Post z powodu myszy i pierwszy śnieg… :-)

Post z powodu myszy i pierwszy śnieg… :-)

10 listopada 2019

Od rana zaskoczenia. Obudziłam się kwadrans po siódmej, zastanawiając się gdzie jestem i czy aby nie muszę się zrywać z pościeli. Po chwili dotarło do mnie, że oto właśnie przespałam siedem godzin bez przerwy, co nie zdarzyło mi się już… oooj, od dawna!

Co więcej, zrywać się nie musiałam, bo Kalina zapowiedziała przyjazd około południa, zostało mi więc sporo czasu na poranne wygrzebywanie się i dotarcie do dworca. Rozpaliłam w piecu, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam z nią w łóżku, opierając poduszkę o drewnianą ścianę i otulając się kołdrą, upychając jej brzeg pod pachami. Ależ przyjemna chwila porannego lenistwa…

Wymarzyłam sobie pyszne śniadanko, do którego składniki przywiozłam wczoraj, po kwadransie błogostanu wstałam więc i zakrzątnęłam się, żeby to marzenie śniadaniowe spełnić.

Otworzyłam – jak zwykle jesienią i zimą – przymkniętą, wyłączoną lodówkę w sieni i… kończyny górne opadły mi bezsilnie. Co ja narobiłam. A wystarczyło po prostu zamknąć i włączyć tę nieszczęsną lodówkę! Przez kilka ostatnich lat był spokój, ale widać mysie towarzystwo się zaktywizowało.

Jakaś nad wyraz głodna paskuda wlazła tam w nocy i poucztowała sobie do woli! Serek twarożkowy miał wygryzioną plastikową pokrywkę i wyjedzoną zawartość niemal do połowy, ogórki poobgryzane w fantazyjne wzory, galaretki z gęsi otwarte podobnie jak twarożek i skonsumowane w ilości sporej,  jabłka ponadgryzane – każde po kawałku, tak samo dwie wieloziarniste bułki, połówka wędzonego pstrąga była mocno poszarpana a jego odgryziony ogon spoczywał na dnie lodówki. Tylko jajka zostały całe, mają myszoodporne skorupki. Dobrze, że składniki na sałatkę obiadową zamknięte były w szczelnych pojemnikach, tych już myszy nie ruszyły.

Cóż, kiedy już doczyściłam wnętrze lodówki z odchodów, zjadłam jajka na miękko i chleb z pomidorem. Też pysznie, choć niekoniecznie tak, jak sobie zaplanowałam.

Jednak nie cierpię myszy.  🙁

Kala zadzwoniła tuż po śniadaniu, przegadałyśmy dobre półtorej godziny w ramach namiastki spotkania. Nie przyjechała, przyznam zresztą, że nie drę z tej przyczyny szat, bo i pani Aura dała dziś popis niezły: od samego rana leje, z przerwami na posiąpienie sobie, wiatr jest z gatunku tych, co to z parasolek czynią kaleki, duje ostro i we wszystkie strony. A po południu do zimnego deszczu dołączył śnieg, opadający pośpiesznymi, dużymi płatami. Brrr, paskudnie, ale i pięknie zarazem.

Oczywiście, nie odmówiłam sobie krótkiego spaceru, obeszłam Groń z sekatorem i naznosiłam do domu niebiańskich zapachów lasu w postaci świeżych łap świerkowych. Odsunęłam stół i ławę z kąta, zawinęłam róg dywanu i trąciłam pogrzebaczem drewniany skopek ze starymi świerczynami. Jak na komedii animowanej, w pół sekundy wszystkie igły z gałązek jednocześnie opadły na podłogę, formując okazały kopczyk. Przezabawny widok. 😀

Zebrałam suche igliwie (dwie kopiaste szufelki z tego wyszły!) i wsypałam do pieca, więc przez dłuższy czas miałam w izbie intensywny zapach świąteczny. Teraz już tylko przy stole nadal pachnie żywicą, a świeże świerkowe gałązki cieszą oczy i nozdrza.

Dzień minął więc spokojnie i cicho. Nie chciało mi się już do nikogo dzwonić, z przyjemnością posiedziałam na progu trzymając w dłoniach gorący kubek z herbatą i patrząc na chlipiące deszczem i śniegiem niebo. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo kolorowe są jeszcze drzewa, jak bardzo zielona trawa. Na ich tle białawe śniegowe kłaczki mocno się odcinały, choć na zdjęciach niekoniecznie to widać.

Jednak więc mam ten mój upragniony reset, naprawdę niewiele dziś myślałam o ostatnich zawirowaniach urzędowych w sprawie niekończącego się podziału domu… a teraz, kiedy zaczęłam o tym myśleć, łatwiej  mi odnaleźć potrzebny dystans. Dam radę, w końcu przecież wszystko się ułoży.

Ciemno już za oknami, ale poletko Huberta za werandą jaśnieje świeżo opadłym śniegiem. Przestał padać, pewnie stopnieje do jutra. Wiatr też się uspokoił, tylko deszcz nie daje za wygraną i mży jeszcze.

Żal mi tego wędzonego pstrąga, był wyborny, zamiast tego muszę posilić się owsianką na kolację. Nie przywoziłam wczoraj wiele jedzenia, planowałyśmy z Kaliną niewielkie zakupy w Żabce na dole. Ale to przecież nie jest problem, mam jeszcze kilka pomidorów, mąka też jest więc mogę zrobić podpłomyki wzorem Patryka. Ale mogę też nieco popościć, jutrzejszy zaplanowany obiad w chińskiej knajpce będzie smakował jeszcze lepiej.  😉


 

16 thoughts on “Post z powodu myszy i pierwszy śnieg… :-)

  1. Maryl, jesteś dobrym człowiekiem , one są miłe w dotyku….
    Każdy chce żyć 🙂
    Ps: dobrze mi się gada, bo mnie nie dotyczy….

    1. Miłe w dotyku – tak. Ale kiedy masz ich w domu SETKI – to naprawdę nie jest ważne…
      Był u nas taki rok wyjątkowego wykotu, nawet Janeczka płakała z bezsilnej złości, bo jak żyła, takich ilości nie widziała. Wspominam to jak koszmar.

    1. Zosiu, nigdy! Gdybyś przeżyła taki cyrk, jak my kieeedyś z myszami, z pewnością byś tego nie proponowała… 😉

  2. Pani Marylko od samego początku czytam Pani bloga. Był taki czas, że przerwała Pani swoje opowieści zarówno piórem jak i obiektywem. Podziwiam za lekkość tego pierwszego, a zdjęcia przecudne.. Wiele mamy wspólnego….zawód, kochamy góry, ciszę, wędrówki, mamy synusiów-najwspanialszych facetów na świecie, które same wychowujemy, a pewnie i wiek podobny. Więc niech Pani pisze opowieści o Siwym groniu,bo są osoby, które czytają, czytają i czytają, i żałują, że nie mają takiej oazy na wyciszenie i naładowanie akumulatorów. Pozdrawiam. Edyta

    1. Bardzo dziękuję, pani Edyto. I pozdrawiam bardzo serdecznie. :-)))
      Czasem jakoś trudno jest „machnąć ręką” na zachowania ludzi, na złośliwość, hucpę i bezmyślność, które jakoś nas dotykają. Tak się stało w moim przypadku, kiedy przerwałam te moje opowieści, zwątpiłam w sens zapisywania wydarzeń i słowem, i aparatem. Ale lubię i jedno, i drugie, a takie komentarze jak ten Pani – dodają skrzydeł. I pomagają „machnąć ręką” (albo skrzydłem). Bardzo jestem za nie wdzięczna. :-)))

      1. Przyznam się szczerze, że garnek zaczynam „przeglądać” od Siwego Gronia” i nie mogę się doczekać kolejnych opowieści. Myślała Pani kiedyś o spisaniu tego w książkę? Szkoda marnować takiego talentu. Pozdrawiam….do zobaczenia gdzieś na szlaku. Mi niestety bliżej nad morze niż w góry. Pozdrawiam Edyta

        1. Oj, jak mi miło…
          Tak, o książce myślałam i myślę nadal. Mam zresztą wszystko gotowe, zebrane i zredagowane, ale wydawnictwa chcą mojego udziału finansowego. Na razie mam ważniejsze wydatki, więc nic z tego. Ale kiedy się z nimi uporam – na pewno dofinansuję wydanie „Chaty na Siwym Groniu”. 🙂

  3. Zdawało mi się, że lubię wszystkie zwierzęta. Jednak nie. Myszy nie polubię i już. Mogę je tolerować, byle z dala od mojej piwnicy, gdzie trzymam różne rzeczy, czasem zapasy dla ogrodowych ptaków. Ostatnio cieszyłam się z kilku kolb kukurydzy dla sójek. Moja radość trwała krótko. Te małe gadziny znów jakoś dostały się do środka, a mnie czekało sprzątanie i śledztwo, kto nie domknął drzwi.
    Z ogromną przyjemnością oglądam widok z Twojej Chatki, Marylko. Nie mogliśmy w tym roku powędrować po górach, więc sobie tak powetuję.

    1. Właśnie, właśnie. Mam tak samo, nawet Kunagundę ścierpię, choć też szkodliwa… Myszy po prostu nie znoszę! 🙁

  4. jak sprowadzilam sie do domku w lesie, to z kazdej otwartej szuflady i szafki wysypywaly sie ….myszy…mieszkam tu 6 lat…przez ostatnie kilka myszy na oczy nie widzialam, chyba, ze jakis moj dran przytarga mi w prezencie (zlapana u sasiadow…)no coz , czas poszukac innego miejsca, koty sie nuuuuudza… 😉

    1. Hm, u Ciebie, przy takiej ilości kotów, to wyłącznie mysi kamikaze wchodzą w grę… 😉
      I u mnie ostatnie lata były już spokojne pod tym względem. Chciałabym, żeby tak zostało.

  5. Oj feee jak ja nie lubię myszów…..i jeszcze na dodatek
    jak wyżerają bezczelnie znajomej z garnuszka zapasy
    lodówkowe…jak tak można,tyle żarcia na dworze a one
    po lodówce grasują , nie wypada oj nie wypada !
    Dobrze że chociaż coś tam jeszcze na śniadanie było
    bo jak człek głodny to zły. Ale jak piszesz że obiad smakowity przed Tobą to nie ma tragedii….odpoczniesz
    sobie w samotności i na nowy tydzień akumulatory
    naładujesz.Szkoda że znajoma nie dotarła, pogaduchy
    w dobrym towarzystwie zawsze w cenie. Uściski dla Ciebie 🙂

    1. O, właśnie. Bezczelne i tyle. Taka pojedyncza wpadka na wyżerkę mnie nie martwi, raczej fakt, że mi się gdzieś po sieni pałętają… 🙁

  6. Ale myszy miały wyżerke!!Po pysznym pstrągu jeszcze się oblizują ,a Twojej lodowce dały 3 gwiazdki Michelin.No coż owsianka to też dobre ,pozywne danie……..Jakże cudowne są Twoje opowieści z życia wzięte.Pozdrawiam M.

    1. Ech, z jakim żalem wyrzuciłam tego pstrąga do kosza… 🙁
      Ale owsiankę też lubię, a mam jej zapas w kuchni. Nie przechowuję jej w lodówce, na szczęście. 😉
      Pozdrowienia serdeczne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *