Zima sypnęła puchem… ;-)

Zima sypnęła puchem… ;-)

19 stycznia 2020

Śnieg pada dziś cichutko i nieustannie od rana, ziemia wygląda jak przykryta jedwabną, szarą chustą, aż trudno uwierzyć, że gdzieś u góry świeci słońce. Wszystko jest szaro-biało-czarne jak grafika Hokusaja, drzewa w koronkach, otulone jasną mgłą. Widok tak różny od wczorajszego, ale równie piękny i baśniowy.

Wybrałam się na przechadzkę, a jakże. Pod świeżym śniegiem jednak nie bardzo widać ukryty lód, dwukrotnie trzepnęłam jestestwem o ścieżkę, na szczęście nie potłukłam się dotkliwie. Tyle, że nie zaszłam tak daleko, jak planowałam. Świszczący, mroźny wiatr chwilami mocno targał mi kaptur.

Przechodząc obok domu Mateusza, zobaczyłam tylko rękę w niebieskim polarze, odsuwającą firankę. I delikatnie ulatuje dym z komina. Znaczy: żyją, ktokolwiek zacz. 😉

Dobrze mi tu, rozsiadłam się wygodnie w tej mojej chatkowej rzeczywistości. Czas płynie tak spokojnie w rytm tykającego zegara, lubię to tykanie, szczególnie kiedy nie mam potrzeby przyglądania się wskazówkom. Za parę dni trzeba jednak wrócić do miasta, w czasie tych ferii chcę jeszcze wpaść do Warszawy, szkołę zobaczyć, w warunkach wynajmu mieszkań się rozeznać.

Na przekór pogodzie, wypiłam dziś kawę na progu chatki, opatulona w wełniany koc. Kubek z kawą też opatuliłam, żeby wolniej stygła, zapatrzyłam się w tę piękną grafikę 3D dookoła. Kiedy wiatr ustawał, robiło się absolutnie cicho, aż starałam się oddychać bezgłośnie, żeby tej ciszy nie mącić. Wszystkie ciężkie sprawy zostały gdzieś tam, na dole. Tutaj odzyskuje się umiejętność właściwej ich oceny, co pozwala na wzruszenie ramionami z jednej strony, a z drugiej – podjęcie trudnych decyzji i pozbycie się strachu.

A propos tego ostatniego, aż mi serce podskoczyło, kiedy ni stąd, ni zowąd zobaczyłam za oknem jaskrawą, pomarańczową czapkę z pomponem. Podeszłam natychmiast do okna i otworzyłam je.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc?

Młoda kobieta odwróciła się zaskoczona.

– Dzień dobry! O, jednak pani jest! Jarek! – powiedziała, patrząc za róg domu, w stronę furtki.

– Dzień dobry, ma pani może pożyczyć siekierę? Złamała mi się.

– Oczywiście, a państwo… z którego domu jesteście? – dopytałam jednak, wychodząc na próg.

– A, z tego niżej, od Mateusza. Dawno nas tu nie było. Przymroziło dzisiaj, drzewa trza porąbać, ale trochę wprawy nie mam. – zaśmiał się niewysoki szatyn ze sterczącymi kosmykami. – Obiecuję zaraz oddać siekierę, postaram się nie połamać!

– No, tej raczej pan nie połamie. – podałam mu swoją „zieloną strzałę” z długim trzonkiem. – A ja już dziś nie będę jej potrzebować, zresztą zaraz się ściemni, możecie mi państwo oddać jutro.

Nie skorzystali z zaproszenia na kawę, ale podziękowali, pochwalili widok z werandy i poszli do siebie. Sympatyczni ludzie. Nie przedstawili się, ja im też jakoś nie, może jutro. A może się znamy, a ja nie pamiętam, skoro już tu byli „dawno”? Wyglądają na trzydziestoletnich, nie wiem ile lat dla nich to „dawno” oznacza.

A ja włączę jakiś film albo poczytam, ponapawam się spokojnym wieczorem przy tykającym zegarze i trzaskającym ogniu w piecu. Mało jeszcze tego dnia, choć już czterdzieści dwie minuty więcej, niż przed miesiącem. Jak dla mnie, taki krótki dzień to jedyny minus zimy.

Malutki. 😉  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *