Rękopad i nogopad w bajkowej scenerii… :-(

Rękopad i nogopad w bajkowej scenerii… :-(

18 stycznia 2020 

Jestem zachwycona taką zimą: na ziemi śnieg po kostki zaledwie, za to czysty i świetliście biały, do tego błękit nieba, czasem mocny i głęboki aż po kobalt, czasem delikatny i rozbielony, ozdobiony większą lub mniejszą ilością chmur. I żywa zieleń iglaków wszelkich, między tą bielą i błękitem. Bajecznie. 😊

Schodziłam dziś po dziesiątej, terenówka przy domu Mateusza stoi jak stała, to musi być ktoś dobrze znający okolicę, ślady kół prowadzą od drugiej strony, musieli przyjechać dłuższą drogą przez Groń. Przechodząc, słyszałam tylko skrzypienie drzwi ubikacji, ale nie przyglądałam się specjalnie, dziś śnieg był bardzo zmarznięty i śliski, więc trzeba było patrzeć pod nogi.

Już poniżej Bramy Mocarnych, przy rozwidleniu ścieżek, usłyszałam dziwne dźwięki dochodzące z zagajnika jakieś piętnaście metrów od drogi. Przystanęłam, nasłuchując i uważnie obserwując pobliskie świerki. Ktoś ewidentnie się o coś spierał, dwa męskie półgłosy i powarkiwanie psa wyraźnie brzmiały w ciszy lasu.

– Czy wszystko w porządku? Mogę w czymś pomóc? – zawołałam.

Zapadła cisza, po chwili dopiero odezwał się męski, nieznany mi głos:

– Dzięki, nie trzeba, wszystko w porządku!

Zawahałam się, ale uznałam, że nie będę sprawdzać tego osobiście. Poniżej na drodze widniały świeże ślady męskich butów i wielkich psich łap. Głównie na błocie, widać też kluczyli po ścieżce całą szerokością, omijając twarde i śliskie płaty zmarzniętego śniegu, jak ja.

W dolinie dziś już nie było szadzi, szosa okazała się nieco bardziej sucha i wygodna do przejścia, niż wczoraj. Zadowolona, maszerowałam więc dziarsko, gadając z napotykanymi psami i witając się ze znajomymi mieszkańcami Modrzewiska.

Po zakupach, wróciłam autem z panią Grażynką i ochoczo zaczęłam się wspinać swoją ścieżką. Kiedy minęłam pole ze zwaloną chatą po Staśku, cały mój dobry nastrój diabli wzięli. Tu, już z góry, zobaczyłam grubą, brązowawą krechę przez zaśnieżone Staśkowe pole, kawałki kory na skarpie i zrytą powierzchnię drogi przede mną.

– Cholera jasna, co za gnoje! – nie mogłam powstrzymać się przed głośnym komentarzem.

Ktoś ściągał znowu bale środkiem naszej drogi! Przypomniałam sobie wczorajsze hałasy pod wieczór, odgłosy pił i padających drzew. Tylko dwa, ale wyraźne. Nie wiedziałam, skąd dokładnie dochodzą, teraz wszystko mi się poskładało w całość. To ci dwaj mężczyźni z psem musieli dziś szykować się do ściągania przygotowanych wczoraj kłód, kiedy schodziłam, nie zdziwiło mnie więc wcale, kiedy wyżłobione ślady skręciły między świerki pod rozwidleniem.

Rzeczonych gnojów jednak nie było już nigdzie widać, w czasie mojej dwugodzinnej wędrówki zdążyli ściągnąć dwa pnie.

Teraz, zimą, to nie jest niby problem, droga i tak jest zamarznięta więc złodzieje drewna rozryli tylko skorupę śniegu i lodu na środku, ale skoro robią to teraz, to przecież i wiosną nie przestaną! Tyle naszych wysiłków, formalności i pieniędzy idzie na marne, w ten sposób nie utrzymamy drogi w dobrym stanie i Gmina nam nie dofinansuje jej dalszej naprawy. Jakoś rok temu nagraliśmy z Krzysiem taką sytuację, złapaliśmy gości na gorącym uczynku, przekazaliśmy nagranie komu trzeba. I wydawało się, że sprawa została załatwiona.

Jak widać, płonne nadzieje. ☹

Rękopad i nogopad mnie opanował, doła złapałam i smętnie się zrobiło, nawet sesja siekiera-fitnessu w bajkowym otoczeniu nie poprawiła mi humoru. Cóż, w takich chwilach trzeba chwycić telefon i zadzwonić do Kaliny albo Staszka, najpierw tylko Kostkowi muszę dać znać, przykro mi, że i jemu sobotni nastrój pewnie popsuję… ☹

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *