Od walki z biurokracją do śpiewu strumyka…

Od walki z biurokracją do śpiewu strumyka…

23 listopada 2019

Dzisiejsza droga pod górę była dla mnie jak najlepsza sesja terapeutyczna po nerwowych, pośpiesznych dwóch tygodniach w ciągłym napięciu i bezradnej wściekłości. Kolejne formalności związane z podziałem wielkiego domu w mieście, kolejne dokumenty do zdobycia, kolejne tysiące do zapłacenia nie wiadomo za co, a właściwie wiadomo, że za nic: ot, nowe przepisy. Reforma, która sprawiła, że zbiurokratyzowane stało się zbiurokratyzowane do absurdalnej potęgi. To już trzeci rok mojej walki o to, żeby mieć czarno na białym, że część domu od ponad trzydziestu lat zamieszkała przez nasza rodzinę należy do nas, a druga część, zamieszkała przez rodzinę sąsiadów – należy do nich. Tylko w ten sposób będzie możliwa sprzedaż naszej części i kupno czegoś niewielkiego, osobnego. Mam nadzieję, że moja część pozwoli na kupno niewielkiego mieszkania lub domu dla mnie i Krzysia w  mieście bliżej gór.

Nikt się o nic nie wykłóca, wspólnie z sąsiadami złożyliśmy zgodne oświadczenia że stan faktyczny jest stanem faktycznym. Poza oświadczeniem – istne tony dokumentów: planów, mapek, zaświadczeń, wyciągów, odpisów, oryginałów i kopii. Ciągle nowych i jeszcze nowych. A każdy związany z kosztami: a to dwadzieścia złotych, a to trzy tysiące. I tylko stówka. I jeszcze dwa tysiące dwieście, a do tego podatek – tysiąc osiemset. I jeszcze sto siedemdziesiąt, bo ten pierwszy papierek się już zdezaktualizował przez dwa lata, trzeba wystąpić o nowy. O, i ten drugi też, ale to już tylko osiemdziesiąt złotych. I jeszcze kolejny podatek. I tysiąc za aktualizację kartoteki… 🙁

Z kłód, rzucanych pod nogi raz po raz, spokojnie zbudowałabym już nowy dom. Myślałam, że jestem na ostatniej prostej, a tu zza zakrętu wyłonił się kolejny odcinek krętej, bagnisto-kamienistej drogi. I kolejna dorodna kłoda świsnęła mi tuz przed nosem, upadając z tępym „łup!” pod nogami.

Musiałam przyjechać, wspiąć się samotnie ścieżką na Groń, pomilczeć i otulić się tym górskim spokojem. Niebo cudownie błękitne, ze smugami rzadkich chmur, chłodno, ale słońce przyjemnie gładzi ciepłem po twarzy i tylko ten ostry wiatr. Taki wiatr zapowiada zmianę pogody, ciekawe w którą stronę. Sypnie śniegiem, czy porozpieszcza wysokimi temperaturami?

Niemal w  połowie drogi, przy zwalonej ambonie, przystanęłam i zapatrzyłam się na zbocza przede mną, porośnięte potężnymi jodłami i świerkami. Tylko lekki chlupot strumyka mącił ciszę, a właściwie nie mącił, śpiewał w niej i to było cudowne.

Musiałam mocno zadrzeć głowę, żeby obserwować czubki drzew, dobrotliwych olbrzymów. Ja – punkcik, pyrtek mały. Stałam na mostku dłuższą chwilę, zagapiona, starając się nie myśleć o niczym, tylko chłonąc to co dookoła: piękne, potężne, spokojne. Próbując uszczknąć troszkę tej mocy i spokoju dla siebie.

Kiedy w końcu dotarłam do domu, nikogo z sąsiadów jeszcze nie było. Posiedziałam chwilę z kawą na werandzie, rozpaliłam w piecu i przygotowałam sobie sałatkę na obiad. I zieloną herbatę ze skórką cytryny, która okazała się być wyborna w smaku. Pierwszy raz taką kupiłam, ale z pewnością nie ostatni.

Nauczona doświadczeniem sprzed dwóch tygodni, przetarłam wewnątrz i włączyłam lodówkę, choć tylko kilka rzeczy do niej włożyłam. Oczywiście, wędzonego pstrąga nie mogłam sobie odmówić, tym razem dotrwał do kolacji w całości, nietknięty przez szare ogoniaste paskudztwa.

Długo przed kolacją jednak, bo tuż po umyciu naczyń po obiedzie, odebrałam telefon.

– Hej, Maryla, czy ty jesteś może u siebie na Groniu?

Bogdan. Mój dawno nie widziany kolega – obieżyświat.

– Hej, Boguś! Miło cię słyszeć. Owszem, jestem w chatce. A co, jesteś w pobliżu?

– Ano jestem, właśnie byliśmy w Węgierskiej Górce na szkoleniu, wracamy dziś z kilkoma kumplami i tak pomyślałem, czy by nie wpaść do ciebie na chwilę.

– Jasne, zapraszam! – ucieszyłam się. Lubię Bogdana i jego wieczne roztrzepanie. Nawet jego żonę lubię, choć początki miałyśmy trudne. Agnieszka była wściekle o Bogdana zazdrosna, choć akurat mnie obawiała się kompletnie niepotrzebnie. Trochę szkoda, że z kumplami dziś jest, nie z nią.

– To możemy zaraz przyjść? Jesteśmy już blisko!

– Oczywiście. Czy mam już wstawić wodę na kawę? – spytałam ze śmiechem.

– Jak najbardziej. Mamy nawet ciastka do kawy. To pa! – powiedział zasapany i rozłączył się.

Trochę zdziwiona tym telegraficznym trybem rozmowy, uprzątnęłam naczynia i zdjęłam z półki kilka kubków, trwało to może minutę, po czym usłyszałam pukanie do drzwi.

– O, rany! Rzeczywiście byliście blisko! – roześmiałam się na widok pięciu zziajanych facetów z moim kolegą na czele. – Wejdźcie, proszę.

– Ha, ja w ogóle nie wierzyłem, że tu trafię, zadzwoniłem dopiero jak doszliśmy tu do studni!

Uściskałam  Bogusia, powymieniałam grzeczności i podstawowe dane osobowe z jego towarzyszami, w izbie zrobiło się jakoś tłoczno i gwarno. Uprzedzili, że „poprzeszkadzają” mi godzinkę lub dwie i pójdą dalej.

– Możemy zostawić plecaki w sieni? – spytał sympatyczny szatyn z krótko przystrzyżoną brodą. Chyba Cezary.

– Myślę, że przez tę godzinę czy dwie żadne futrzaste stworzonko się do nich nie przegryzie. – wyraziłam nadzieję. – Niestety, w sieni pozwalają sobie czasem na harce.

– Ech, to jeden z uroków takich miejsc! – rozmarzył się Adam, rosły blondyn z malutkim tatuażem na szyi. Ten facet zdecydowanie wygląda na marynarza.

– Maryl, a może posiedzimy na zewnątrz? Taka piękna pogoda, żal nie skorzystać.

Otworzyłam drzwi na werandę, panowie kolejno wysypali się na nią, schylając ostrożnie głowy pod niskim nadprożem.

– Ale rewelacja! – zachwycił się Bogdan. – masz nową werandę? Jak tu byłem ostatnio, to się deski uginały! O, i dach był jeszcze z tych ciężkich dachówek!

– Tak, to wtedy jeszcze była pierwsza weranda, ta – jest już trzecia. – wyjaśniłam z uśmiechem. – Dawno cię tu nie było.

– I dom obiliście, jak widzę. A Krzyś to pewnie jest już dorosły, nie? Starszy był, niż nasze córki.

– Ha, ha. Już dorosły? Bogdan, przecież on ma już dwadzieścia siedem lat!

Nie wypiliśmy jednak kawy na zewnątrz, wiatr był zbyt mocny i po chwili dokuczył nam ziąb. W izbie, w naszym „imprezowym” kącie, okazało się być równie przyjemnie: obsiedliśmy stół dookoła, rozmawiając wesoło i zajadając pyszne ciastka przyniesione przez gości. Adam, „marynarz” okazał się świetnym gawędziarzem, który jednak zamiast morskich opowieści serwował relacje z wędrówek po górskich szczytach. I zapowiedział się już z wizytą latem, wraz ze swoim dorosłym synem. Obaj marzą o kupnie chaty w górach, najchętniej tak prostej i klimatycznej, jak moja. Wszystkim gościom zresztą chatka bardzo się spodobała, jak i smak mojej nowej zielonej herbaty.

Zgodnie z zapowiedzią, zebrali się do wyjścia po dwóch godzinach, które minęły niczym kwadrans. Chcieli jeszcze za dnia zejść do wsi, żeby już o zmroku powędrować na dworzec, by wrócić do Węgierskiej Górki, gdzie zostawili samochody.

To była bardzo miła, choć krótka wizyta. Boguś nic się nie zmienił, jedynie nieco się postarzał, to naturalne. Nikogo przecież czas nie omija. Cieszę się, że nie przyprowadził mi tu jakichś bufonów, a sympatycznych ludzi z fantazją, dobrze wiedzieć, że jeszcze tacy są.

A teraz jest wieczór i wokół znowu panuje cisza, przerywana tylko poświstywaniem wiatru za oknami. U Zosi palą się światła w oknach, nawet nie zauważyłam kiedy przyjechali, ale raźniej mi, że są. Bardzo chciałabym spokojnie przespać tę noc, ostatnio wieeeelki u mnie snu deficyt. Tutaj jednak łatwiej o wyciszenie emocji, łatwiej odsunąć nieco wszystkie problemy i spojrzeć na nie z dystansem. I nadzieją, że w końcu uda się dotrzeć do zakrętu, za którym już nie będzie żadnych wertepów z kłodami, będzie tylko nowe mieszkanie. Albo domek z ogródkiem.  🙂


2 thoughts on “Od walki z biurokracją do śpiewu strumyka…

  1. Wizyta miłych (tylko miłych) gości to dobry „plaster” na psychiczne niedomaganie. Na mnie działa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *