozbywasz się zbędnej cywilizacji?

– Cześć! – Kostek pomachał do mnie młotkiem. – No co ty, na głowę nie upadłem! Ja już dawno mam przyłącze od tamtej strony domu, jakoś nie składało się, żeby to stare zlikwidować, w końcu trzeba!

– Aaa, myślałam że postanowiłeś żyć w zgodzie z naturą, jako nasi przodkowie! – roześmiałam się, wdrapując się wyżej, ku mojej furtce.

Kiedy otwierałam drzwi chatki, przy studni pojawił się kolejny samochód, usłyszałam wesołe głosy Zosi i Krystiana, pytających Kostka niemal identycznie jak ja:

– A co ty, elektryczność ci zbrzydła? Bez prądu będziecie żyć, po staremu?

Uśmiechnęłam się, słysząc po raz drugi to samo tłumaczenie.

Super, że i mieszkańcy najbliższego mi domu przyjechali dziś. Obecność sąsiadów jest jednak bardzo pozytywna, szczególnie taką późną jesienią i zimą, kiedy ciemność zapada na większość doby i każdy dźwięk z zewnątrz powoduje urastanie małżowin usznych do wielkości patelni…

Wszystkich nas mocno smuci widok pustego domu Huberta. Jest nas o jednego mniej.

Napracowałam się sporo przy porządkowaniu izby przed przyjazdem Kaliny, długo jej nie było, więc chciałabym żeby miała miłe wrażenia. Dywany są czyściutko odkurzone, półki i okna umyte, koce i futrzaki wytrzepane, poduszki wywietrzone. Oczywiście, nie może być idealnie, zapomniałam o łapach świerkowych i dopiero kiedy usłyszałam obsypywanie się suchych igiełek z półki w rogu, zdałam sobie sprawę, że te stare zdecydowanie wymagają już wymiany.

Nic to, jutro wybiorę się po nie razem z Kaliną, nie będę teraz łaziła po ciemku.

Siedzę więc jeszcze przy aromatycznej herbacie, słuchając kojącego tykania zegara i trzaskania ognia w piecu. Właściwie przydałby mi się taki weekend totalnego resetu, pobycia w kompletnej ciszy i samotności, bez konieczności używania otworu gębowego w innym celu niż jedzenie. Ale perspektywa długaśnej rozmowy z moją wieloletnią przyjaciółką sprawia, że ochoczo macham ręką na wszelkie resety. Dopiję herbatę i zapatulę się w miękką pościel.

Jutro będzie miły dzień, oby tylko jakaś ulewa nie pokrzyżowała nam planów. 🙂


4 thoughts on “Kostek bliżej natury, a śmieci – daleko. :-)

    1. Hahaha, tuż po wyczyszczeniu zamknęłam. Ale teraz już nie ma w niej nic do jedzenia, więc nie ma potrzeby zamykać. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *